ma_niusia
13.06.09, 00:27
Urodziłam na Karowej 25 maja. W związku z obserwacją w kierunku
wielowodzia, 2 tyg przed terminem zgłosiłam się w niedzielę na IP na
KTG. W związku ze spadkiem tętna Dziecka zatrzymali mnie na
obserwację. Zapytali się czy zgadzam się na dostawkę. Zgodziłam się.
Po wykonaniu wszystkich badań postanowili zrobić mi test
oksytocynowy. Ok. Po 9 minutach testu, zanim jeszcze zaczęłam
poważnie odczuwać skurcze - spadek tętna. Natychmiast odłączenie
oxy, uciskanie brzucha. Lekarka zaproponowła indukcję porodu
oxytocyną, bo to już 2 tygodnie przed terminem, Dzidziuś duży, ciąża
donoszona. Zgodzilam się, zadzwoniłam po Tatusia (był poniedziałek
zaraz po północy). Dostałam pojedynczą elegancką, czyściutką salę
porodową, podpięli mnie do KTG na stałe i kroplówka z oxy na stałe,
dawka zwiększna co godzinę. Lekarki, położne i studenci regularnie
zaglądali do nas i kontrolowali wszystko. To był mój pierwszy poród
więc wszystko znalam tylko z teorii. Jak zbadali mnie przyjmując na
oddział szyjka macicy była szczelnie zamknięta i miała 3 cm
dlugości. Co 2 godziny lekarka badała rozwarcie, ale... szyjka się
nawet nie skróciła (dziś wiem, że podobno powinni byli podać mi
prostaglndyny na szyjkę, ale do końca życia tajemnicą pozostanie
czemu tego nie zrobili). Rodziłam sobie i rodziłam, koło 10 rano, po
10 godzinach skurczów, dochodzących siłą do 130, Tatko poszedł do
domu a przy mnie dyżur objęła moja Mama. Po 15 godzinach skurczów
wyłam już z bólu i nie mogłam nawet mówić - słychać mnie było na
podwórku szpitala i we wszystkich salach porodowych. Błagałam o coś
przeciwbólowego - nie. Na znieczulenie za wcześnie bo po 15
godzinach skurczów szyjka się nawet nie skróciła nie mówiąc o
rozwarciu! Przez cały ten czas lekarki i położne z pierwszej zmiany
badały szyjkę co bylo bardzo bolesne (Mama podejrzewa że był robiony
masaż szyjki, ale nikt mi tego nie potwierdził) i uciszały mnie
niezbyt sympatycznie. Jedynie dwie studentki położnictwa
przychodziły często, regularnie pytały o samopoczucie, zwilżały mi
usta i dawały okłady na czoło i kark, pocieszały, tłumaczyły,
wyjaśniały a kiedy bylo potrzeba wołały lekarza. Tak naprawdę to one
mnie tam podtrzymały na duchu bo inaczej nie wiem jak bym
wytrzymała! Wreszcie lekarka drugiej zmiany pozwoliła mnie na 15
minut odpiąć od KTG i kroplówki z oxy i wziąć prysznic. Spocona i
zakrwawiona (od "badania" szyjki) z ulgą się umyłam i z trudem
położyłam, obolała po tylu godzinach bezowocnych skurczów. Około 16
blagałam niemal na kolanach (zresztą już nie pierwszy raz) o cesarkę
ale powiedzieli, że nie ma wskazań. Mama chciała zapłacić za
cesarkę - powiedzieli, że nie ma wskazań. Wreszcie dostałam
przeciwbólowy Dolargan. Mimo podłączonej oxy, organizm wyczerpany,
zasnęłam w ciągu 5 minut i spałam 1,5 godziny. Potem znów skurcze,
oxy podkręcona na maxa, około 20ej wieczorem kolejne badanie szyjki,
znowu lejąca się krew i tryumfalnie lekarka stwierdza, że jest
postęp bo szyjka się skróciła do 1,5cm! I nagle, w trakcie badania -
odeszły mi wody, co również tryumfalnie oznajmiła lekarka. Szczerze
mówiąc nie wierzę, że taki dziwny zbieg okoliczności i przy
zamkniętej szyjce odeszły wody. Podejrzewam, że przebiła mi pęcherz
płodowy - na co ja oczywiście nie wyraziłam zgody bo nawet nie byłam
o to zapytana! Rzeczywiście miałam dużo wód, słaniając się na nogach
znosiłam kolejne skurcze, podpięta 21szą godzinę pod oxytocynę.
