czarna.czajka
29.07.10, 01:44
Trochę spóźniony opis, ale postanowiłam czekającym dodać otuchy. Czytałam to
forum na końcówce ciąży i bardzo mi pomogło, czas na rewanż;)
Urodziłam 21 marca, teoretycznie 2 dni przed terminem, ale jeżeli można tak
napisać to było zamierzone. Robiłam co mogłam i jeszcze trochę, żeby tylko
przyśpieszyć akcję.
Skurczy dostałam w sobotę o 16 po 5 kilometrowym spacerze, lekkich i
nieregularnych ale dobrze rokowały;) Do 12 w południe siedziałam w domu,
skurcze były już co 4 minuty. Przez cały ten czas łaziłam, brałam prysznic,
oglądałam nocny maraton pogromców mitów. Kiedy w końcu pojechaliśmy do
szpitala miałam ochotę uciec, nawet skurcze zaczęły mi przechodzić. Godzinę
czekałam w pustej poczekalni, ja, mąż i ochroniarz. Kiedy w końcu pojawiła się
położna podłączyli ktg i po 30 minutach dowiedziałam się że nie mam
skurczy....;) Byłam innego zdania więc przyszła kolej na badanie. Tu okazało
się że jest ponad 4 cm i rodzę (jakbym nie wiedziała!)
Zgrzytem okazało się pytanie lekarki co teraz zamierzam bo u nich nie ma
miejsc. Przygotowałam się psychicznie że nie dam się ruszyć wiec stwierdziłam
że sobie poczekam. Zapytała mnie czy podpiszę zgodę na korytarz. Trochę mnie
to dobiło, ale podpisałam. Miałam świadomość że nie ma opcji rodzenia/parcia
na korytarzu, a jedynie 2 faza. Poszliśmy na porodówkę, mąż wyglądał na
bardziej chorego niż ja;) Na górze znowu papierologia, były 3 położne i 3
studentki, zapytały się czy wyrażam zgodę na studentkę(1) , nie miałam oporów.
Zapytałam się czy na tym korytarzu mam jakieś możliwości żeby usiąść, albo się
położyć a dziewczyny w śmiech że właśnie mi sterylizują salę i muszę poczekać
jakieś10 minut. Rzeczywiście po chwili dostałam zaproszenie do sali z wanną -
godzinę 14.40 uznaję za początek porodu;)
Siedzieliśmy sami z 30 minut bawiąc się radiem i oglądając pokój, potem
szybkie ktg i położna stwierdziła że teraz mam pole do popisu: mam robić co mi
podpowiada instynkt, ale ona poleca żeby się ruszać i relaksować. Wysłałam
męża na obiad a sama weszłam do wanny, to było błogosławieństwo, ciepły
prysznic działał jak znieczulenie, zasypiałam między skurczami, moja studentka
wpadała do mnie pogadać, pytała o dziecko, imię, wózek, jak miałam skurcz to
pocieszała, raz masowała plecy w wannie. Po godzinie w wannie poprosili mnie
żebym wyszła na badanie, powiem szczerze że nie bardzo chciałam, mogłabym w
tej wannie zamieszkać. Mokra wdrapałam się na łóżko i okazało się że jest
7cm., znowu 10 minut ktg i położna stwierdziła że skoro tak dobrze reaguję na
wodę to mam sobie dalej siedzieć w wodzie. Mąż wrócił wiec siedział na worku
sako obok mnie, trochę gadaliśmy, kazałam mu opowiadać plotki, znowu
przysypiałam między skurczami. Godzina zleciała dosyć szybko i znowu kazali mi
wyjść, nie było łatwo;) Na łóżku okazało się że mam ponad 9 cm, położna
poprosiła żebym postała trochę opierając się o łóżko, zaczęło mnie mocniej
boleć, mdlić, poprosiłam o masaż krzyża. Studentka okazała się za delikatna,
pomagał mi bardzo mocny nacisk, wiec wykorzystałam męża. Pamiętam komendy w
stylu "mocniej cholera mocniej, nie jak baba!". Śmiałam się płacząc. W tym
momencie odeszły mi wody, nie jakoś spektakularnie, odrobinę. Po paru minutach
znowu badanie, okazało się że "pękła jedna warstwa pęcherza", położna zapytała
mnie czy może przebić resztę i zaczynamy przeć. Ok, poszło jej błyskawicznie.
Zapytała mnie czy mogę zmieniać pozycję, czy mam siłę. Była godzina 18, na
początku nie umiałam sobie znaleźć miejsca. Leżałam na boku, stałam , kucałam
przy łózku. Dziewczyny latały obok mnie i dopingowały;) Położna instruowała,
bardzo czytelnie i konkretnie: teraz weź wdech, teraz wypuść powietrze,
odpocznij, teraz tak jakbyś chciała podnieść tonę;) W końcu po 5 razie wlazłam
zmęczona z powrotem na łóżko. Położna stwierdziła że teraz jak się postaram to
już będzie koniec, dała mi takie podpórki pod nogi, powiedziała że jak chce to
mogę pogłaskać główkę córki i że będzie ciemną blondynką. Muszę powiedzieć że
dodała mi tym sił. W następnym parciu urodziłam główkę, ulga jaką poczułam nie
da się porównać do niczego. Położna poprosiła żebym teraz nie parła tylko
głęboko oddychała, spróbowałam zbierając siłę na dalszy wysiłek i ból i w tym
momencie bez żadnego ostrzeżenia o 18.40 pojawiła się na świecie moja córa;)
Byłam w szoku, jednym szybkim ruchem dostałam ją na brzuch, patrzyłam na nią,
na męża nie do końca rozumiejąc że to już. Zjawił się lekarz, neonatolog i
pielęgniarka. Zbadali dziecko na moim brzuch nawet jej nie podnosząc i wyszli.
Położna powiedziała że teraz to już tylko jeden mały wysiłek i kończymy.
Dostałam strzykawkę z oksy i przy skurczu miałam lekko przeć, ale skurcz nie
przyszedł wiec położna znowu poprosiła w głęboki wdech i łożysko samo się
pojawiło. Po kilku minutach gratulacji wszyscy wyszli i zostaliśmy we 3.
Leżeliśmy tak 2 godziny, kręcąc filmy, dzwoniąc i oglądać z podziwem naszą
raczkującą córkę;) Musiałam ja mocno trzymać i co chwilę ściągać w dół bo
wchodziła mi na szyję. Trzęsącymi się rękami wciągnęłam całą tabliczkę
czekolady. Potem zjawili się spece od młodej istoty. Ważenie, mierzenie,
ubranie, hop na wózek i pojechaliśmy na blok.
Podsumowując mój przydługi post, urodziłam w szpitalu który wybrałam, nie
zapłaciłam za nic ani złotówki, nikt mnie do niczego nie zmuszał, ani nie był
chamski. Urodziłam pierwsze dziecko o słusznej wadze 3615 bez jednego
pęknięcia, położna sama zapewniła że będzie chroniła krocze. Jedyne co z
perspektywy oceniam jako zbędne to welfron, ja nienawidzę igieł i po całym
porodzie najbardziej bolała mnie ręka. To było trochę z zaskoczenia, do
niczego nie był potrzebny, ta malutka dawka oksy na koniec też. Pewnie dałabym
rade bez. Mogłam robić co chciałam, nikt mi nie kazał leżeć. Sama się
położyłam że zmęczenia;) Chociaż w trakcie parcia groziłam mężowi że go
ukatrupię i że matka natura to sadystka to 2 godziny "po" właściwie mogłam
wstać i iść do domu. Jak macie jakieś pytania to chętnie odpowiem.