ch3heg
26.02.10, 21:12
Energetycy: takie akcje utrudniają nam pracę
Pełne szlachetnych intencji akcje edukacyjne, mogą być ryzykowne. - Gdyby wszyscy wzięli sobie do serca akcję "Godzina dla Ziemi', to moglibyśmy mieć niezłą awarię - mówią energetycy. Na szczęście żaden kraj biorący udział w akcji nie jest aż tak zdyscyplinowany.
- Takie akcje trochę nam utrudniają pracę, bo mogą zakłócić pracę systemu - przyznaje rzecznik Polskich Sieci Elektroenergetycznych, Dariusz Chomka i dodaje, że w tym przypadku PSE nie przewiduje zagrożeń. Przyznaje jednak, że energetycy przygotowują się już do godzinnego oszczędzania energii. - Bo energia elektryczna, to nie jest taki towar jak ropa czy gaz. Jej się nie da magazynować. Więc musi być zużyta zaraz po wytworzeniu.
A na wszelki wypadek operatorzy systemów energetycznych w całej Europie zalecają, by nie trzymać się sztywno godzin wyłączenia i włączenia światła. Najlepiej zgasić światło już na całą noc.
Oszczędności to na tej godzinie nie będzie
Energetycy prostują zapewnienia ekologów i podkreślają, że dzisiejsza akcja, to bardziej symbol i edukacja niż wymierne oszczędności. - W ubiegłym roku nie zauważyliśmy szczególnej zmiany w zużyciu energii. - przyznaje Piotr Grzejszczak, z RWE Polska. Godzina zaciemnienia nic nie oznacza też dla elektrowni. - Taka sama ilość energii zostanie wyprodukowana - powiedział Jacek Michel, rzecznik prasowy Elektrowni Bełchatów. Co się stanie z nadwyżką, która - w wyniku "Godziny dla Ziemi" pojawi się chwilowo w systemie przesyłowym? Przepłynie przez kable i zniknie. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że się zmarnuje.
Okazuje się też, że po zakończeniu akcji włączenie wielu odbiorników będzie się wiązało z dużym zużyciem energii. Tak jest w przypadku świetlówek. - W momencie rozruchu potrzebują dużo energii, a w trakcie świecenia zużycie spada - wyjaśnia Łukasz Zimoch, rzecznik Vattenfall Poland, producenta energii.