Kłopoty ze studiami doktoranckimi na Politechnice

IP: *.pwpw.pj / 172.16.63.* 16.07.03, 15:39
Studia doktoranckie w Polsce sa realizowane na granicy prawa.
Ustawa o szkolnictwie wyzszym nie uwzglednia wogole takiego
tworu. Doktorant nie jest ani pracownikiem uczelni, ani
studentem - nie ma wiec zadnych uprawnien. Nie ma liczonego
stazu pracy, odprowadzanych skladek emerytalnych itd. Jest wiec
chlopcem do bicia straszonym, ze jak bedzie niegrzeczny to
zwroci stypendium. Doktoraci jako ludzie z ulicy prowadza
zajecia ze studentami. BEZ ZADNEGO PRZYGOTOWANIA DYDAKTYCZNEGO
do tej roli! Poziom prowadzenia zajec przez doktorantow, a wiec
poziom ksztalcenia studentow jest zaden. Sa na Politechnice
Warszawskiej wydzialy, gdzie doktoranci "obsluguja" do 30%
zajec. Prowadzenie zajec, pomimo, ze jest dochodowe dla uczelni
(koszt zerowy - zaplacic doktorantowi za to nie trzeba) nie jest
traktowane jako praca wykonana przez doktoranta. W przypadku
koniecznosci zwrotu twierdzi sie, ze to element studiow
doktoranckich, co nie jest zgodne z prawda. Politechnika
Warszawska w drwieniu z prawa posunela sie dalej. Wprowadzenie
na niektorych wydzialach tzw. trojstopniowego systemu studiow
stoi w jawnej sprzecznosci z obowiazujacym w Polsce prawem.
Szkoda mi chlopaka, bo nie zapewne bedzie mial z czego oddac.
Praca jest najprawdopodobniej napisana i jest do obrony. Panowie
z PW zastanowcie sie. Ta uczelnia umiera wiekowo. Ucza
profesorowie - emeryci. Kto was zastapi? Ja wiem. Juz dzis
zostaja coraz slabsi ludzie. wypromuje sie slabe doktoraty i to
bedzie kadra uczelni. I tak trzymac.
    • Gość: Niedoszly doktorant PW Re: Kłopoty ze studiami doktoranckimi na Politech IP: nbrpx* / 10.14.102.* 16.07.03, 15:47
      Dobrze wiedzialem dlaczego nie poszedlem na studia doktoranckie.
      Bioracy stypendium doktorant jes zakladnikiem, a nie mlodym
      naukowcem. Niestety...
      • Gość: MZ Re: Kłopoty ze studiami doktoranckimi na Politech IP: *.pwpw.pj / 172.16.63.* 16.07.03, 16:20
        Ja zrezygnowalem z tego balaganu po 1 roku. Do dzis tego nie zaluje.
      • Gość: xyz Re: Kłopoty ze studiami doktoranckimi na Politech IP: *.chello.pl 17.07.03, 00:56
        Gość portalu: Niedoszly doktorant PW napisał(a):

        > Bioracy stypendium doktorant jes zakladnikiem, a nie mlodym
        > naukowcem. Niestety...

