Dodaj do ulubionych

nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie

08.10.09, 08:44
Witam!
Jestem w 12tc. Wyczekanej, wymodlonej, upragnionej. Naturalnej,
cudownej - po 5 latach bezowocnych starań, po diagnozie o
niepłodności,
po zgłębieniu dziedzin wiedzy o jakich istnieniu przeciętny
śmiertelnik nie ma pojęcia, po uświadomieniu sobie naprawdę
nikłych szans na naturalne poczęcie. Jestem... już prawie mamą. Co
za szczęście!
Zawsze byłam i jestem pacjentką świadomą, oczekującą od kazdego
lekarza i pielegniarki poszanowania moich decyzji i prawa do
intymności. Jestem partnerem dla lekarzy, szanuje ich wiedzę, ale
oczekuję nie bagatelizowania moich wypowiedzi: opisywanych przeze
mnie objawów, informacji o lekach na jakie mój organizm nie reaguje.
Jestem pacjentem-partnerem lekarza.
Niestety, miałam do czynienia z ambiwalencją wielu przedstawicieli
służby zdrowia różnych specjalności. Zbyt wielu, by spokojnie i z
zaufaniem oddawać w ich ręce zdrowie swoje i moich Bliskich.
Nadszedł najcudowniejszy okres w moim życiu - ciąża. Mam nadzieję,
że za 6 miesiecy będziemy już z mężem tulić swój Cudzik.
I boję się panicznie ... wcale nie porodu!
Boję się - nie nazwę tego inaczej - NADZORU MEDYCZNEGO NAD SWOIM
PORODEM
. Bo tego, co ma miejsce w wielu przychodniach,
gabinetach i szpitalach, nie nazwę
opieką. Jako świadoma pacjentka, zaprzyjaźniona z własnym ciałem,
jestem przerażona poczuciem bezsilności, ubezwłasnowolnienia,
wtłoczenia w często niepotrzebne i szkodliwe procedury.
Nie obawiam się na wyrost - boję się tego, co znam z autopsji, z
opowieści koleżanek dot. nie wyolbrzymionych cierpień ale właśnie
procedur porodowych (wiele z tych procedur oficjalnie oczywiście nie
istnieje typu Dolargan, wyciskanie dziecka w porodzie
niezagrożonym), z własnego kontaktu z wieloma przypadkowymi
przedstawicielami służby
Zdrowia.
Piszę ten post, zirytowana dyskusjami o wyższości CC nad SN,
powtarzanymi do znudzenia wypowiedziami że "CC to moda", że "kobiety
boją się bólu". To demagogia, spłycanie problemu, zamiatanie pod
dywan rzeczywistego źródła strachu.
Wiele kobiet nie boi się bólu. Myślę natomiast, że
wiele boi się ubezwłasnowolnienia podczas porodu.
Nie interesuje mnie, czy ktoś uznaje mnie z nadwrażliwą pacjentkę
czy też za pokorne cielątko.
Wiem, czego nie chcę i jestem świadoma swoich oczekiwań.
Pierwsze z nich – nie szkodzić. Drugie – uszanować moje decyzje.
Trzecie – współpracować nie nakazywać.

Nie chcę na wejściu znudzonego ziewnięcia pani na izbie przyjęć
ziejącego brakiem kultury i lekceważeniem. Czy pani w banku wita nas
ziewnięciem?
Nie chcę na powitanie wenflonu w żyle. Nie chodzi tylko o to, że
wenflon przeszkadza, powoduje dyskomfort, ale o to, że założony jest
pretekstem by nie tkwił w ręce na próżno: oksytocyna, dopajanie
dożylne zamiast szklanki wody, glukoza zamiast banana. Jeśli
trzeba, można
go przecież założyć naprawdę błyskawicznie.

Chcę czuć, że personel mnie szanuje - nie żadne "wstanie, poda rękę,
rozluźni się". Możemy być na 'ty' - proszę bardzo. Ale bez
komentarzy, na jakie pielęgniarki i lekarze sobie czasem pozwalają
('nie drzyj się', ‘ co się rzucasz?’).
Jeśli poczuję ból z którym sobie nie poradzę, chcę by położna
pomogła mi nad nim zapanować, a nie wzruszyła ramionami i
powiedziała: "No dobra, to podam lek przeciwbólowy" i wyłuskała
oficjalnie nieużywany, ale niestety ciągle podawany Dolargan.
Jeśli nie wytrzymam bólu i poproszę o znieczulenie zewnątrzoponowe,
dostępne w szpitalu w którym planuję rodzić, chcę je otrzymać. Nie
chcę usłyszeć, że w teorii dostępna płatna usługa której mi
potrzeba, również zależy od czyjegoś widzimisię (nie piszę tu o
przeciwskazaniach lekarskich, zbyt późnym czasie na podanie
znieczulenia, ale o arbitralnej decyzji położnej).

