xinth
10.09.08, 19:17
Dzień dobry. Mam świadomość, że o odchodzeniu wód było wielokrotnie, ale dziś
zupełnie zgłupiałam i chciałabym usłyszeć jeszcze jedną opinię dla porównania.
Jestem 4 dni po terminie porodu. Dwa dni temu pojawiło się coś, co mi
zasugerowało odchodzenie czopa - jedna duża kropla brunatnego śluzu na
bieliźnie. Ginekolog, który mnie badał, potwierdził to słowami "Tak, odszedł
czop". Trochę mnie zdziwił, bo myślałam że będzie tego czopa jakoś więcej.
Nadto stwierdził, że szyjka jest nadal 1,5cm a dzieć bardzo nisko (te dwie
rzeczy już od jakichś dwóch tygodni słyszę).
Wczoraj pojechałam na pierwsze KTG - wyniki ten sam ginekolog ocenił jako
normalne, "nieśmiałe próby skurczów" - dla mnie odczuwalne jako lekkie
twardnienie macicy. Po KTG poszłam na długi (3km) spacer, bo tak mi zalecono
na skrócenie szyjki. Dziś rano coś ze mnie chlapnęło, koloru brunatnego, no i
dość płynne - ale niewiele. Wkładka higieniczna (czyli rzecz mniejsza niż
podpaska) w zupełności wystarczyła. Trochę spanikowana zadzwoniłam do położnej
- wypytała mnie ile tego i oceniła, że to prawdopodobnie objawy odchodzenia
czopa, sądząc po kolorze, i że wtedy upławy są mocno wodniste, ale żebym
obserwowała ile tego leci, bo jak pocieknie bardziej (np. z pół szklanki), to
mogą być wody.
To mnie uspokoiło. Niestety, musiałam jechać znów na KTG (z powodów
technicznych - ma być "co drugi dzień" ale akurat w przychodzni jutro nie miał
kto robić, więc zaproponowali do wyboru "nazajutrz" albo "za trzy dni" - to
wybrałam się nazajutrz po pierwszym). Wyniki KTG były - chyba - w normie. To
znaczy skurcze znów mikre, nawet chyba mniejsze niż poprzedniego dnia. Puls
dziecia trochę bardziej nieregularny, z tym że dzień wcześniej KTG przespał
prawie całe, a dziś przeciwnie akurat był w fazie brykania. I wszystko fajnie,
tylko w przychodni był inny ginekolog, zaprosił mnie na fotel - i zaordynował
"Do szpitala!".
Trochę mnie zszokował, więc zapytałam, dlaczego - co się dzieje. Niestety, był
to jakiś starszy pan z wojskowym drygiem, który na każde moje pytanie ryczał
głosem kaprala "DO SZPITALA!", dodając czasem "TERAZ!" albo "JUŻ". W końcu
wydobyłam z niego frazę że "pociekło mu po ręku, znaczy wody odchodzą, to pani
nie wie, że trzeba natychmiast do szpitala?!" oraz że "nie czuje pęcherza
płodowego".
Delikatnie mówiąc byłam zaskoczona. Zadzwoniłam do swojej położnej, która
akurat była w szpitalu tuż obok tej przychodni - zaprosiła mnie do siebie. I
też mnie zbadała na fotelu. Stwierdziła że szyjka króciutka ale zamknięta i
skierowana do kości krzyżowej (w sensie do tyłu, a nie do przodu jak na
poród). Obejrzała podpaskę i stwierdziła, że przecież to czop tak wygląda. "A
pani się tu schyla, wchodzi na fotel, siada, schodzi - i nic z pani nie
cieknie". No nie ciekło. Podsumowała, że ona objawów porodu nie widzi, owszem
widzi przygotowanie do porodu. I że oczywiście do szpitala mnie pewnie by
przyjęli na obserwację, ale to już moja decyzja, bo wg niej to nie ma na razie
sensu. Jest szansa może się rozkręcić na noc, ale nie wiadomo, zwłaszcza że
skurcze na razie ewidentnie nie porodowe tylko przepowiadające.
No i zostawili mnie w kropce. Nigdy nie rodziłam, nie wiem jak wyglądają wody
a jak czop. Nie chciałabym zrobić krzywdy mojemu synkowi. Ostatecznie
zdecydowałam się postąpić zgodnie z sugestią położnej, bo to osoba której ufam
(byłam u niej w szkole rodzenia). Znaczy nie panikować, tylko spokojnie
obserwować co się dzieje. No i skurczy silniejszych jak nie było tak nie ma.
Są te delikatne przepowiadające. Plus leciutki dyskomfort w dole brzucha (nie
ból nawet). Podpaska cały czas brudzi się na brunatno i śluzowato, nic nie
cieknie strużkami.
Tylko samopoczucie mam do niczego, bo nie wiem, czy dobrze zrobiłam odmawiając
pójścia do szpitala. A jeśli źle robię i powinnam leżeć teraz na obserwacji?
Dobiła mnie ta niezgodność w ocenie fachowców :(( i potrzebuję rady, a
przynajmniej podniesienia na duchu, bo różne czarne myśli mnie prześladują.