        Jest i jednym i drugim. Wszystko zależy od promotora. Są tacy
        którzy pomagają, ukierunkowują, i są tacy, którzy nic nie dają.
        Studia doktoranckie wiążą się z pewnym ryzykiem. Traci się
        minimum 4 lata doświadczeń zawodowych oraz w dorabianiu się; nie
        ma gwarancji, że się zostanie na uczelni - bo takich jak ja jest
        wielu, a profesor może być za słaby żeby mnie przeforsować;
        profesor może też być zbyt kiepski naukowo, żeby mi pomóc, albo
        może mu się nie chcieć. Ale mimo wszystko, ludzie bardzo
        zdolni powinni sobie poradzić. Jeśli będą skoncentrowani na
        nauce i będą mieli pomysły, to nawet przy beznadziejnym
        promotorze się wypromują. Nawet jemu może bowiem zależeć na
        jakiejś dobrej publikacji do której może za friko się dopisać.
    • Gość: xyz To może być precedensowa sprawa IP: *.chello.pl 16.07.03, 23:42
      Faktycznie, zgodnie z prawem jest tak, że doktorant pobierający stypendium
      dłuzej niż przez rok, w przypadku niezłożenia rozprawy na czas, musi je
      zwrócić. Tylko, że ten przepis nigdy nie był do tej pory egzekwowany (ja
      przynajmniej o tym nie słyszałem)! Więc może to jest ten pierwszy przypadek.
      Spowodowany fatalną sytuacją finansową PW, tak jak i wszystkich państwowych
      wyższych uczelni w Polsce. A także złymi doswiadczeniami z poprzednich lat.
      Wcześniej ludzie przyjeżdżali z całej Polski (i z okolicy w ramach Wspólnoty
      Polskiej), żeby się zaczepić w Warszawie - mieć tanie lokum - brali pieniądze
      i nic nie robili. A teraz uczelnie są w dołku finansowym i po prostu ściągają
      pieniądze skąd się da. I delikwent nie powinien mieć do nikogo pretensji -
      wiedziały gały co brały.
      Dziennikarze oczywiście niczego nie rozumieją, umieją tylko podnosić larum, co
      wynika z tej notatki. Ja tu widzę dwie możliwości: albo ten człowiek brał
      stypendium i nic nie robił, albo jego promotor to szuja. Jedno drugiego zresztą
      nie wyklucza. Możliwe, że nie mógł się zgodzić w sprawach naukowych z
      promotorem, ale to jest samodzielny pracownik naukowy, więc może mu naskoczyć.
      Nikt nie stanie w jego obronie. Musi wysupłac 45 000 zł, albo się porozumieć z
      promotorem, nic nie wskóra awanturując się.
      • Gość: xyz Suplement IP: *.chello.pl 17.07.03, 00:21
        Chwilę się zastanowiłem i doszedłem do wniosku, że jest jeszcze
        jedna możliwośc - kto wie, czy nie najbardziej prawdopodobna.
        Rok temu zmieniły się zasady finansowania studiow doktoranckich.
        Wcześniej było tak, że doktoranci przynosili ze sobą bardzo dużo
        pieniędzy i, w odróżnieniu od studentów, nie było limitów na ich
        przyjmowanie. Więc cynicznie brano każdego kto chciał, nie
        przejmując się konsekwencjami. Są profesorowie mający
        kilkudziesięciu doktorantów. Oczywiście nie było w tej sytuacji
        żadnej poważnej opieki, ani żadnej nauki. Ale pieniądze były
        pokaźne! I ten człowiek, prawdopodobnie średnio utalentowany,
        został na tej zasadzie doktorantem. Jego promotor, jakby był
        uczciwy, powinien po roku wyperswadować mu jego doktorat z
        głowy. Ale mu się to nie opłacało - bo jako doktorant wnosił
        dotację na PW, a jemu liczyły się godziny do pensum.
        Potwierdzałoby to, że promotor doktoranta jest szują, a uczelnia
        jest z etyką akademicką na bakier.
      • Gość: Poston Re: To może być precedensowa sprawa IP: 212.244.30.* 17.07.03, 10:20
        Zgadzam się - dziennikarze, zwłaszcza Stołecznej, umieja tylko podnosić larum,
        nie zastanawiając się nad skutkami tego o czym i w jaki sposób piszą. Tutaj
        robią aferę z faktu że facet, który przez cztery lata brał pieniądze na
        określonych zasadach, nie wywiązał się z warunków umowy. Niech teraz płaci i
        będzie przestrogą dla innych, którzy w przekonaniu, że jakoś to będzie, biorą
        od państwa pieniądze tylko dlatego, że jest taka możliwość. Co do precedensu -
        niezupełnie, znam analogiczną historię z pewnego instytutu naukowego, tyle że
        tam zdaje się chodziło o habilitację. Sprawa w końcu trafiła do sądu.
        I bardzo dobrze, że ktoś się za to wreszcie bierze! Te pieniądze to w końcu
        nasze podatki, odpowiedzialni za te stypendia powinni pilnować reguł..
        Dziwię się, że Stołeczna w ogóle robi z tego sprawę. Przecież zwracanie
        stypendiów w takiej sytuacji powinno być oczywiste! W krajach dużo bogatszych
        gdzie moralność jast inna i naciągacze, oszuści, korupcja itp jest marginesem a
        nie powszechnie akceptowaną normą, nikogo by taka sytuacja nie zdziwiła. A w
        Polsce gazeta, ktora ma ambicje opiniotworcze robi aferę z tego, że facet musi
        oddac pieniądze które mu się nie należą! Wstydź się Gazeto! I uwaga do red,
        prowadzącego: zastanów się, co puszczasz!
    • Gość: COGITO ON W KOŃCU ZA COŚ TE PIENIĄDZE BRAŁ IP: 212.160.235.* 17.07.03, 09:17
      NIE ŻAL MI TEGO DOKTORANTA.DOSTAWAŁ PRZEZ PARĘ LAT PIENIĄDZE PODATNIKÓW(!) TO
      COŚ MUSI Z TEGO WYNIKAĆ.ZA DUZO NA TYCH STUDIACH DARMOZJADÓW!!!!
    • Gość: xyz Skąd jest Paweł W. ? IP: *.chello.pl 17.07.03, 12:44
      Czy ktoś wie na jakim wydziale oraz w jakim instytucie Paweł W. próbował
      zrobić doktorat?