Obserwuj wątek
    • failte Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 08.10.09, 08:44
      Jeśli szpital zagwarantuje mi możliwość porodu w wodzie, chcę mieć
      możliwość wejścia do wanny. Nie chcę usłyszeć mętnych tłumaczeń
      położnych o bezcelowości wchodzenia do wanny i zrozumieć, że one tej
      wanny po prostu nie napełnią, bo wymaga to od nich dodatkowej pracy,
      a potem dezynfekcji...
      Chcę informacji przed każdym badaniem, pytania o zgodę na każdą
      interwencję. Przebicie pęcherza płodowego, masaż szyjki, podawanie
      zastrzyków – czy to problem poinformować co będziemy robić, jakie to
      ma konsekwencje i zapytać „zgadza się pani?”
      Niedopuszczalne dla mnie jest wykonywanie wspomnianych bez
      zgody, wbrew zgodzie a nawet bez wiedzy rodzącej. A to wcale nie
      takie rzadkie! Powiedziałabym, ze personel medyczny ma wręcz w
      zwyczaju robić, a nie wyjaśniać.
      Czy pracownik banku może przełożyć nam pieniądze na wybraną przez
      siebie lokatę,
      bo 'to będzie korzystne dla nas'? Dlaczego więc pracownik szpitala
      ma mieć prawo rozporządzać moim ciałem według własnego uznania i to
      w chwili, gdy jestem w pełni przytomna i zdolna do odpowiedzi na
      pytanie (wystarczy przeczekać skurcz)?
      Chcę, by uszanowano moją decyzję, że chcę rodzic we własnym tempie.
      Nie 'dokończyć na danej zmianie', nie 'przyspieszyć oksytocyną',
      nie 'skrócić'. Komu mają służyć zabiegi skracania i przyspieszania?
      Jesteśmy tam dla dziecka, czy już wszyscy o tym zapomnieli?
      Żyjemy w czasach, gdzie wszystko jest na "szybko" oraz
      na "szybciej". Ale narodziny to nie wyścig.
      Nie chcę przeć jak chart wyścigowy, na "1-2-3-4-5-6-7-8-9-10", z
      nogami powyżej bioder,
      podtrzymywaną głową, w pozycji jakiej nie przybieram nawet we śnie.
      Podczas bolesnego badania HSG (drożność jajowodów - przeprowadzane w
      diagnozowaniu niepłodności), pomimo ogromnego profesjonalizmu
      lekarza i pielęgniarek, pomimo godnego traktowania, uderzyła mnie
      bezsilność tej pozycji. Świadomość, że to przecież pozycja
      obowiązkowa do porodu II fazy.
      Swoboda pozycji podczas II fazy porodu? Gdzie, szanowni państwo? W
      którym szpitalu? W naprawdę wciąż nielicznych. Szukałam, pytałam nie
      personel (który doskonale zna mechanizmy reklamy!), ale rodzące.
      Otóż… nigdzie nie ma swobody pozycji w II fazie porodu! Chyba, że
      człowiek się postawi, przecierpi fochy personelu i ma świadome
      wsparcie u boku.
      Najgorsze jest uświadomienie sobie, że w takiej pozycji jesteśmy
      ubezwłasnowolnione. Bez prawa ruchu by zmniejszyć ucisk na
      kręgosłup. Bez prawa krzyku, bo 'zużywa sie energię niewłaściwie'
      (czy tenisista lub ciężarowiec też nie ma Prawa krzyku, bo źle
      zużywa energię?).
      Bez prawa skorzystania z dramatycznie potrzebnej siły grawitacji.
      W chwilach mocnych bólów miesiączkowych pomagały mi zawsze kucki,
      pomagało kręcenie brzuchem, pomagał strumień prysznica. Czy ciało
      nie jest mądrzejsze od szpitalnego nadzoru?
      Chcę, by personel przyjął do wiadomości, że krocze rozciągnięte Epi-
      no do wielkości główki mojego noworodka może nie wymagać nacięcia.
      Życzę sobie, przy ta informacja została przyjęta do wiadomości i
      uszanowana. Bez wywracania oczami, komentarzy typu „szkodzi Pani
      dziecku” itp.
      Podobnie jak informacja, na które leki mój organizm zupełnie nie
      reaguje. Lekarze bywają uparci – podają na umór coś, co nie działa.
      Już dwukrotnie zaliczyłam zapalenie płuc, bo lekarz nie przyjął do
      wiadomości, że zażywanie pochodnych penicyliny jest dla mnie
      bezcelowe.
      Zamiast tzw. masażu czyli zwykłego ręcznego siłowego rozwierania
      szyjki macicy, jestem gotowa zapłacić za żel którego używa się na
      zachodzie. Jest dostępny i w Polsce, 170 zł za tubkę, tylko dlaczego
      słyszymy, że "nie ma, trzeba zamówić, niedostępny, płatny, drogi" i
      zamiast tego dostępne jest traktowanie naszej delikatnej szyjki
      macicy jak wrót do chlewu - rozepchać, zrobić większą dziurę, na
      chama. Po co to robić? Rzadko po to, by rozwarcie w ogóle „było”.
      Zwykle po to, by „było SZYBCIEJ”.
      Komu to służy? Pozostawiam bez odpowiedzi. Sprawa jest aż nadto
      oczywista.
      • failte Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 08.10.09, 08:45
        Podczas 5 lat starań bardzo zaprzyjaźniłam się ze swoim ciałem.
        Nauczyłam się słuchać jego reakcji, szanować je, nie traktować
        każdego bólu jako zła i nie poskramiać go Ibupromem Max.
        Nauczyłam się, że jestem integralną istotą, wszystko we mnie reaguje
        na świat zewnętrzny. Mam szacunek do własnego ciała. Oczekuję, by
        inni również je
        szanowali. Zaczęłam się tego domagać. Kiedyś potulnie znosiłam
        arogancję. Teraz zwracam
        uwagę, protestuję, nie wyrażam zgody, upominam kiedy lekarz próbuje
        mówić do mnie podniesionym tonem. Jednak liczba przykrych sytuacji,
        z którymi zetknęłam się w służbie zdrowia, rozmiar ambiwalencji,
        niedbałości, lekceważenia z jakim się spotykałam jest nadal
        przytłaczający.
        Chcę rodzic godnie. Moje dziecko jest cudem. Chcę, by jego narodziny
        też były cudem.
        Nie boję się bólu, ból widzę jako trudnego, ale ważnego
        sprzymierzeńca, który będzie mi mówił gdzie jest dziecko, co się z
        nim dzieje. Boję się jedynie ubezwłasnowolnienia. Boję się nadzoru
        szpitalnego, podejmowania decyzji dotyczących dziecka i matki
        zamiast mnie, wbrew mnie.
        Rozmawiam z mężem i jestem zdumiona w jaką ilość przekłamań,
        stereotypowych obiegowych opinii wierzy. Oksytocyna, nacięcie
        krocza, masaż szyjki, wyciskanie dziecka, wenflon - to wszystko
        ponoć 'trzeba' , to jest 'dla dobra dziecka'. Dużo czasu upłynie
        zanim przełamię te stereotypowe myślenie i mąż stanie się wsparciem
        w przyjściu na świat naszego Cudu, raczej niż sprzymierzeńcem
        nadzoru
        szpitalnego.
        Jest jeszcze jedno - potrafię liczyć. Umiem dodawać: opieka
        życzliwej położnej skłonnej chronić krocze – 500 zł; pojedyńcza sala
        do porodu – 300 zł, - pobyt w dwuosobowej sali poporodowej – 100 zł
        na dobę (w sumie 300 zł), znieczulenie zewnątrzoponowe – 300 zł (lub
        poród w wodzie – 250 zł), obecność męża – 100 zł = 1500 zł. Cięcie
        cesarskie – 2 000 zł. Oba cenniki – nieoficjalne i –rzecz jasna –
        ‘nie istniejące’. Ktoś mówił, że cesarka jest droższa?
        Nie jestem zwolennikiem cięć cesarskich. Jednak za długo czekałam na
        dziecko, na drugie mogę się już nie doczekać, by pozwolić
        na „obserwowanie co się będzie działo” w przypadku problemów w
        trakcie porodu. Jestem zwolennikiem godnych porodów, które prowadzi
        kobieta a personel medyczny wspiera, a nie nadzoruje prawidłowe
        stosowanie procedur szpitalnych.
        Wszystkim, którzy wymachują koronnym argumentem o panice polskich
        kobiet i 'modzie na cesarkę' chciałabym tutaj jeszcze napisać: to
        przykre, ale cesarka nie
        odziera nas z godności. Jestem pacjentem, nikt nie podejmuje decyzji
        za mnie, bo trzeba mojej zgody na operację. Mówią mi co mi zrobią -
        tego wymaga
        dobrze przeprowadzony zabieg. Anestezjolog musi wypytać na co jestem
        uczulona, co na mnie nie działa i wziąć to pod uwagę. Nikt nie
        gwałci mojego ciała robiąc potajemnie lub jawnie wbrew mojej woli
        coś, na co się nie zgadzam.
        To wszystko można zrobić i przy porodzie SN. Ale wyklucza
        to myślenie w kategoriach nadzoru porodu zamiast wspierania rodzącej.
        Zamieńmy nadzór porodowy na wsparcie. DOMAGAJMY SIĘ WSPARCIA.
        Wsparcie oznacza jedynie pomoc. Nic więcej. Ani złotówki.
          • magdad5 Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 08.10.09, 13:38
            Zgadzam sie w 100%. Ale musze przyznac, ze moje wszystkie porody (a
            bylo ich 3 wliczajac w to ten w zeszlym tygodniu, kiedy przyszla na
            swiat moja coreczka) byly wlasnie takie - czyli godne, intymne i ani
            przez moment nie naruszaly mojej godnosci. Wszystkie 3 ze
            znieczuleniem, pierwszy w wannie w I fazie (nie pomagala mi wiec
            wyszlam), drugi i trzeci - bez wanny bo przy drugim zwyczajnie nie
            bylo czasu a przy 3. - nie chcialam. Pozycje w II fazie - do
            wyboru - pierwszy porod na polsiedzaco, drugi na stojaco, trzeci -
            na boku. Nie bylo zadnych zbednych interwencji medycznych, byly
            drabinki, worek sako, pilka i polozna ktora wchodzila tylko czasami
            do pokoju (ale zawsze pukajac). No i z ochrona krocza.
            Zgadzam sie - zaplacilam za to. Chociaz nie za pierwszym razem -
            polozna dostalam z przydzialu a pojedyncza sala po prostu byla
            wolna. A tak mi sie "spodobalo" ze podczas nastepnych porodow po
            prostu chcialam zeby bylo tak samo wiec placilam za sale i polozna -
            ale z drugiej strony ile razy w zyciu bede rodzic dzieci ? To nie
            sklep, do ktorego chodze co tydzien. I dlatego warto bylo zaplacic.
            Aha, a to wszystko na Zelaznej w W-wie.
            • titta Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 02.12.09, 23:08
              <To nie
              <sklep, do ktorego chodze co tydzien. I dlatego warto bylo zaplacic.

