lothos
27.10.10, 19:29
Poród był indukowany oksytocyną. Bałam się z powodu mojej budowy, mam niskie spojenie łonowe, niestety nikt mnie tu fachowo w końcu nie zbadał. 8 października wcześnie rano zgłosiłam się z mężem do szpitala. Byłam tydzień po terminie. Ok. 9.00 podali mi tampon nasączony oksytocyną. Miałam się trochę przejść i zobaczyć, czy coś zacznie się dziać. Mogło też podobno nie zadziałać nic i wtedy od następnego ranka mieli zaczynać jeszcze raz. Ale poszło szybko, od ok. 10.30 czułam już słabe skurcze, od ok. 12.00 kiedy wróciłam do sali szpitalnej nie byłam w stanie wyjść już nigdzie. Na sali (tylko dla nas) kanapa, fotel, łóżko porodowe, do dyspozycji potem dostałam też piłkę. Zabrakło mi jednak jakichś sznurów lub drabinek, bo w trakcie skurczów coraz mocniej czułam potrzebę zawiśnięcia z rękami w górze. Trzymałam więc ręce nad głową po prostu.
Mówiłam położnym o tej mojej budowie, ale za bardzo się nie zainteresowały. E, co tam..
Personel pierwszej zmiany był jeszcze normalny. Potem przyszła jakaś starsza wiekiem położna, której jedyne dobre, co zawdzięczam, to to, że pokazała mi sposób skutecznego oddychania. Skurcze szły tak szybko i bolało coraz mocniej, że w pewnym momencie się pogubiłam. Rozwarcie postępowało szybko. Jak doszło do 4 cm, pomyślałam, że nie wiem, jak dalej zniosę skurcze. Dlaczego się mam męczyć, jest możliwość, poprosiłam o zzo.
Niestety, położna jakoś zupełnie nie była za tym. Niby wysłuchała prośby, którą ponawiałam w późniejszym czasie parokrotnie, jednak widziałam, jak się ślamazarzy z zawołaniem lekarza. Mąż słyszał, jak mówiła pod nosem „Co to, nie może wytrzymać? Kiedyś nie było znieczulenia i też rodziły.” I tak dotrzymała mnie do 6 cm. Znowu poprosiłam o znieczulenie, bo bóle były już nieznośne. Na to personel, że akcja idzie tak szybko, że pewnie jeszcze przed 23.00 (!) urodzę, więc dadzą mi inny środek znieczulający, a nie zzo. Zgodziłam się, ale już wtedy nie miałam zbytnio siły dyskutować. Zastrzyk w udo w ogóle mi nie pomógł, prócz chwilowego rozmemłania bolało jak diabli coraz bardziej. Nie wiem, jak długo się męczyłam, ale w końcu znów poprosiłam o znieczulenie. Wtedy mnie zbadali, orzekli, że jest już 8 cm i na znieczulenie za późno.....Początkowo szybka akcja, do tych 4 cm, coraz bardziej zwalniała. Okazało się, że dziecko się z jednej strony trochę zaklinowało, jak mi tłumaczyli. Skurcze miałam już takie, że chwilami wyłam. Ale najgorsze dopiero się zaczynało. Kazali mi położyć się na lewym boku, powiedzieli, że wiedzą że to bardzo boli, ale żeby rozwarcie z tej felernej strony się powiększyło. Miałam tak leżeć z 30 minut. Z tego zrobiło się co najmniej trzy razy tyle czasu, personel sobie po prostu wyszedł, chyba żeby nie słyszeć moich krzyków. Wyłam i wrzeszczałam z bólu. Mąż jest świadkiem, że trwało to wieki, nikt za bardzo się nie spieszył z pomocą. Wcześniej mi powiedzieli, że mam próbować do końca rozwarcia leżeniem na boku, dopiero jeśli się nie uda, będzie cesarskie cięcie. Nie rozumiem, jak można kogoś tak maltretować, starałam się opanowywać skurcz szybkim oddychaniem, ale chwilami mi to uciekało, ból wymykał mi się spod kontroli.
W końcu już nie dawałam rady i z ciałem, i z psychiką. Powiedziałam mężowi w przerwie między skurczami, żeby wołał kogoś, bo już dłużej nie wytrzymam i niech mi robią cesarkę. Bez pytania przełożyłam się na wznak z tego fatalnego leżenia na boku, wtedy skurcze stały się o wiele znośniejsze. A tyle się naczytałam o fizjologii, nie chciałam rodzić leżąc na plecach... okazało się, że może być to mniejszym złem. Chodzenie miałam od połowy porodu z głowy, bo skurcze były tak silne, do tego byłam podpięta pod KTG, ciągle się zsuwało tam coś i dostawałam reprymendę, że mam leżeć spokojnie. O rany. Przyszli w końcu, zbadali rozwarcie na skurczu i okazało się, że jest „już” 10 cm. Można teraz przeć. Zapytałam, czy mogę przeć na siedząco, nie leżąc. Niestety nie, bo nie mają tu sprzętu. A przecież przed porodem na wizycie w tym szpitalu pytałam, czy jest dowolność pozycji przy parciu – powiedzieli, że tak.