      P.S. A dziennikarz to totalny ignorant w sprawach nauki - vide "rozprawa
      doktorancka".
    • ann.k Re: Kłopoty ze studiami doktoranckimi na Politech 24.07.03, 15:02
      Chyba przesadzasz odmawiając doktorantom prawa do powadzenia zajęć
      dydaktycznych i argumentując to ich brakiem przygotowania dydaktycznego. Zwróć
      uwagę, że celem tych studiow jest właśnie wytworzenie nowej kadry naukowej dla
      jednostki prowadzącej studia doktoranckie. Innymi słowy, każdy musi kiedyś
      zacząć prowadzenie zajęć dydaktycznych. Zresztą tak jest w każdym zawodzie -
      argument: "nie przyjmiemy pana, bo pan nie pracował nigdy". prowadzi do tego,
      że pan tej pracy nigdy nie podejmie;

      inna sprawa, że normalnie powinno być tak, że doktorant jest asystentem, a więc
      co najwyżej może prowadzić ćwiczenia;
      • Gość: xyz Re: Kłopoty ze studiami doktoranckimi na Politech IP: *.chello.pl 25.07.03, 23:55
        ann.k napisała:

        > Chyba przesadzasz odmawiając doktorantom prawa do powadzenia zajęć
        > dydaktycznych i argumentując to ich brakiem przygotowania dydaktycznego.
        Zwróć
        > uwagę, że celem tych studiow jest właśnie wytworzenie nowej kadry naukowej
        dla
        > jednostki prowadzącej studia doktoranckie. Innymi słowy, każdy musi kiedyś
        > zacząć prowadzenie zajęć dydaktycznych. Zresztą tak jest w każdym zawodzie -
        > argument: "nie przyjmiemy pana, bo pan nie pracował nigdy". prowadzi do tego,
        > że pan tej pracy nigdy nie podejmie;
        >

        Doktorant, jeśli jest przyzwoityym człowiekiem (bo gdyby był "praktyczny", toby
        doszedł do wniosku, że szkoda na to czasu), ma lepszy kontakt se studentem niż
        profesor. "Przygotowanie dydaktyczne" na PW to jakieś martwe hasło. Kiedyś
        (tzn. za komuny) coś takiego było - jakiś bezsensowny dokształt o dupie Maryni -
        zwykła strata czasu, za którą pieniądze brała pani psycholog oraz pani
        językoznawca. Zero pożytku.