              Wielu dzieczyn na to po prostu nie stac. Wola zacisnac zeby i miec
              za co kupic wozek. Zreszta dlaczego placic za cos, co kiedys bylo
              oczywistoscia (wybor pozycji, obecnosc bliskiej osoby) i na dobra
              sprawe usprawnia i zmniejsza kozty porodu?
        • justcam Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 08.10.09, 14:51
          bardzo pięknie opisałaś smutną prawdę
          ten post powinny przeczytać położne i położnicy
          ja bym go przyczepiła w każdym szpitalu w pokoju gdzie przesiadują
          położne i wysłała każdemu ordynatorowi działu położnego
          pozdrawiam i życzę dobrego przyjścia dzieciątka na ten świat
        • katarzynaoles Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 12.10.09, 22:08
          Zgadzam się w pełni z Pani sposobem myślenia - wydaje mi się, że
          bardzo wnikliwie i celnie oceniła Pani sytuację. Taka jest też
          motywacja większości kobiet, które decydują się na poród domowy,
          więc wiem, że wiele matek tak myśli.
          Zapewniam jednak, że można trafić, i bez dodatkowych pieniędzy, na
          personel, który będzie spełniał Pani oczekiwania, bo po prostu
          podziela Pani sposób myślenia. Olbrzymią niedogodnością jest brak
          możliwości swobodnego wyboru osób towarzyszących przy porodzie i w
          związku z tym nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi. Myślę, że warto
          zainwestować dużo wysiłku w zanalezienie odpowiedzich osób, które
          mogłyby Panią wesprzeć. A cc? według mnie nie jest w tej sytuacji
          rozwiązaniem, między innymi dlatego, że nie zapewnia Pani tego, że
          będzie Pani traktowana tak, jak to sobie Pani wymarzyła...
          Szczególnie okres pobytu w szpitalu po urodzeniu dziecka może być
          trudny. Jeśli mogłabym Pani pomóc podając kontakt do konkretnej
          położnej, która podziela Pani punkt widzenia - proszę o maila.
          Pozdrawiam serdecznie :)
          • failte Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 29.10.09, 10:09
            Dziękuję Pani serdecznie za odpowiedź!
            Jestem z południa Polski, znalazłam już szpital, gdzie
            prawdopodobnie będę rodziła. To szpital w Wałbrzychu; zrezygnowałam
            ze spzitali w m-cu zamieszkania i pobliskich miejscowosciach.
            Chodzę do lekarza, którzy wydaje się zrównoważoną osobą, ale ... nie
            udaje mu się uniknąć straszenia mnie wizją przeróżnych komplikacji
            ciążowych. :-/ Niestety potwierdzam, że nazbyt często lekarze mają
            tendencję do tworzenia patologii z fizjologii i szafowania opisami
            potencjalnych zagrożeń. Czuję się super i wszystko jest dobrze, ale
            po wizytach mam wrażenie, że doszukujemy się oznak patologii.
            Teraz szukam dobrej położnej,choć jestem świadoma, że nie pracuje
            ona w próżni i w pełni podlega przecież lekarzowi prowadzącemu poród
            i jego poleceniom. ..
            Serdecznie pozdrawiam!

