flonderka
31.10.10, 11:56
to już pół roku, od kiedy nasza córeczka jest z nami :) to chyba dobry czas, aby podzielić się swoimi wrażeniami z porodu...
leżałam w szpitalu z powodu "przeterminowania", kolejnego dnia miałam zaordynowaną oxy. jednak w wieczór poprzedzający planowane wywołanie zaczęłam odczuwać skurcze. skurcze, to w zasadzie zbyt łagodne słowo :))) masakryczne bóle krzyżowe... pot, sapanie i desperackie poszukiwanie wygodnej pozycji, o co na szpitalnym łóżku wyjątkowo trudno. około północy zglosiłam położnej, że mam skurcze, w miarę regularne (nie miałam głowy do mierzenia odstępów, a nie było ze mną nikogo, kto mógłby mi pomóc - trudno przecież budzić koleżankę z sali). no to na porodówkę - ktg - i co? rozwarcie 1 cm, skurcze, owszem są, ale "jak się Pani położy na prawym boku to słabną, niech Pani wraca na salę i się prześpi". to posłusznie wróciłam, dostałam jeszcze jakiś zastrzyk, który miał mi pomóc zasnąć i przyspieszyć rozwieranie (podejrzewam, że Dolargan albo coś w tym stylu, bo niestety położna na moje pytanie co to jest nie odpowiedziała ;) ). zasnąć, zasnąć... bóle krzyżowe obudziły by pewnie i nieboszczyka, a do tego co drugi skurcz pędem do łazienki! biegunka ;)
ponieważ zabroniono mi jeść śniadania przed podaniem oxy, wstałam nieco wcześniej niż była planowana kroplówka i wcięłam konspiracyjne śniadanie z zasobów własnych. na głodnego rodzić nie będę, co to, to nie... :) zdążyłam się jeszcze wykąpać (o rany, czemu ja pod tym prysznicem całą noc nie siedziałam?????) - woda przyniosła niesamowitą ulgę. kiedy położna mnie zawołała, byłam już gotowa, skurcze cały czas silne i chyba regularne. na porodówce w czasie sprawdzania rozwarcia odeszły wody, rozwarcie na 3-4 cm. decyzja położnej - rodzimy bez kroplówki bo wszystko pięknie idzie :) była 7.30. telefon do męża i plan, że jak tylko przyjdzie, wchodzę pod prysznic. tak też zrobiłam. kiedy bóle (wciąż z krzyża, innych nie czułam) także pod prysznicem były już nie do zniesienia, wróciliśmy do naszego boksu i tam sobie leżałam na boczku i sapałam, jak to wspomina mój mąż ;) planowałam aktywny poród, cieszyłam się, że jest piłka, że mogę chodzić. gdzie tam! te bóle, to był dla mnie paraliż... nie umiałam się utrzymać w pozycji pionowej. na obchodzie podczas badania ordynator stwierdził 7 cm rozwarcia. jest dobrze! o 10:00 było pełne rozwarcie. no to świetnie, max 2 godziny i będzie po wszystkim! :)))
niestety nie poszło tak gładko... kiedy już położna pozwoliła mi przeć (oczywiście w pozycji półsiedzącej...) okazało się, że główkę widać, ale jak skurcz się kończy i przestaję przeć, to główka znika, wody się leją... utwkiło mi w głowie hasło położnej do lekarza "główka na minus jeden" - wie ktoś może co to oznacza? :) skurcze krótkie, co 3-4 minuty. żeby je zwiększyć, o 12:00 dostałam oxy. parcie kierowane... lekarz przymierzający się do rzucenia mi się na brzuch - nie przypuszczałam, że będę w stanie tak na niego wrzeszczeć ;) dalej to samo - główka pojawia się i znika, ja wykonuję w kółko jedną i tą samą pracę wypychając główkę i na kolejnym skurczu robiąc dokładnie to samo. o 13:00 decyzja - cesarka. szczerze mówiąc, ulżyło mi. chciałam, żeby to się już skończyło!
pamiętam jak szłam na salę, jak się kładłam na stół po podaniu znieczulenia.... i jak przez mgłę, że pokazali mi moją córeczkę... mimo znieczulenia podpajęczynówkowego odpadłam ze zmęczenia :)
ogólnie poród wspominam dobrze, cieszę się, że nikt nie czekał aż z dzieckiem zacznie się coś dziać, że cesarka była wykonywana na spokojnie, bez presji zagrożenia życia dziecka albo mojego. oczywiście, mogło być lepiej - ja się mogłam więcej ruszać (może to by pomogło mi urodzić sn?), lekarz mógł nie marudzić, że "wy się teraz za dużo naczytacie i potem jesteście mądrzejsze od lekarzy" (w kwestii wypychania dziecka z brzucha), mogłam walczyć o przystawienie dziecka do piersi... (nie miałam siły, zaczęłam karmić po ok. 24h).
jest jednak kilka spraw, które mnie nurtują, a na które chciałabym znać odpowiedź, zanim kolejny zajdę w ciążę i będę planować swój poród. Pani Kasiu, proszę o odpowiedź:
- na wypisie ze szpitala mam "cięcie cesarskie z przyczyn nagłych - brak postępu porodu". jednak mój nowy gin (po masażu szyjki i próbie wypychania dziecka nie widziałam możliwości współpracy z tym, który prowadził ciążę) po dokładnym wypytaniu co i jak było stwierdził, że skoro było pełne rozwarcie, to trudno mówić o braku postępu porodu. że on by bardziej obstawiał sztywne, proste ułożenie główki, skoro wody się cały czas lały, bo to oznacza, że nie zeszło do kanału rodnego. jak Pani uważa? był postęp porodu i powinnam mieć raczej wpisane na wypisie złe ułożenie główki dziecka?
- czy jeżeli bardziej bym się ruszała, zacisnęła zęby i ćwiczyła na piłce, to byłaby szansa na urodzenie sn?
- jeśli faktycznie główka dziecka była źle ułożona, to jakie konsekwencje mogłyby mieć miejsce w przypadku wypchnięcia dziecka siłą przez lekarza? pytam, bo po tym jak na lekarza nawrzeszczałam że nie chcę i się nie zgadzam, to on zapytał dlaczego? jedyne co mi przyszło do głowy to to, że może się dziecku stać krzywda. ale co konkretnie? swoją drogą pod koniec ciąży miałam takie dziwne przeczucie, że mogę się zgodzić na wszystko, tylko nie na wypychanie dziecka siłą. czy moje obawy były słuszne? czyżby intuicja nie zawiodła? :)
- jak mam takie migawki z porodu, to wydaje mi się, że jak sobie leżałam na lewym boku już po osiągnięciu pełnego rozwarcia to miałam większą potrzebę parcia. czy mogło być tak, że wtedy główka lepiej się układała i wyzwalała potrzebę parcia? czy gdyby pozwolono mi tak przeć, to byłaby szansa urodzić? ja wiem, że trudno oceniać nie widząc sytuacji, ale tak z doświadczenia - czy pozycja boczna mogłaby coś tutaj pomóc? czy skoro główka się nie wstawiła, to "umarł w butach" i i tak skończyłoby się cc?
pozdrawiam wszystkie obecne i przyszłe mamy!