        > inna sprawa, że normalnie powinno być tak, że doktorant jest asystentem, a
        więc
        >
        > co najwyżej może prowadzić ćwiczenia;
        >

        To nie jest normalne. Obecnie większość doktorantow jest studentami III
        stopnia. Prowadzi laboratoria, projekty, rzadziej cwiczenia.
      • Gość: sko Re: Kłopoty ze studiami doktoranckimi na Politech IP: *.internetdsl.tpnet.pl 01.09.03, 14:20
        Kszałcenie kadry naukowej to nie to samo co kształcenie ludzi, którzy bedą
        mieli uczyć innych. Znam wielu doktorantów którzy tego nie robia, a zajmują się
        pracą czysto naukową (i tak mieli w palnach od początku). Tak więce pchanie
        doktorantów w przymusowe prowadzenie zajęć ze studentami niekoniecznie ma sens.
    • altu Re: Kłopoty ze studiami doktoranckimi na Politech 05.09.03, 09:27
      O rany... Bardzo chciałabym zrobić doktorat, ale niekoniecznie rozpocząć
      karierę stricte naukową... Dydaktykiem już jestem, lubię pracę z młodzieżą...
      Ale po przeczytaniu wyżej wymienionych opinii jakoś zaczynam się poważnie nad
      tym zastanawiać.
      Pozdrawiam
      • Gość: ańja Re: Kłopoty ze studiami doktoranckimi na Politech IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 08.09.03, 20:22
        Chyba masz rację z tym zastanawianiem się - PW to w przeważającej
        większości "miłośnicy" pracy dydaktycznej z młodzieżą, nie zajmujący sie żadną
        pracą naukową. Istnieje od dawna określenie "doktorek z politechniki". Rektor
        rozpaczliwie poszukuje pieniędzy - od pracowników nic nie wydębi, bo
        go "zagryzą" związki zawodowe, studentom nie podskoczy, bo miło by było
        zaliczyć kolejną kadencję, zostają tylko doktoranci. A rzeczywiście przez wiele
        lat opłacało się przyjmować każdego na te studia, bo szły za nim przyzwoite
        pieniądze, więc poprzednie władze i duża część kadry są także odpowiedzialne za
        takie historie, jak ta opisana w artykule.
        • Gość: xyz Re: Kłopoty ze studiami doktoranckimi na Politech IP: *.chello.pl 10.09.03, 23:53
          Gość portalu: ańja napisał(a):

          > Chyba masz rację z tym zastanawianiem się - PW to w przeważającej
          > większości "miłośnicy" pracy dydaktycznej z młodzieżą, nie zajmujący sie
          żadną
          > pracą naukową.

          Ta Politechnika Warszawska to musi być rzeczywiście jakieś dno - nauczyciele
          akademiccy lubią pracę dydaktyczną z młodzieżą! Gorszej obelgi chyba być nie
          może.
          Jeśli chodzi o drugą część zdania, warto zauważyć, że większość przedmiotów
          technicznych musi nadążać np. za zmianami w technologii. Więc ci wykładowcy
          muszą być na bieżąco. A to jest niemożliwe bez czytania publikacji naukowych.
          Ponadto aktywność naukowa, w tym własne publikacje, podlega regularnej ocenie.
          Jeśli ktoś nie ma się czym wykazać, może utracić stanowisko.

          > Istnieje od dawna określenie "doktorek z politechniki".

          Na uczelniach w Polsce "doktorki" nie mają nic do powiedzenia - wszystkie
          decyzje podejmują samodzielni. "Doktorki" tak skaczą, jak samodzielni grają.
          Nie należy zatem do nich jako do personelu pomocniczego kierować uwag czy
          zażaleń, tylko do odpowiedniego profesora.

          > A rzeczywiście przez wiele
          >
          > lat opłacało się przyjmować każdego na te studia, bo szły za nim przyzwoite
          > pieniądze, więc poprzednie władze i duża część kadry są także odpowiedzialne
          za
          >
          > takie historie, jak ta opisana w artykule.

          Dostosowywali się do panującego systemu (finansowania uczelni w kraju). To
          podobno oznaka inteligencji. Im kto inteligentniejszy i bardziej elastyczny,
          ten ma więcej doktorantów.
          • Gość: ańja Re: Kłopoty ze studiami doktoranckimi na Politech IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl 11.09.03, 12:16
            Słowo: miłośnicy było w cudzysłowie, bo było użyte ironicznie. Jest to chętnie
            używane wytłumaczenie, dlaczego ktoś nie zajmuje się pracą naukową. A,
            niestety, wielu wykładowców nie ma zielonego pojęcia, cóż ciekawego wydarzyło
            się w ich dziedzinie od czasu, kiedy obronili pracę doktorską. Juz nie
            wspominając o tym, że żeby móc się zapoznać z bieżącymi osiągnięciami trzeba
            znać język angielski ;-) Weryfikacji nie ma żadnej - jak załapiesz się na
            stanowisko adiunkta a potem starszego wykładowcy, to wszyscy cię mogą ...
            włączając w to studentów. Weryfikacja dotyczy tylko profesorów czyli jakiegoś
            ułamka kadry, który rzeczywiście coś robi.
            • Gość: xyz Schizofrenia IP: *.chello.pl 11.09.03, 23:48
              Gość portalu: ańja napisał(a):

