gabrysias
19.11.09, 15:59
urodzilam syna 14 miesięcy temu. pierwsze dziecko, poród naturalny
bez oksytocyny, znieczulenia, żadnej ingerencji lekarzy i położnej
poza obserwowaniem aż do początku rodzenia się główki. niby
ksiązkowo i pięknie - tak twierdziła położna, która była ze mną w
czasie porodu, a raczej miala dyżur na porodówce gdy rodziłam, ale...
cały czas myślę o tym, o 9 godzinach leżenia plackiem, o koszmarnych
bólach przy schodzeniu główki do kanału rodnego trwających kilka
godzin, o skurczach mimo długiego braku pełnego rozwarcia. głównie o
bólu, który był okropny mimo prawidłowego oddychania i mojego
spokoju. nie dostalam znieczulenia, bo kiedy o nie poprosiłam było
już za późno, podobno. nacięcie krocza dwukrotne, bo przestraszyłam
się i przestałam przeć. wiem, ze to relatywnie krótki poród, synek
urodzil się zdrowy i silny, w ogóle nie spuchnięty, nie zmęczony.
oczywiście, że poczułam ogromną ulgę jak już urodzilam, radość jak
wzięlam synka w ramiona. nie miałam depresji poporodowej, lekki baby
blues, reakcja na spadki hormonow. ale ciągle o tym myślę jak o
jakiejś niezasklepionej ranie. i zastanawiam się czy tak już
zostanie - żywe wspomnienia mimo upływu czasu i trauma, której nie
mogę obłaskawić....