l.i.s.i.c.z.k.a
14.02.10, 20:05
Chciałam w kilku słowach opowiedzieć wam o moim dobrym porodzie - ku
pokrzepieniu dla przyszłych mam;)
Dzień przed terminem, czyli 8 lutego, dostałam pierwszych skurczy - czasem
były regularne, czasem zanikały i pojawiały się znowu. Szczęśliwa że TO już
się zaczęło, dopakowałam torbę, spakowaliśmy kanapki dla męża;). W czasie
skurczy próbowałam głęboko oddychać i bujałam się na poduszkach które
zastępowały mi piłkę porodową;).Około 15.00 skurcze przybrały na sile,
pojawiały się co 5 - 7 min i nie zanikały. Chciałam jak najdłużej zostać w
domu, a do szpitala wybrać się gdy skurcze będą się pojawiać przynajmniej co 4
min - tak by rozwarcie było już powyżej 3,4 cm. Tyle że zapomniałam że
książkowe porody nie tak często występują;) i że bóle mogą szybciej w czasie
narastać. Po 16 już bóle były dośc silne - coraz trudniej było oddychać, a w
czasie skurczy już zdecydowanie skupiałam się tylko na sobie. Do szpitala
trafiliśmy na 17 - skurcze coraz mocniejsze i miałam wrażenie że pojawiały się
już co 3 minuty. Zostałam podpięta pod ktg, po czym okazało się, że żadne
skurcze nie odnotowują się na wyniku;) Skurcze czułam przede wszystkim w
krzyżu - brzuch raczej nie bolał. W szpitalu w tym czasie pojawiła się moja
położna - zbadała mnie i okazało się że poród w toku, bo rozwarcie było na 4
cm i postępowało dość szybko. W miedzy czasie badanie usg, prysznic (baaardzo
polecam - bóle były silne, mogłam jedynie stać w bezruchu w czasie skurczu,
nie dało rady usiąść, ani kołysać biodrami - ale woda zdecydowanie dawała
chociaż trochę ulgi, szkoda że nie mogłam wystać tak pod prysznicem do 10
cm;)) mimo że chciałam rodzić bez znieczulenia, ból okazał się dla mnie trudny
do zniesienia i podano mi małą dawkę znieczulenia około 8 cm rozwarcia. Był to
już zaawansowany moment porodu, ale ze względu na to że jestem miasteniczką,
na tym etapie byłam już bardzo wymęczona, podano znieczulenie bym choc troche
odpoczęła i miała siły na finał. Bóle parte przyszły bardzo szybko - czułam je
bez problemu. Parłam i na stojąco i na łóżko - samo parcie do momentu
urodzenia mojego synka trwało 30 min. Urodził się śliczny, malutki chłopiec o
godzinie 21.00;)) Od razu trafił na mój brzuch, wycałowałam moją kruszynę,
dumny tato przeciął pępowinę, potem synek trafił na badanie i z powrotem do
mnie. Poznawaliśmy się, obcałowywaliśmy i karmiliśmy.
I to co najważniejsze Synek zdrowy, 10 punktów, 2710 g i 47 cm szczęścia!
A jeśli chodzi o moje wrażenia porodowe - oczywiście że bolało;) przy 7 - 8 cm
ból był na tyle silny, że pojawiły się nudności a ja chciałam krzyczeć do męża
by mi zrobili cesarkę;) Ale o bólu zapomina sie faktycznie jak dostaje się
takie cudo na swój brzuch. Jeszcze na sali porodowej rozmawialiśmy z mężem o
rodzeństwie, które chciałabym urodzić siłami natury;) Tak więc dziewczyny
głowa do góry - poród mimo bólu może być naprawdę pięknym wspomnieniem;)