hydrazine
04.02.10, 12:42
Czytuję to forum od jakiegoś czasu, oczekując mojego pierwszego potomka. Mam ten problem, że mieszkam w małym mieście i jest tu do dyspozycji tylko jeden szpital. Niedawno moja koleżanka urodziła tam swoje pierwsze dziecko. Pierwsze skurcze zaczęła odczuwać o godzinie 13:00, dość szybko zjawiła się w szpitalu. O 17:00 położna i lekarz oznajmili jej, że muszą podać oksytocynę "bo w takim tempie to pani nigdy nie urodzi". Potem, jak sama stwierdziła, przeżyła koszmar z powodu strasznego bólu, poród był prowadzony wg schematu, była popędzana, w II okresie nie pozwolono jej przyjąć pozycji innej niż leżąca, miała rozległe nacięcie krocza. Poród zakończył się o 23:00.
I teraz moje wątpliwości: skoro to był jej pierwszy poród, ciąża przebiegała bez powikłań, nie minął jeszcze termin porodu, nie odeszły wody płodowe, a tętno dziecka było w najlepszym porządku - czy przypadkiem decyzja o kroplówce nie była nieco na wyrost? Wszędzie czytam, że przy pierwszym porodzie I faza może trwać od 8 do 18 godzin i jest to prawidłowe, więc skąd ten pośpiech?
A piszę o tym dlatego, że to jest niestety jedyny szpital w moim mieście i wszystko wskazuje na to, że właśnie tam przyjdzie mi rodzić. Tymczasem opisana przeze mnie historia to nie pojedynczy przypadek, podobne relacje słyszałam już od wielu dziewczyn, które tam rodziły. Jak w ogóle mogę się bronić przed takim podejściem personelu? Wiadomo, że jeśli jakaś interwencja jest uzasadniona, to nie zamierzam protestować, ale jak mam odróżnić postępowanie rutynowe od uzasadnionego? Skoro informowanie rodzącej o przebiegu porodu i wykonywanych zabiegach również kuleje?