            failte
            • artemida.10 Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 31.10.09, 14:56
              Witaj failte,też jestem z południa Polski i również rozważam wybór
              szpitala w Wałbrzychu,ale jeszcze nie byłam tam i nic na ten temat
              nie wiem.Czy mogłabym Cię prosić o jakieś informacje,co Tobą
              kierowało jeśli chodzi o ten wybór,a może podzielisz się wrażeniami
              z porodu?Nie wiem która z nas urodzi wcześniej bo ja mam termin na
              marzec.Zastanawiam sie czy wybrać Wałbrzyvh czy może Wrocław.Z góry
              dziękuje za odpowiedźi pozdrawiam.
    • beciaw77 Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 08.10.09, 13:38
      przeczytałam....
      ja już jeden poród mam za sobą... nie mogę narzekać bo zakończony szczęśliwie,
      dziecko całe i zdrowe a to najważniejsze ale...
      to co piszesz to prawda.... napatrzyłam się trochę na porodówce i nasłuchałam i
      choć od tego czasu minęło ponad 5 lat wiem że niewiele się zmieniło....
      dla mnie poród to upokorzenie i to nie ze względu na jego formę ale właśnie z
      powodu takiego a nie innego traktowania nas rodzących przez lekarzy i położne:(
      oczywiście są wyjątki ale.... jest ich zbyt mało w naszych szpitalach...
      teraz za 8 dni mam termin drugiego porodu i bardzo chciałabym móc wyrazić swoje
      zdanie w jego trakcie, móc współpracować z położną, nie bać się o dziecko i nie
      być traktowana jak ta która nic nie wie i powinna tylko leżeć i słuchać i
      wykonywać polecenia personelu szpitala....
      przy pierwszym porodzie dość szybko mnie położono, przebito mi pęcherz, nacięto
      bez zapytania.... teraz bardzo bym chciała mieć siłę walczyć o swoje ciało i
      wsłuchać się w nie mocniej niż poprzednio bo ono już odebrało lekcję w szkole
      rodzenia i ufam że będzie wiedziało najlepiej co robić....
      życzę wszystkim świadomego i godnego rodzenia nie tylko w słowach ale i w
      postępowaniu lekarzy i położnych
      może tym razem się uda "urodzić po ludzku"?
      pozdrawiam
    • oldzinka Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 08.10.09, 20:10
      Pięknie napisane. Wyraziłaś moje uczucia i postawę jako pacjentki. I
      brawo, że nauczyłaś się walczyć o swoje ciało, o siebie. Ja nie
      wiedziałam, że przy porodzie nie dam rady walczyć o siebie ani o
      dziecko i musiałam zapłacić za to bardzo wysoką cenę.
      Obawiam się, że lekarze jeszcze długo nie dojrzeją do takich
      Pacjentek jak Ty. Pozdrawiam i życzę pięknego porodu bez walki :)
      • stokrotka_2406 Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 09.10.09, 08:58
        Piękne słowa, Twoj post na prawdę warto by było porozwieszać we wszystkich
        szpitalach. Ja swój poród wspominam jak horror Gdy dziecko się zaklinowało i
        spadało mu tętno, lekarze kłócili się
        z położnymi że nie ma sensu robić cesarki bo i tak urodze. Czułam się jak
        przedmiot, którym się pomiata, brak życzliwości dla cierpiącej kobiety. W końcu
        jak już nie mogłam wytrzymać jeden z lekarzy rzucił mi się najpierw łokciami na
        brzuch, potem całym ciałem i na siłę wyciskał malutką, darli sie na mnie że nie
        współpracuję, że nie umiem przeć a ja już nie miałam siły i czułam jak mdleję
        To była trauma, a z 8 osób stało nade mną i nie wiedzieli co robić, mówili o
        mnie bezosobowo jak o rzeczy, nikt słowem mnie nie poinformował z rozmów lekarzy
        między sobą musiałam się domyślać co się dzieje... przedawkowali oksytocyce,
        podali mi antybiotyk na który jestem uczulona, 10 godzin przed porodem przebili
        pęcherz bez mojej zgody, czułam tylko jak lekarz wkłada mi igłe i każe się nie
        ruszać,
        potem nacięli nie informując mnie nawet o tym...A tak w ogóle to byłam rzucona
        na łóżko porodowe na 12 godzin bez możliwości przekręcenia się na bok. Po tym
        feralnym porodzie została mi pamiątka - pęknięta szyjka macicy o czym
        dowiedziałam się rok później, gdy inny lekarz po badaniu powiedział że powinien
        być zaraz założony jakiś opatrunek i wygładzona szyjka czy coś takiego.
        Teraz w drugiej ciąży po 6 latach umówiłam się z położną do porodu, po
        wysłuchaniu całej tej historii była w szoku, biorąc pod uwagę że i ja i mała
        byłyśmy zdrowe, nikt na siłę nie musiał wywoływać porodu tylko dlatego że
        odszedł mi czop śluzowy. Mam nadzieję tylko że teraz urodzę w godnych warunkach
        z mężem i przemiłą położną, w atmosferze innej niż 6 lat temu, w pozycjach które
        sama wybiorę. Wiem już o co mam walczyć, a w zasadzie to wybrałam tym razem
        szpital na Żelaznej więc raczej wg słów mojej położnej nie muszę już walczyć o
        godne traktowanie.
    • niuta_s Amen... 09.10.09, 08:47
      i do póki polskie porodówki nie będą tak wyglądały jak to hmmm... nadal na
      forach takich jak to będą się znajdowały wątki o wyższości cc nad sn. Nadal będą
      się znajdowały kobiety takie jak ja - opisujące traumatyczne przeżycia.
      Tak czułam się w czasie własnego porodu ubezwłasnowolniona, czułam że
      jest zadawany mi gwałt, a ja nie potrafie, nie daję rady się temu sprzeciwić...
      co więcej na każdym kroku wpycha mi się w świadomość - przecież to dla dobra
      dziecka... ciekawe czyjego...
      • nehema2889762 failte - więcej optymizmu 09.10.09, 13:24
        ja rodziłam w Krakowie w Żeromskim z położną która miała zmianę,
        za nic nie płaciłam a poród (3mce temu) wspominam jako wydarzenie w którym ja
        decydowałam,
        pojedyncza sala wyposażona w drabinki, piłkę worek itp (nic nie jest tam płatne)
        położna zaglądająca co jakiś czas (pukała przed wejściem)
        na moje obawy że nie chcę przeć na leżąco odpowiedziała że będę przeć jak mi
        wygodnie (w sumie na stojąco, na boku, na krzesełku)
        lekarz w II fazie stał z boku i się przyglądał, a położna klęczała przedemną na
        podłodze (krzesełko)
        o zgodę na wszelkie zabiegi byłam pytana
        bolało bo poród boli - było długo bo widocznie taka moja uroda
        ale moim zdaniem da się rodzić po ludzku :)
        ps.warto zabrać męża na porodówkę !!
        i.. więcej optymizmu :)
            • aleksandra1977 Re: failte - więcej optymizmu 11.10.09, 17:49
              Failte, nalezysz do naprawde nielicznej grupy pacjentek, ktore
              traktuja lekarza jak partnera i nie przyjmuja "na starcie" postawy
              roszczeniowej.
              Tym samym oczywiste sa Twoje oczekiwania odnosnie takiej samej
              postawy ze strony lekarza czy poloznej.
              Co zrobic w przypadku osob, ktore sa laikami w dziedzinie medycyny,
              ktore przez ciaze zdazyly "nasiaknac" wiedza czerpana z forow
              internetowych i opowiesci kolezanek, ktore juz w Izbie Przyjec sa
              agresywne, niegrzeczne i nie przebieraja w slowach? Co dziwne,
              wiele "epitetow" i slow dezaprobaty mozna uslyszec od przyszlych
              tatusiow, ktorzy jak z rekawa sypia terminami medycznymi, a na
              pytanie "czy jest Pan lekarzem?" odpowiadaja "ja? nie! jestem
              informatykiem!"....
              Albo tez takich pacjentek, ktore chca byc "jajkiem madrzejszym od
              kury" i dyskutuja o slusznosci dzialan lekarza tylko dlatego, ze
              gdzies uslyszaly, czytaly, ze tak nie powinno byc.
              • failte Re: failte - więcej optymizmu 12.10.09, 08:33
                aleksandra1977, nie popieram chamstwa, ale się również tym
                roszczenikowym pacjentom w ogóle nie dziwię. Powiem jedno - sama
                bywam roszczeniowa wówczas, kiedy jestem olewana lub traktowana
                arogancko.

                Niestety, zauważyłam jakiś czas temu, że pacjent zaczął być
                traktowany jak klient - ma płacić za wiele rzeczy, które w teorii ma
                bezpłatnie. Tyle, że jest traktowany jak klient tylko w momencie
                styczności z jego portfelem. Nadal w teorii ma, ale w praktyce w
                wielu miejscach jednak nie ma prawa nie zgodzić się na zabieg lub
                interwencję, zadawać pytań, wyrażać strachu lub wątpliwości w słowa
                lekarza i jego zalecenia terapii. Lekarz nie może się na to oburzać
                lub zaordynować : 'ja tu podejmuję decyzje!" Lekarz ma obowiązek
                wyjaśnic i uspokoić.

                To interesująca obserwacja, ale istnieją placówki (niekoniecznie
                tylklo prywatne!), które doskonale zrozumiały co znaczy obsługa
                klienta w warunkach nowej rzeczywistości rynkowej i świetnie sobie
                radzą. Zmiana mentalności dokonuje się najdłużej i najboleśniej.
                Nadal rozmiar starych, skostniałych nawyków, zw. głównie z
                traktowaniem pacjenta i pozycją personelu medycznego, jest ogromny.

                aleksandra1977, jeśli płacę za badanie (lub płacę pośrednio, poprzez
                NFZ), to oczekuję pewnego standardu badania. Jeśli mam go oczekiwac,
                musze wiedziec - czego. Stąd wiedza informatyka i księgowej o
                procedurach medycznych. Dobry fachowiec, lekarz, takiego
                rozawanturowanego delikwenta posadzi, wytłumaczy, uspokoi. Bez
                trudu, naprawdę.

                Standardy badań nie powstają sobie a muzom. W przemyśle wykonawca
                (robotnik) jest rozliczany z wykonania pracy zgodnie z wytyczonym
                standardem. Rozliczam fachowca od okien czy wstawił je zgodnie z
                wytycznymi producnta, choć nie jestem fachowcem. Ale czytam standard
                i go rozumiem. Dzięki temu nie dam sobie wprawic cieżkich drzwi
                antywłamaniowych na samej piance montażowej, bez wsparcia na
                betonie, i to bez wzgledu na to ile awanturuje się fachowiec że "tak
                sie powszechnie robi", "jest pani pierwszą klientką, która tak
                wymyśla". Podobnego utrzymania standardów również wymagam od
                lekarza. :-) Nie dam sobie gzrebać w zębie nieumytymi gołymi rękami
                dentysty. Nie zgadzam się z arbitranlą decyzją lekarza dot. podania
                mi leku, który na mnie nie działa. Choć nie mam wykształcenia
                medycznego, będę protestować.