Kolejne dwie godziny zajęło mi parcie w pozycji na kołyskę. Przy skurczu nogi w górę i broda do klatki piersiowej. Niestety, mimo mojej dobrej postawy, bo starałam się wykonać dobrze zadanie, nici z parcia. Lekarka wzięła w końcu vacuum, bolało jak nie wiem, niestety nie zadziałało. Zawołali więc innego lekarza, starszego pana, który zastosował kleszcze. Nie będę opisywać tego wrażenia i bólu, ale byłam szczęśliwa, że wreszcie się skończyło.
Powiedziano mi na koniec, że interwencja kleszczami i vacuum mogła być przez moją budowę i że mogę być z siebie naprawdę dumna.
O 2.00 w nocy 9 października urodziłam synka. Długie ciemne włoski, 3.600 g. 51 cm.
Mam szwy wewnątrz i na zewnątrz. Dali mi do szycia jak się wyrazili „porządne” znieczulenie i dodali, że mogę być z siebie dumna, że tak to przetrzymałam.
Syn dostał po 5 minutach 10 pkt. Ale w ok. dwie godziny po porodzie został zabrany ode mnie na oddział noworodków. Miał mniej tlenu we krwi.
Zaraz po urodzeniu nie karmiłam go, chciałam, ale z wyczerpania zapomniałam się tego ostrzej domagać.
Dodatkowo zaraz na sali porodowej wykryto u dziecka oznaki Zespołu Downa, a badania krwi zrobione w ten sam dzień - potwierdziły diagnozę.
Robiłam badania nieinwazyjne, test z krwi i przezierność karku, wyszło wysokie ryzyko wad. Potem w drugiej połowie ciąży po badaniach to ryzyko się wyraźnie zmniejszyło, więc miałam dużą nadzieję, że dziecko urodzę zdrowe. Na szczęście synek nie ma wady serca, sprawdzano mu też płuca i główkę, wszystko w normie.
Przyszło mi więc znieść ten niełatwy poród, przyjąć wiadomość o dziecku i jakoś znieść dolegliwości fizyczne potem. Przez 4 dni zostałam w szpitalu, nie mogłam prawie siedzieć, spałam ledwo co. Zostały mi wielkie bolące hemoroidy, zupełne nietrzymanie moczu i uporczywy ból kości ogonowej. Bolało wszystko naraz. Początkowo chodziłam skurczona jak staruszka.
Mogę potwierdzić, że ból się zapomina, ale gorzej z atmosferą w trakcie porodu. Nie zapomnę sporej dawki ignorancji, jaką spotkałam leżąc w bólach. W moim przypadku nie było mowy, że spanikowałam. Starałam się jak mogłam. Jednak w jakimś momencie, kiedy pacjent już bólu wytrzymać nie może, personel powinien coś zrobić. Mnie pozostawili samej sobie, jedynie mąż był cały czas, dzięki czemu jakoś to przeżyłam. Dlaczego wcześniej nie zrobili cesarki?
Teraz już wiem, że warto się wystarać o dobre towarzystwo do porodu, o ile są możliwości oraz bardzo dokładnie sprawdzić wyposażenie sali porodowej. Za pierwszym razem nie wiadomo dokładnie, co nam się przyda, lepiej, żeby sala miała różne przyrządy, piłki, materac, drabinki, jak najwięcej.
Chciałam na koniec wyrazić wielkie uznanie dla pani Kasi. Jest pani położną z powołania, szkoda, że nie spotkałam takiej osoby przy moim porodzie.
W moim mieście położna w szkole rodzenia stwierdziła, że poród to nasz egzamin i nie możemy do zawalić, tylko zdać na szóstkę. Ja zaś, podobnie jak pani, uważam, że musimy starać się dać sobie radę, ale nie obwiniać się, jeśli coś nie pójdzie dobrze czy idealnie. Nie jesteśmy maszynami, a ludźmi z krwi i kości. Mamy też uczucia.
Serdecznie pozdrawiam panią Kasię i forumowiczki. Życzę każdej ciężarnej jak najlepszego porodu pozostawiającego tylko dobre wspomnienia.
Ania, lat 41, mama słodkiego bobaska Tomaszka