Gość: Frau
IP: *.chello.pl
18.06.04, 17:18
W klasie mojego syna (VI) panuje chora atmosfera wyścigu o jak najwyższą
średnia ocen na świadectwie. Gdyby był on związany z systematyczną nauką
przez cały rok - byłabym wstanie zrozumieć, ale nie tu wygląda to całkiem
inaczej.Nauczycieli odwiedzają najpierw uczniowie i proszą o podniesienie
stopnia, nie o pytanie, poprawę a właśnie postawienie wyższej oceny. Jak to
nie pomaga zaczynają sie łzy i motywacie typu - ja umiem lepiej niz Kowalski
więc powinienem mieć 6. Ja nie on. Część nauczycieli ulega, a do opornych
przychodzą rodzice. Jakich argumentów uzywają- nie wiem, ale po ich wizycie
część" opornych " mięknie.
Potem okazuje się, że średnia klasy wynosi coś tam ponad 4, a wiedza( o czym
miałam okazję się przekonać rozmawiając z częścią "geniszy") jest bardziej
niz mizerna.
Ale najbardziej poraziło mnie to, że moje systematycznie uczące się dziecko ,
zaproponowało mi złożenie wizyty u nauczycielki polskiego- bo chce mieć 6!
Ochrzaniłam i odmówiłam.
Co sądzicie o tych uczniach, rodzicach i co najgorsze nauczycielach?
Czy przy rekrutacji oceny na świadectwach mają jakikolwiek sens jeśli stosuje
sie podobne praktyki powszechnie?