                To nie taka płytka kwestia, polegająca na pyskatych pacjentkach,
                agresywnych mężach i aroganckich lekarzach. Chodzi o to, by służba
                zdrowia pzrestawiała się konsekwentnie w wielu miejscach z trybu
                odfajkowywania petentów na tryb obsługi klientów. Wymaga to od
                personelu prezentowania kultury osobistej, pracy nad właściwą
                komunikacją, budowania szacunku do pacjenta, jego wiedzy, jego obaw,
                jego bólu, jego decyzji.

                Jeśli jestem klientem, to chcę nim być ca całej linii. Chcę mieć nie
                tylko obowiązek uiszczenia płatnosci, ale też pewne prawa. Agresja
                skądś się bierze. Najczęściej - z odruchu obronnego. :-)

                Pozdrawiam serdecznie i życze mało konieczności odruchów obronnych!
                failte
                • asik57 Re: failte - więcej optymizmu 12.10.09, 22:06
                  Zgadzam si~ę z tobą w 100% we wszystkich postach. Dodam jeszcze tylko od siebie,
                  że lekarze w szpitalach nie tylko nie szanują zdania pacjenta i jego godności,
                  ale wykazują się też brakiem elementarnego wychowania. Matka, czy ojciec nie
                  tylko na porodówce, ale również na oddziałach są traktowani jak gó...arze.
                  Lekarze, pielęgniarki i inny personel wchodzi bez pukania na salę nie biorąc pod
                  uwagę tego, że np ktoś może się w tym czasie przebierać (starsze dziecko może
                  być taką sytuacją bardzo skrepowane). Personel szpitalny nie ma w zwyczaju się
                  przedstawiać - wchodzi kobieta w fartuchu, a ja nie wiem, czy to lekarz,
                  pielęgniarka czy salowa (chociaż te na ogół są najmilsze). Zero dzień dobry,
                  nazywam się i przyszłam zbadać dziecko/ podać lek/ zmienić opatrunek. Brak
                  identyfikatorów z których mogłabym wyczytać z kim mam do czynienia. Będąc 15 dni
                  w szpitalu od innych mam (już zadomowionych)dowiadywałam się z kim rozmawiałam
                  (raz się BARDZO zdziwiłam, bo pani w poplamionym fartuchu wyglądająca, jakby
                  oderwała się od zmywaka była lekarzem). Nikt mnie nie informował jakie leki i po
                  co dostaje moje dziecko. Wysłano mnie z dzieckiem i z jego historią choroby na
                  badania zakazując surowo zaglądać do karty (oczywiście w windzie dokładnie ją
                  przejrzałam, chociaż niewiele udało mi się zapamiętać). Nikt nie informowała
                  mnie o wynikach badań - jak raz się zapytałam to usłyszałam "po co to pani i tak
                  się pani na tym nie zna. To jest informacja ważna dla lekarza, a nie rodziców"
                  Ok. Nawet jeśli się nie znam to obowiązkiem lekarza jest poinformować mnie jakie
                  są te wyniki i co w związku z tym będzie robione, jakie leki podane i jakich
                  oczekują efektów kuracji. Czy to naprawdę tak wiele??? Czy zawsze rodzica trzeba
                  traktować jak jakiegoś przygłupa??? To wszystko spotkało mnie w jednym z
                  Wrocławskich szpitali i chociaż cieszy się on dobrą opinią to mam nadzieję, że
                  noga mojego dziecka tam już nie postanie. Nigdy nie czułam się tak upodlona i
                  zdegradowana do nic nieznaczącego robaka jak tam. Strach o dziecko jest wielki i
                  odbiera siły do walki o godność i szacunek. Nigdy wcześniej nie bałam się
                  szpitali, teraz ten strach jest paraliżujący.
                • ewicia22 Re: failte - więcej optymizmu 13.10.09, 09:01
                  przeczytałam twoje wypowiedzi, failte, i mam ochotę je sobie wydrukować i zabrać ze soba do szpitala, bo okazuje się, że tak fantastycznie uporządkowałaś moje mysli i wątpliwości.

                  za 6 tygodni mam urodzić drugie dziecko, ale to, co przeszłam 5 lat temu, powoduje u mnie zwyczajny strach. wszystko skończyło się szczęśliwie i mam fantastyczną, mądrą i świetnie rozwijającą się córeczkę, ale dopiero po porodzie dotarło do mnie, na jakie niebezpieczeństwo była narażona.

                  poród zaczął być wywoływany 10 dni po porodzie- trwało to w sumie trzy dni, od wtorku rano do 16 w czwartek. ładowali we mnie oksytocynę, jeść nie mogłam, bo przecież zaraz będę rodzić, kiedy miałam skurcze co 2 minuty bez rozwarcia, dostałam relanium, żeby wygłuszyć akcję porodową. w środę rano odeszły mi wody, w czwartek o 8 miałam mieć cc, ale ordynator wymyślił kolejną kroplówkę, żeby "macica popracowała".

                  bez pytania i mojej zgody nacięto mi krocze, zostałam na łóżku porodowym w trakcie skurczu ogolona do skóry tępą żyletką (mimo że przed przyjściem do szpitala mąż to "załatwił"). lekarz się zdenerwował, kiedy podczas badania rozwarcia chlusnęły na niego wody płodowe i się, bidulka, uciapał... wchodzili wszyscy, bez pukania, łącznie z jakimś stażystą, który wreszcie usłyszał ode mnie: "spier..." i to był jedyny wyraz mojego sprzeciwu wobec tego , co się wokół działo.

                  myślałam, że skoro całą ciążę byłam pod opieką z-cy ordynatora, to mogę liczyć na opiekę i przynajmniej rzetelna informację. męża pozwolili mi zawołać na oddział w czwartek około 9 rano i gdyby nie on i jego ciężka fizyczna praca, żeby mnie utrzymać na nogach, pewnie skończyłoby się źle. a tak "jedynie" 7 punktów Apgar (sina, nie płakała), tlen i inkubator na 12 godzin...

                  najmilej wspominam salowe- ktoś już o tym wcześniej pisał. cóż za paranoja, żeby większe wsparcie czuć od salowej niz od lekarza...

                  nie dziwię się więc tym, które rozważają cc. ja się po prostu boję powtórki... chociaż marzy mi się dobry poród, intymny, z dzidzią na brzuchu, odcinaniem pępowiny, karmieniem...
                  na razie Staś ustawił się pośladkami, a jest wieeeelki (w 33 tg 2400g) i może podejmie decyzję za mnie...

                  życzę Tobie, failte, sobie i wszystkim mamom godnego porodu- niech to naprawdę będzie CUD!
                • aleksandra1977 Re: failte - więcej optymizmu 13.10.09, 09:52
                  Failte, sama przyznasz, ze inna jest sytuacja, gdy laik (chociazby wspomniany
                  informatyk) pyta i wymaga informacji, bo chce wiedziec, co go czeka i w jakim
                  celu sa podejmowane okreslone dzialania medyczne, a inna taka, w ktorej,
                  przekonany tylko i wylacznie o swoich racjach, skacze z przyslowiowa "morda" do
                  kazdej osoby, ktora bialy fartuch nosi. Wtedy kazdy lekarz, pielegniarka,
                  polozna, zeby nie wiem, jak spokojna nature mieli i cierpliwi byli, tez sie
                  zdenerwuja, a na pewno szybko zorientuja sie z jakim "typem" maja do czynienia.
                  Oczywiscie kazdy ma prawo do rzetelnej informacji, ale chodzi o to, w jakiej
                  formie o nia prosi, gdy dotychczasowe wyjasnienia sa dla niego niesatysfakcjonujace.

