malwes
19.10.09, 21:59
...o której Pani pisała w jednym z innych postów....
Właśnie miałam zapytać o pewne kwestie tak trochę od strony natury
prawnej. W listopadowym dziecku poradziła Pani czytelniczce aby
starała się mówić o swoich potrzebach pisząc jednocześnie, że zdaje
sobie Pani sprawę iż w wielu szpitalach nie ma szansy na rodzenie w
wertykalnej pozycji, uniknięcia nacięcia itp....i właśnie tu mi się
nasuwa pytanie...czy to nie jest tak, że każda kobieta rodząca ma
PRAWO do przeżycia swojego porodu w taki sposób jaki sobie życzy i
położna nie ma prawa narzucić jej np. pozycji. Ani położna ani
lekarz. Na każdy zabieg medyczny musi być zgoda pacjenta - może być
nawet cofnięta ustnie choć była wcześniej na piśmie. Żadne
interwencje w czasie porodu raczej rzadko mogą być podyktowane
dobrem dziecka a nawet jeśli lekarz użyje takiego argumentu to
przecież nawet na transuzje krwi dziecka potrzebna jest zgoda
rodziców...
Dlaczego więc nie radzi się rodzącym aby po prostu komunikowały, że
zgodnie ze swoim prawem chcą rodzić pionowo i koniec kropka? Chcą
rodzić bezparciowo - koniec kropka. Nie zgadzają się na wcześniejsze
odpępnienie dziecka - koniec kropka? Odmawiają nacięcia - koniec
kropka. Dlaczego w ogóle takie rzeczy są negocjowalne z położną??? -
nawet taką z dyżuru.
Chciałabym zostać dobrze zrozumiana - tu nie chodzi o nakłanianie
pacjentek do chamstwa i agresji (co z asertywnością ma niewiele
wspólnego)!!!! Tylko do tego aby szły na porodówkę z
przeświadczeniem, że to nie są pobożne życzenia które położna czy
lekarz albo raczy spełnić albo nie, tylko ich prawo które nie
podlega dyskusji.
Moja znajoma psycholożka, "normalnie" kulturalna i asertywna musiała
zakończyć poród domowy w szpitalu i z tego co wiem nie była w stanie
wybłagać od położnej nie-leżącej pozycji w II okresie. Argument był
jeden "muszę widzieć krocze". Proponowała, że ułoży się na piłce aby
było i pionowo i widocznie - i guzik. Położna jej oznajmiła, że jak
tak, to niech sobie sama poród odbiera. I dziewczyna straciła całą
pewność siebie...
Może jakby jechała z nastawieniem, że to nie położna decyzuje ale
ona, to by miała odwage powiedzieć, co o tym myśli.
Ja takiego problemu już na drugim porodzie nie miałam bo rodziłam na
Żelaznej - ale nastawienie miałam takie, że jakbym nie daj Boże
trafiła gdzieś indziej to nie będę takich rzeczy negocjować. I jak
mi lekarz karze się kłaść na siłę to mu jasno oznajmię, że jeszcze
jedno słowo i spotkamy się w sądzie. Oczywiście bez chamstwa i
agresji. Znajomy prawnik sprawy nie drążył ale stwierdził, że
zgodnie z jego wiedzą położna czy lekarz w trakcie porodu mają
pomagać a nie narzucać i wg niego nie mają prawa nakazać kobiecie
leżenia itp...
Pani Kasiu - jak to w ogóle wygląda od strony prawnej? Były może
jakieś precedensowe sprawy - coś o tym słychać w Fundacji?