              > Słowo: miłośnicy było w cudzysłowie, bo było użyte ironicznie.

              To ja już nic nie rozumiem. Ludzie ci odwalają ciężką robotę za małe pieniądze,
              profesorowie na każdym kroku dają im odczuć swoją pogardę, w dodatku
              najchętniej by się ich pozbyli (tylko że jakby ich mieli zastąpić doktoranci
              czy asystenci, to byłaby dopiero katastrofa intelektualna na uczelni; zresztą
              musiałoby ich być bardzo dużo bo 300 godzin pensum rocznie by nie uciągnęli,
              chyba żeby się zatrzymali naukowo na poziomie magistra). Jeśli nauka ich nie
              trzyma na uczelni, ani "umiłowanie" dydaktyki, to co? Czyżby to byli masochiści?
              Jest jeszcze jedna rzecz. Spora część tych ludzi pracuje poza uczelnią (skoro
              naukowo się "nie rozwijają", to nie mają pieniędzy z grantów) i przynosi
              niezbędne uczelni technicznej doświadczenie praktyczne i kontakt z
              rzeczywistością. Proponuję przyjrzeć się tematom prowadzonych przez nich prac
              dyplomowych i potem się mądrzyć.

              > Jest to chętnie
              > używane wytłumaczenie, dlaczego ktoś nie zajmuje się pracą naukową. A,
              > niestety, wielu wykładowców nie ma zielonego pojęcia, cóż ciekawego wydarzyło
              > się w ich dziedzinie od czasu, kiedy obronili pracę doktorską. Juz nie
              > wspominając o tym, że żeby móc się zapoznać z bieżącymi osiągnięciami trzeba
              > znać język angielski ;-)

              Nie może się nie zajmować pracą naukową, bo prowadzi stale prace dyplomowe.
              Wiedza sprzed lat, z okresu doktoratu, do tego by nie wystarczyła. A z
              angielskim to mnie nie rozśmieszaj. Jeden na sto może mieć jakieś kłopoty. Jest
              taka zabawna rzecz akurat na PW, że angielskiego nie zna np. obecny Rektor. Ale
              to nie jest "starszy wykładowca", miłośnik dydaktyki. I na pewno nie przez tą
              grupę został wybrany na to stanowisko.

              > Weryfikacji nie ma żadnej - jak załapiesz się na
              > stanowisko adiunkta a potem starszego wykładowcy, to wszyscy cię mogą ...
              > włączając w to studentów. Weryfikacja dotyczy tylko profesorów czyli jakiegoś
              > ułamka kadry, który rzeczywiście coś robi.

              Kolejne bzdury. Wykładowcy (poza matematykami, którym nic nie grozi, klepią
              stale to samo, ale nikt od nich nie oczekuje czegoś innego) są pierwsi do
              odstrzału. Profesorowie w Polsce są poza wszelką kontrolą. A jeśli już
              weryfikują, to sami siebie. Los innych jest niepewny i zależny od ich
              widzimisię. A profesor może nawet nic nie robić, byleby miał doktorantów. Przy
              jego ocenie ważne jest czy i ile ma publikacji samodzielnych. Jeśli takich nie
              ma, to znaczy że żyje z eksploatowania młodych ludzi.
              • Gość: xyz Re: Schizofrenia IP: *.chello.pl 12.09.03, 00:15
                Gość portalu: xyz napisał(a):

                > Przy
                > jego ocenie ważne jest czy i ile ma publikacji samodzielnych. Jeśli takich
                nie
                > ma, to znaczy że żyje z eksploatowania młodych ludzi.

                To znaczy formalnie ważne nie jest, ale powinno być.
Pełna wersja