                  Czy rzeczywiscie zdazaja sie sytuacje, gdy pacjent jest olewany przez "duze O"?
                  Tzn. poddaje sie kazdej interwencji lekarza, siedzi cicho jak mysz pod miotla, a
                  w glebi serca ma zal, ze nic nie wie i nie rozumie danego postepowania? Mysle,
                  ze ta wspolpraca i partnerstwo lekarz-pacjent, aby zadzialaly i przyniosly
                  oczekiwane rezultaty, musza wyplywac z obu stron - zarowno lekarza, jak i
                  pacjenta. Pacjent musi wiedziec, ze kazda jego watpliwosc zostanie mu wyjasniona
                  na tyle, by czul sie bezpiecznie, a lekarz musi chciec to zrobic nie tylko
                  wtedy, gdy ktos go do muru przypiera.
                  • ewicia22 Re: failte - więcej optymizmu 13.10.09, 12:05
                    aleksandra1977 napisała:

                    > Czy rzeczywiscie zdazaja sie sytuacje, gdy pacjent jest olewany przez "duze O"?
                    > Tzn. poddaje sie kazdej interwencji lekarza, siedzi cicho jak mysz pod miotla,
                    > a
                    > w glebi serca ma zal, ze nic nie wie i nie rozumie danego postepowania? Mysle,
                    > ze ta wspolpraca i partnerstwo lekarz-pacjent, aby zadzialaly i przyniosly
                    > oczekiwane rezultaty, musza wyplywac z obu stron - zarowno lekarza, jak i
                    > pacjenta. Pacjent musi wiedziec, ze kazda jego watpliwosc zostanie mu wyjasnion
                    > a
                    > na tyle, by czul sie bezpiecznie, a lekarz musi chciec to zrobic nie tylko
                    > wtedy, gdy ktos go do muru przypiera.

                    oczywiście, że takie sytuacje się zdarzają. trzeba byc naprawdę świadomym swojego ciała i procesów w nim zachodzących, żeby móc się postawić lub chociażby mieć pojęcie, o co zapytać. ja ufałam ślepo lekarzom- przecież byłam w dobrych, fachowych rękach, a oni wiedzą, co robią...
                    a doświadczony lekarz ma tysiące pacjentów i wie doskonale, co ma powiedzieć, a przynajmniej powinien zapytać, czy wszystko jest jasne...


                    jeszcze jedno- wspomniany wcześniej informatyk (sama mam w domu jednego :)) z wielką mordą, to raczej kwestia dobrego wychowania... chamstwo i postawa roszczeniowa w niczym nie pomogą- moga tylko zaszkodzic i to nie tylko w sytuacji porodu :(
                    • aleksandra1977 Re: failte - więcej optymizmu 13.10.09, 14:25
                      ewicia22 napisała:
                      trzeba byc naprawdę świadomym swoje
                      > go ciała i procesów w nim zachodzących, żeby móc się postawić lub chociażby mie
                      > ć pojęcie, o co zapytać. ja ufałam ślepo lekarzom- przecież byłam w dobrych, f
                      > achowych rękach, a oni wiedzą, co robią...
                      > a doświadczony lekarz ma tysiące pacjentów i wie doskonale, co ma powiedzieć, a
                      > przynajmniej powinien zapytać, czy wszystko jest jasne...
                      >
                      >
                      > jeszcze jedno- wspomniany wcześniej informatyk (sama mam w domu jednego :)) z w
                      > ielką mordą, to raczej kwestia dobrego wychowania... chamstwo i postawa roszcze
                      > niowa w niczym nie pomogą- moga tylko zaszkodzic i to nie tylko w sytuacji poro
                      > du :(

