radca
11.02.05, 15:42
miasta.gazeta.pl/lodz/1,35136,2541725.html
" Śmierć małego bohatera
Adam Czerwiński 08-02-2005 , ostatnia aktualizacja 08-02-2005 20:11
Sześcioletni chłopiec uratował ojca i troje innych dzieci. Jemu nie można
było pomóc.
Serce, nerki i wątroba dziecka dają szansę na przeżycie trójce ciężko chorych
rówieśników. Wczoraj wieczorem przyjechali po nie transplantolodzy z
Warszawy.
Jeszcze kilka dni temu Brian był ulubieńcem mieszkańców kamienicy przy ul.
Dowborczyków 27. - Miły, zawsze uśmiechnięty, wszystkie sąsiadki były dla
niego ciociami - mówi pani Jadwiga, mieszkająca piętro wyżej.
Chłopiec nie miał łatwego życia. - Nie wiem, co robili jego rodzice. Ale
nieraz słyszałam, jak godzinami dobijał się do domu. I go nie wpuszczali -
opowiada inna sąsiadka, zastrzegająca anonimowość.
Bohaterem został Brian w sobotę. Około godz. 13 w mieszkaniu jego rodziców
wybuchł pożar. Ojciec prawdopodobnie spał, więc chłopczyk sam zadzwonił po
straż pożarną.
Piotr Jóźwiak, rzecznik łódzkiej straży: - Dziecko płakało i mówiło, że pali
się w domu. Było wyraźnie przestraszone, ale podało nam imię i adres. Nagle w
słuchawce odezwał się głos mężczyzny. Jak się później okazało - ojca Briana.
Zapewniał, że nad wszystkim panuje i już ugasił ogień. Mimo to wysłaliśmy na
ul. Dowborczyków dwa wozy gaśnicze. Strażacy przyjechali na miejsce cztery
minuty później. Cała kamienica była zadymiona. Paliło się na drugim piętrze w
pokoju, kuchni i łazience. Już na klatce schodowej było czarno. W mieszkaniu
nie dało się oddychać. Tuż przy drzwiach natrafiliśmy na mężczyznę, którego
szybko reanimowaliśmy.
Kilka minut później strażacy znaleźli małego bohatera. Leżał nieprzytomny w
pokoju w głębi mieszkania. Nie oddychał, serce nie pracowało. Do akcji
wkroczyło pogotowie. Po interwencji lekarzy serce Briana znów zaczęło bić.
Lekarze kilka dni walczyli o życie chłopca. Nie udało się go uratować. -
Stwierdziliśmy śmierć mózgową i zapadła decyzja o pobraniu narządów -
informuje dr Andrzej Piotrowski, ordynator intensywnej terapii w szpitalu im.
Marii Konopnickiej przy ul. Spornej. Aparatura medyczna podtrzymująca życie
miała być odłączona wczoraj o godz. 21.
- Zadzwoniłem do szpitala, by zapytać o zdrowie Briana - mówi Jóźwiak. -
Razem z kolegami chcieliśmy dać mu jakiś prezent za to, co zrobił. Niestety,
od lekarzy dowiedziałem się, że nie żyje. Jesteśmy w szoku.
- Straszna wiadomość - płaczą sąsiedzi. - To było kochane dziecko."