Po festiwalu "Sygnowano Możdżer"

18.04.05, 15:14
Możdżer zasłużył sobie na miano jednego z najlepszych (cokolwiek by to miało znaczyć) pianistów
swojego pokolenia. Ale czy okazał się być już twórcą na tyle dojrzałym, żeby udźwignąć ciężar
własnego, trzydniowego festiwalu?
Moim zdaniem "Sygnowano Możdżer" objawiło zarówno mocne, jak i słabsze strony tego pianisty.
Dla mnie najbardziej poruszające było jego bezczelne, młodzieńcze i agresywne wykonanie
"Koncertu klawesynowego (a nie, jak podano w programie - fortepianowego)" H.M.Góreckiego. Tutaj
ujawnił się jako wykonawca o ogromnej sile, potrafiący zbudować nieprawdopodobne napięcie, przy
jednoczesnym zachowaniu pewnego luzu, spokoju i nonszalancji. Nie było to wykonanie
"podręcznikowe", ale tym bardziej okazało się porywające.
Natomiast znacznie gorzej przedstawia się Możdżer-kompozytor. Widać, że wymyślanie chwytliwych
melodyjek, opartych ciągle na tych samych schematach harmonicznych, przychodzi mu zbyt łatwo.
Wpada przez to w pułapkę banału, kiczu i sztampy. Niektóre spośród miniatur na fortepian i
orkiestrę były tak trywialne, że wywoływały uśmiech zażenowania wśród wykonawców.
Niezrozumiałe jest, w jaki sposób artysta może cierpieć na takie rozdwojenie jaźni: z jednej strony
młodzieńcza agresja wykonawcza, a z drugiej - ckliwe kompozycje dla grzecznych mieszczuchów a
la Preisner.
Niezwykle interesujące były konfrontacje Możdżera z dwiema osobowościami: Adamem Klockiem i
Uri Caine'm.
Młody wiolonczelista to postać zaskakująca swoją dojrzałością. Możdżer potrafił wycofać się na
dalszy plan i oddać Klockowi prowadzenie, co przyniosło wspaniały efekt.
Natomiast duet z Caine'm przypominał raczej pojedynek gigantów. Widać było, że obaj pianiści nie
są w stanie odpuścić i zaufać sobie nawzajem. Tymczasem wspólna improwizacji opiera się właśnie
na intuicyjnym wyczuciu partnera.
Dopiero pod koniec wspólnego grania nastąpił jakiś przełom: pianiści zaczęli dzielić się zadaniami,
słuchać swoich pomysłów. Wreszcie było tak, że jak Caine grał partię basową, to Możdżer przenosił
się w wyższy rejestr, rezygnując z dublowania basów, i.t.p.
Najpiękniejszym koncertem całego festiwalu był tercet, który zagrał ostatniego dnia. Możdżer
pokazał, w jakim sosie czuje się najlepiej: jazz, ale nakierowany na ekspresję poprzez budowanie
melodii i niezwykłych faktur brzmieniowych, subtelny, melancholijny, a przy tym z pewną dozą
autoironii. I takiego Możdżera sobie życzę.
p.s. Festiwal powstał przy współudziale Miejskiego Biura Teatrów. Czy miasto może w ten sposób
dotować przedsięwzięcia prywatnej spółki, jaką jest "Fabryka Trzciny"? I czy nie jest tak, że "Teatr
Nowy Praga" zaczął służyć właśnie do tego?
Pełna wersja