                      Ano wlasnie! to powinna byc rozmowa, partnerska rozmowa, a nie wzajemne
                      oskarzanie sie, kwestionowanie pogladow, czy dzialan, albo z uporem maniaka
                      udawadnianie swoich racji. Tyle sie mowi o prawach pacjenta,
                      regulaminy-wypracowania sie na scianach wiesza, a jak przychodzi co do czego, to
                      psu na bude wszystkie te teksty... :/
                      • anna_boleyn Re: failte - więcej optymizmu 13.10.09, 19:30
                        Wiesz aleksandro ten sam lekarz w białym fartuchu potrafi przyjść do mojej
                        firmy, jeżeli przecinek jest nie w tym miejscu co trzeba bez skrempowania
                        potrafii zachować się jak arogancka świnia, pisząc skargii narażając mnie nawet
                        na utrate pracy, ja muszę grzecznie przeprosić, płaszczyć się...
                        ten sam lekarz na porodówce swoją arogancją może doprowadzić mnie lub dziecko do
                        stanu zagrożenia życia, nawet mając wcześniej symptomy że np. poród nie
                        przebiega prawidłowo, moja skarga w instytucji której tenże pracuje nic nie da,
                        co więcej lekarzyna nawet nie przeprosi, co więcej będzie żył świadomości że to
                        moja wina- bo nie współpracowała, bo...
                        niestety nie starujemy z równej pozycji, żałuje że pl nie obowiązują standardy
                        służby zdrowia obowiązujące na zachodzie, po tenże lekarzyna, zrozumiałby co
                        znaczy szacunek do pieniądza...
                          • asik57 Re: failte - więcej optymizmu 15.10.09, 13:22
                            A ja myślę, że są ludzie i ludzie. I nie ważne czy lekarz, czy informatyk.
                            Personel szpitala w którym urodziłam był jak najbardziej w porządku. Świetnie
                            się tam czułam, mój mąż i dziecko również. Ten do którego trafiliśmy później to
                            jakieś wielkie nieporozumienie i trauma zastanie mi po pobycie tam do końca
                            życia. Nawet teraz na wspomnienie tego wszystkiego trzęsą mi się ręce i łzy
                            stają w oczach. Jestem osobą asertywną, potrafię bez chamstwa upomnieć się o
                            swoje. A tam byłam zaszczutym zwierzęciem, bojącym się odezwać, zapytać, wręcz
                            oddychać. Bałam się o dziecko, bo nikt nie chciał mnie poinformować o jego
                            stanie, leczeniu, rokowaniach. Jedynie salowe wykazały się człowieczeństwem.
                            Wylałam morze łez, a gdy szłam z dzieckiem do innego szpitala na operację to
                            zabrałam ze sobą całą masę chusteczek. Nie użyłam żadnej - fachowa opieka, pełna
                            informacja, zero strachu, pomoc w każdym calu.
                            • anirolak Re: failte - więcej optymizmu 01.11.09, 10:04
                              No właśnie są ludzie i ludzie...
                              Ja podobnie jak failte - nie chciałabym mieć szczęscie trafić na
                              tych lepszych ludzi tylko być pewną, że obowiązują takie standardy
                              postępowania, że moje zdanie się po prostu szanuje i jest ważne.
                              Niezależnie od mojego poziomu wiedzy i świadomości ja chcę aby tak
                              jak w innych cywilizowanych krajach - pytano mnie o wszystko i
                              informowano. Nawet z przesadą ale tak jak failte mam na tym punkcie
                              przewrażliwienie i ograniczone zaufanie.
                              Niemniej optymizm mnie nie opuszcza - oby ;)
                          • titta Re: failte - więcej optymizmu 02.12.09, 22:58
                            Tyle, ze to tyczy rowniez lekarzy. albo przede wszystkim, bo pozycje
                            sa nierowne. Jak kobieta w bolach, drzaca o zycie swojego dziecka ma
                            podjac rowna dyskusje, jesli ktos na nia wrzeszczy? Jak starsza
                            osoba, lezaca, zacewnikowana, karmona dozylnie, zdana calkowicie na
                            laske i nielaske pielegniarek i lekarzy ma byc partnerem, jesli
                            druga strona dawno uznala, ze jest "przypadkiem", dla ktorego
                            medycyna czesto "zrobila juz wszystko".
                            Oczywiscie wiele lekarzy ma ludzkie podejscie. Ale chodzi o to aby
                            podejscie nie zalezalo od "ludzkosci" i dobrych checi lekarza a bylo
                            oczywiste, standartowe i egzekwowalne. Wtedy ilosc "roszczeniowych"
                            pacjetow tez by sie zmniejszyla. Bo masz racje, jak na razie to
                            czesto na skutek doswiadczen wlasnych i bliskich, juz widok bialego
                            fartucha wyzwala reakcje lekowa, albo agresje.
              • titta Re: failte - więcej optymizmu 02.12.09, 22:35
                Aleksandra, wiedza medyczna naprawde nie jest wiedza magiczna.
                Wiedza, powtarzam, nie doswiadczenie, bo na to mozna sobie tylko
                zapracowac. Niejeden "informatyk" ma doczynienia z fachowa
                literatura medyczna, w odroznieniu od niejednego lekarza...
                Czasem z sluzznoscia dzialan lekarza nie wsposob nie dyskutowac. Gdy
                dla niego jest sie tylko "roszczeniowym przypadkiem X", na ktorym
                usiluje sie zastosowac procedure przyjeta w danym miejscu, a wcale
                nie najlepsza w danym przypadku. Trudno zeby pacjeta bardziej
                obchodzila personalo-ekonomiczna sytucja lekarza/szpitala niz jego
                wlasne dobro.
    • abigail_23 Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 01.11.09, 19:29
      Bardzo celnie ujęłaś problem.
      Jak to mówią, kobieta obawia się pierwszego porodu, bo nie wie, co ją czeka,
      kolejnego - bo już wie.
      Myśląc o swoim porodzie, który nastąpi lada dzień, swoich lęków nie utożsamiam z
      bólem. Staram się być nastawiona optymistycznie i myśleć przede wszystkim o
      dzidziusiu, być świadomą rodzącą i współpracować ze swoim ciałem (chociaż widzę
      na forum, że dziewczyny też tak planowały, ale rzeczywistość okazała się
      inna...). Jedyny lęk, który gdzieś tam się zakrada jest związany właśnie z tą
      całą "machiną" szpitalną. Po prostu nie chcę być traktowana jak rzecz na taśmie
      produkcyjnej, którą trzeba szybko "obrobić", bo następne czekają... Byle szybko,
      wygodnie dla personelu, bez stwarzania problemów. Chciałabym zaufać personelowi
      i żeby wszystko było rzeczywiście dla mojego i dziecka dobra.
      Wiem, że w szpitalu, w którym będę rodzić, krocze jest nacinane rutynowo u
      praktycznie wszystkich pierworódek. Rozmawiałam o tym z położną w szkole
      rodzenia, zwolenniczka nacinania, wytłumaczyła mi, że to zdecydowanie
      przyśpiesza wydostanie się dzidziusia na świat, a co za tym idzie większe
      bezpieczeństwo i krótsza II faza porodu... Logiczne argumenty, ale niestety nie
      mogę się odnieść do słuszności jej poglądów, ponieważ nigdy nie rodziłam, a
      wszystkie(!) moje koleżanki miały krocze nacinane i nie znam nikogo, kto by nie
      miał przy pierwszym porodzie. Nie wiem, jak duże jest ryzyko pęknięcia (a tego
      bałabym się bardziej) lub niedotlenienia, jeżeli maluszek długo siedzi w kanale
      rodnym... Więc myślę, że w tym wypadku będę potulnie zgadzać się z tym, co mi
      zaproponują, bo przecież sama nie potrafię ocenić stanu swojego krocza...
      • sroka75 Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 02.11.09, 12:47
        >Więc myślę, że w tym wypadku będę potulnie zgadzać się z tym, co mi
        > zaproponują, bo przecież sama nie potrafię ocenić stanu swojego krocza
        ... sama nie ocenisz fakt ale położne też nie będą się wysilać z "ocenianiem"
        natną jak to mają w zwyczaju i już...i cóż może mniej potulnie spytaj się czy
        może łaskawie spróbują bez nacięcia, chociaż jak się zafiksowałaś na to
        pęknięcie to może lepiej niech natną zawsze będziesz miała poczucie ulgi że
        dzięki temu "straszliwie nie popękałaś"...wybacz...celowo trochę zakpiłam, bo do
        szlag mnie trafia jak słyszę o takich paniach mądralińskich jak ta położna i
        słowa "będę potulnie się zgadzać"...
        • abigail_23 Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 02.11.09, 17:35
          Dzięki, na pewno zapytam, co z kroczem, czy jest szansa ochrony. Ale fakt, może
          to irracjonalne, ale boję się pęknięcia bardziej niż nacięcia. Pewnie dlatego,
          jak wyżej pisałam, że nie znam wśród swoich znajomych żadnych przypadków
          skutecznej ochrony krocza, bo wszystkie były nacinane....
          • sroka75 Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 03.11.09, 10:47
            > Dzięki, na pewno zapytam, co z kroczem, czy jest szansa ochrony. Ale fakt, może
            > to irracjonalne, ale boję się pęknięcia bardziej niż nacięcia. Pewnie dlatego,
            > jak wyżej pisałam, że nie znam wśród swoich znajomych żadnych przypadków
            > skutecznej ochrony krocza, bo wszystkie były nacinane....
            kto pyta nie błądzi..;))...może się uda :) chociaż jak piszesz personel w
            "twoim" szpitalu chyba nie ma woli ani umiejętności skutecznej ochrony i może
            stąd ten lęk...zapewne nacięcie to może jeszcze nie "koniec świata";) pytanie
            tylko czy każdej kobiecie potrzebne...pozdrawiam
            • failte Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 04.11.09, 11:01
              Pęknięcie I stopnia (pęknięcie pochwy i skóry krocza bez naruszania mięsni dnia
              miednicy) jest FIZJOLOGICZNE i nie trzeba się go bać. Zakłada sie max. 1-2 szwy
              i po sprawie. Pęknięcia II stopnia (mięsień dna miednicy, mięśnie krocza i
              pochwy)zdarzają się NAPRAWDE RZADKO. Zwłaszcza, kiedy wywalczy się pozycję
              spionizowaną. Pękniecie III stopnia (naruszenie mięśni jak w II stopniu +
              pękniecie zewnętrznego zwieracza odbytu) jest czasem następstwem już naciętej
              tkanki i naciętych mięsni. IV stopień to naruszenie jak w I i II stopniu +
              pęknięcie sluzówki zwieracza dobytu.
              Nie wiem czego kobiety się boją w pęknięciu, bo naciecie krocza odpowiada b.
              rzadkiemu w naturalnych porodach peknięciu II stopnia = pękniecia mięsni dna
              miednicy , mięsni krocza i pochwy.
              Nie wiem co jest lepszego w nacięciu...
              Problem leży tak naprawdę w niemożności przyjęcia spionizowanej pozycji do
              rodzenia, co powoduje, ze nacięcie (= pęknięcie II stopnia) może stać się
              konieczne. Albo wcale nie jest, a i tak się je robi.
              Jeśli koleżanki mi mówiły: "Nacięli mnie na 13 szwów! Ale dobrze, bo inaczej bym
              pękła", to otwieram szeroko oczy - co w tym w ogóle było dobrego???