Druga lekarka, chciala już mnie kwalifikować do cesarki, przebrali
mnie, podgolili, ale ta pierwsza (lekrz dyżuru czy jakoś tak?) nie
wyraziła zgody. Ja nadal wyłam z bólu i znów sie ktos nade mną
zlitował i dostałam Dolargan. W tym momencie zaczęły się nudności,
zawroty głowy i zaczęłam tracić przytomność, kątem oka zauważyłam na
KTG że tętno dziecka spada do 50 i niżej. Niby monitory od KTG były
przed nosem położnych w ich dyżurce ale nikt się nie pofatygował do
mnie! Ja traciłm przytomnosc... dobrze, że nie rodziłam sama! Mama
pobiegła po lekarki. To było około godz. 21:10. Rzucili się na mnie,
biegiem z łóżkiem na salę operacyjną, tarmosząc mój brzuch i klepiac
po policzkach żebym nie odpływała bo traciłam przytomność. Na sali
kręciło się już z 10 albo więcej osób. I nagle mówią do mnie. Proszę
się przenieść z łóżka na stół operacyjny, my Pani nie przeniesiemy
bo jest pani za ciężka. Rzeczywiście przytylam w ciązy 28kg, ważyłam
prawie 90, ale... Ehh. Przetoczyłam się a w międzyczasie już dwie
kobiety wsadziły we mnie ręce i coś robiły z dzieckiem, kolejna
podtykałą mi do podpisu zgodę na cesarkę (ja nie byłam w stanie
otworzyć oczu bo co chwila traciłam świadomość!), przekręcili mnie
na bok i wbili się w kręgosłup do zzo, ale ponieważ nie byłam w
stanie utrzymać pozycji do tego koniecznej (kazali mi podkulić nogi
do brzucha a ja nie władałam nawet ręką i znowu traciłam
świadomość), zaraz wyjęli z kręgosłupa (do dziś mnie boli miejsce po
wkłuciu, ale twierdzą, że to tylko naruszone zakończenia nerwowe i
nic takiego) i dostałam maskę do narkozy. Ostatnie słowa jakie
słyszałam przed narkozą to coś w rodzju szybciej szybciej bo go
tracimy i intensywne grzebanie w moim brzuchu.
Ocknęłam się około północy na sali pooperacyjnej, cała obolała i z
maską tlenową na twarzy. Jeszcze trochę bełkotalam po narkozie ale
pytam położną co z moim dzieckiem a ona na to, że ona nie jest od
tego. To od kogo mogę się dowiedzieć? Proszę czekać ktoś przyjdzie
to poinformuje. Rano, po takich słowach jakie usłyszałąm przed
narkozą co ja mogłam sobie myśleć? Nawet nie miałam siły płakać i
czekałam tylko aż przyjdzie lekarz lub kto inny poinformować mnie,
że straciłam dziecko. Zaczęłąm się zastanawiać jak na to zareaguje
Tatuś. Pytałam o mojego synka każdą wchodzącą położną, ale każda
odpowiadała, że ona nie jest od tego. Dopiero o 3:15 przyszła ta
druga lekarka z porodówki i powiedziała, że Mały urodził się o 21:25
dostał 2 pkt, był siny, nie ruszal się i nie oddychal i że to przez
Dolargan. Ale dostał tlen, lekarstwa i w 5 minucie miał 9 pkt. Teraz
leży na obserwacji ale wszystko wygląda dobrze i rano go zobaczę.
Potem jeszcze się okazało, że mimo iż całą ciążę prowadziłam na
Karowej, na karcie ciąży i na wszystkich kartach szpitalnych było n
czerwono napisane, że jestem uczulona na penicylinę, to od razu po
cesarce zapisno mi wielką dawkę Augmentinu. Dopiero położna podając
mi zauważyła adnotację i w ostatniej chwili się powstrzymała,
zawołała lekarza. Zmieniono mi antybiotyk, ale w karcie szpitalnej
widziałam że był wpisany Augmentin (resztę znam z opowieści położnej
bo ja jeszcze wtedy byłam nieprzytomna).
Ja staram się psychicznie i emocjonalnie uporać z tym co przeżyłam,
chociaż wątpię czy po takich przeżyciach zdecyduję się na kolejne
dziecko.
Dlaczego nie podano mi tych prostaglandyn?
Czy to były badania czy masaże szyjki?
Czy lekarka przebiła mi pęcherz płodowy? A jeśli tak to dlaczego bez
mojej zgody?
Czy rzeczywiście 20 godzin skurczów bez postępu porodu z zamkniętą
szyjką nie są wskazaniem do cesarki?
Skoro Dolargan zaszkodził mojemu synkowi, dlaczego dopiero przy
drugiej dawce a przy pierwszej wszystko było ok?
Czy rzeczywiście nie ma możliwości podania żadnych środków
przeciwbólowych czy innych żeby ulżyć w tych skurczach po tak długim
czasie?
Co mogę zrobić, aby w przypadku innych pacjentek nie pomylono sie
jak u mnie i nie podano im leku na który są uczulone i informowały o
tym?
Czy jest jakaś szansa, że z taką szyjką i po takim
porodzie "normalnie" urodzę kolejne dziecko? Dodam, że do 37tc ciąża
była prawidłowa, później tylko obserwacja w kierunku wielowodzia.
Z góry dziękuję za pomoc!