swoja_wlasna
02.03.10, 14:21
Chciałam naturalnie, a wyszło "cesarsko". Mam z tego powodu bardzo
dużego doła, w szpitalu musiały mi po fakcie położne podać jakiś
syrop na uspokojenie. Teraz jest lepiej, ale ciągle chce mi się
płakać.
W czwartek pojechałam na ktg. Robiła mi go jakaś pielęgniarka, która
powiedziała, że nie jest położną, ale dla niej to ktg jest za niskie.
Zadzwoniłam więc od razu do zaprzyjaźnionej położnej, która kazała mi
przyjechać na IP sprawdzić. Tam powiedzieli, żebym więcej tej pani
nie słuchała i wracała sobie do domu.
O 2.39 obudziły mnie wody i bardzo mocny skurcz, który trwał 5 minut.
Powiedziałam M., żeby wstawał, bo chyba się zaczyna. Kolejny skurcz
nastąpił po 18 minutach, później po 10, ze dwa skurcze po 8 i kolejne
już co 3-4 minuty. Zadzwoniłam na IP - powiedzieli, że ze skurczemi
co 3-4 minuty mam przyjechać.
Spakowaliśmy się - bolało już mocno, ale do zniesienia. Dojechaliśmy
na miejsce, gdzie położna z IP zdiagnozowała moje rozwarcie na 9 cm.
Pomyślałam sobie - bomba. Na razie ból do zniesienia, więc ten 1 cm
wytrzymam. Na sali porodowej położna potwierdziła, że już 9 cm jest.
Sugerowali, że w 2 godziny będę po wszystkim. Trwało dłużej, a ja
przestałam wytrzymywać ból. Najgorsze było to, że jak mijał skurcz,
to mnie nadal bolało. Poprosiłam o znieczulenie, ale powiedzieli, że
przy 9 cm już nie mogą. Po chwili położna zbadała mnie ponownie i
powiedziała, że tam jest jednak 6 cm, a nie 9...
Widząc jak reaguję, że kompletnie nie panuję nad sobą położna
powiedziała, że idzie po ankietę do znieczulenia. W międzyczasie
zmieniły się położne. Na anestezjologów czekałam 2 godziny. Pomagały
mi imersje wodne, ale byłam zmęczona i tam było mi słabo, a później
skończyła się woda. Zaczęłam już błagać, aby mnie zabili.
Przyszli anestezjolodzy z zzo, które przyniosło mi naprawdę wielką
ulgę. Czułam ból, ale nie w takim rozmiarze. Podłączyli mnie do ktg i
coś było nie tak w tętnie. Dali mi tlen do oddychania i puls synka
się wyrównał. Po jakimś czasie niestety znów zaczął spadać i
przyszedł lekarz... powiedział, że nie mogą czekać, bo jest
zagrożenie i muszą zrobić cc. Do cc mnie uśpili, bo nie mieli czasu
na podpajęczynówkowe.
Z przykrych incydentów, to lekarka, która przyszła z lekarzem
wychodząc z sali rzuciła hasło, że takie jak ja nie powinny zachodzić
w ciążę.
Ogólnie całą tą sytuację zniosłam bardzo źle psychicznie. Co chwilę
chce mi się płakać, że nie udało się urodzić naturalnie i się cały
czas obwiniam. Że nie umiałam zapanować nad bólem, że nie miałam siły
skupić się na oddechu, że chciałam zzo, że to przez zzo zaczęło
spadać tętno (choć lekarz powiedział, że jedno nie ma związku z
drugim)...
Byłam przygotowana na poród całkowicie naturalny. Myślałam tylko
pozytywnie. Wizualizowałam poród jako fajne doświadczenie.
Prawdą jest, że mam bardzo obniżony próg bólu, ale sądziłam, że dam
radę, że jeśli tak ustawię sobie psyche to tak będzie, że jak inne
mają "szybkie porody", to ja też tak będę miała - na zasadzie, że
wiem, że tak się da.
Nie wiem jak to będzie następnym razem. Chciałabym naturalnie...
Położna powiedziała, że przejdzie z nami indywidualną szkołę rodzenia
i zobaczymy jak wtedy pójdzie.
Ale reszta była "dobrym porodem". Nie dokarmiono mi dziecka po
urodzeniu - czekano, aż się wybudzę i sama go nakarmię.
Położne cudowne - z takim zrozumieniem podchodziły do wszystkich - i
dorosłych i dzieci.
A lekarz, który podjął decyzję przyszedł do mnie przeprosić, że
musieli mnie uśpić, bo nie mogli czekać na inny rodzaj znieczulenia,
aż zacznie działać.
Zaraz mi ktoś napisze, że powinnam o tym pisać na CiPie, a nie tutaj,
ale tutaj czuję się lepiej.