              Polecam ksiażkę Ireny Chołuj "Urodzic razem i naturalnie" - człowiek po
              przeczytaniu wie o co chodzi w porodzie i o go czeka. Przestaje również wierzyć
              w miejskie legendy typu: "moją kuzynkę rozerwało, bo się nie dała naciąć".
              Znacznie częściej rozrywa to, co już nacięte.

              Właśnie zaczęłam masaże krocza, planuję zakup epi-no.
              Masaż (rozciąganie przy olejku do masażu) delikatnie piecze, ale daje kurcze,
              niesamowite efekty!
              Jakże zbdurne jst mwienie, ze tzreba poród ukończyć SZYBKO, bo 'przejście pzrez
              kanał rodny jest dla dziecka niebezpieczne'. Jeśli nie spada mu puls a mama
              posiada siły, to co dzieku zagraża, przepraszam? Chyba wszechobecny pośpiech
              personelu, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy!
              Krocze jest codownie elastyczne!
              Teraz tego doswiadczam, robiąc codziennie masaż i dziwujac się ile to zaczyna
              dawać. Nie dajmy sobie wmówić, że mamy między nogami betonową rurę, którą trzeba
              zawsze poszerzać! Dlaczego główka miałaby się w nim nie zmieścić??? Przecież to
              będą sytuacje wyjątkowe!

              Naprawdę, życzę Wam/nam wszytskim więcej zaufania do własnego ciała i zachwytu
              nad madrościa natury. :-)

              failte
              • failte Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 04.11.09, 11:11
                M. in. właśnie dlatego (zob link) nacięcie nie jest takim fantastycznym
                rozwiązaniem:
                forum.gazeta.pl/forum/w,585,102289368,,5_miesiecy_pozniej_naciecie.html?v=2
                Zdarza się (wcale nie tak sporadycznie), że blizne się odczuwa lata 'po'.
                Niestety, poród za nami, dziecko zdrowe, krocze niby zagojone ale... życ
                normalnie sie nie da. Lekarz mówi: jest w porządku.
                No i co zrobić, jeśli -niestety- nie jest. :-(

                Nie życzę.

                failte
                • abigail_23 Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 04.11.09, 22:05
                  Dzięki za info:)
                  Nie pozostaje nic innego, jak zaufać położnej, że uszanuje rodzącą i ochroni
                  krocze.
                  A w szpitalach rzeczywiście jest pośpiech w przypadku dużej liczby rodzących
                  kobiet i zbyt małej ilości personelu... I wtedy porody idą taśmowo, byle szybko,
                  bo następna czeka. I wcale się nie dziwię, bo jak położne mają pracować w takich
                  warunkach, podejść indywidualnie do pacjentki, pozwolić na naturalne tempo
                  porodu, niczego nie przyspieszać? To dla nich też spory stres. Liczę na to, że
                  trafię na spokojny dzień;)
                  • abigail_23 Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 05.11.09, 00:40
                    Jeszcze dodam:
                    Failte, z całego serca życzę Ci cudownego okresu oczekiwania na maluszka, i aby Twój poród był pięknym tego zwieńczeniem:)
                    Życzę sił i determinacji na porodówce, żebyś nie musiała o wszystko walczyć, ale otrzymała opiekę i pomoc jakiej oczekujesz!
                    Mam nadzieję przeczytać o tym na forum za jakiś czas:)

                    ps A ja... nastrajam się pozytywnie do swojego porodu, chcę urodzić z zgodzie ze sobą, mając wpływ na rzeczy, na które mogę wpłynąć, i nareszcie móc utulić w ramionach wyczekiwany skarb:)
                    Właśnie odbyłam "próbę generalną" na IP, okazało się, że fałszywy alarm. Ale zostałam bardzo dobrze przyjęta, położna rozwiała moje obawy, poświęciła mi sporo czasu na rozmowę, nie musiałam długo czekać na lekarza, zostałam dokładnie zbadana, potraktowana ze wszelką delikatnością, życzliwością i uśmiechem! Czyli można, prawda?
                    Pozdrawiam:)
                  • sroka75 Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 05.11.09, 10:44
                    >I wcale się nie dziwię, bo jak położne mają pracować w takic
                    > h
                    > warunkach, podejść indywidualnie do pacjentki, pozwolić na naturalne tempo
                    > porodu, niczego nie przyspieszać? To dla nich też spory stres.
                    "dla chcącego nic trudnego"...sorrki ale są też szpitale gdzie liczba pacjentek
                    nie przesądza o tym, że jest "taśma" i rodzącą się "pogania" i takie gdzie
                    wszytko się robi na tempo i na akord chociaż sytuacja tego nie wymaga...nie
                    musisz naprawdę tak wszystkich "rozgrzeszać";))
                    • abigail_23 Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 05.11.09, 12:01
                      Jak widzisz, jestem taka "miękka" ;) Staram się patrzeć na problem z każdej
                      strony, próbując zrozumieć...
                      Mam znajomą położną i pamiętam jej słowa, że jak zdarzał się tłok na porodówce
                      (przy deficycie personelu - po redukcjach w szpitalu ze względów
                      oszczędnościowych!!!!!), to dla niej był to ogromny stres i nie dało się
                      pracować tak jak by się chciało, żeby mieć pewność, że zapewniło się kobiecie
                      rodzącej wystarczająco dużo uwagi.
                      Myślę, że jak sama "zaliczę" porodówkę, będę mogła bardziej adekwatnie odnieść
                      się to wszystkich problemów.
                      Pozdrawiam:)))
          • ola.domagala Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 08.11.09, 23:38
            Ja nie miałam nacinanego krocza przy pierwszym porodzie i znam kilka
            takich dziewczyn! Nie trzeba nacinać. Pęknięcie było niewielkie i
            zrosło się łatwo. Nie dajcie sobie wcisnąć kitu, że trzeba. Moje
            dziecko było wyjątkowo duże, stąd pęknięcie. Rodziłam na klęczkach.
            Za ochronę krocza zapłaciłam 800 zł, ale moje ciało jest dla mnie
            bezcenne...
      • senait Re: nie ból straszny, ale ubezwłasnowolnienie 16.11.09, 16:45
        Ja również w ciązy nie bałam się tak porodu, lecz tego "co mi zrobią w szpitalu"
        i miałam rację. Skurcze miałam przez 56 godzin w tym 24 h takich "maxymalnych",
        ale to wszystko było niczym w porównaniu z chwilą, w której położna zrobiła mi
        tzw. masaż szyjki macicy. Urodziłam ponad 6 m-cy temu, a nadal, gdy o tym myślę,
        mam ochotę z zimną krwią zamordować ową panią. Nie chcąc za bardzo Was
        przestraszyć dodam, że mimo to ogólnie poród wspominam jako najwspanialsze
        wydarzenie w moim życiu:)

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka