mmaly
02.07.06, 20:38
Nasza nowa wodzowska partia rządząca, nowa aczkolwiek w dialektyce niezbyt
daleko odbiegająca od Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, doprowadzi
wkrótce do powstania nowego prawa oświatowego. Jak to w naszym kraju zresztą,
zamiast poprawiać prawo istniejące, uchwala się ciągle nowe - dziurawe i
wypaczone.
Jednym z obowiązków nałożonych na szkoły w myśl jednego z projektów nowej
ustawy ma być stosowanie oprogramowania blokującego młodzieży dostęp przez
internet do treści, które Partia uważa za niepożądane. Od paru tygodni na
stronach Ministerstwa Edukacji jest nawet wprost polecany pewien program,
którego Bogu dzięki nie da się zainstalować na moim komputerze (używam
Linuxa), a który na podstawie wykrywanych w tekście stron słów będzie blokował
dostęp do całych stron i całych domen internetowych. Ma to bronić przed
dostępem do pornografii i demoralizacją.
Nie do końca rozumiem, dlaczego Minister Edukacji demokratycznego państwa
roszczącego sobie prawa do nauczania demokracji Irakijczyków i innych nacji
promuje stosowanie produktu instytucji, w której nazwie widnieje przymiotnik
"katolicki". Ale nie czepiając się już nawet tego wyraźnego nadużycia, wyraźne
i rażące jest pewne niedopatrzenie metodologiczne.
Na stronie producenta zrzuty ekranowe pokazują nam, jak to łatwo można
zablokować dzieciom dostęp do stron internetowych zawierających słowo "Szatan"
i "satanizm". Ale wystarczy być odrobinę myślącym człowiekiem, by zrozumieć,
że w takim razie zablokujemy dzieciom dostęp do większości stron poświęconych
religii i religioznawstwu, w tym nie tylko stron instytucji kościelnych, ale
nawet fundacji i stowarzyszeń broniących przed sektami.
Mohammed Atta i jego koledzy planujący zamach na World Trade Center 11
września 2001 w przeddzień zamachu bawili się w barze ze stripteasem o
wdzięcznej nazwie "Pink Pony" - "Różowy Kucyk". Nie sposób, by opierający
swoje działanie na słowach kluczowych program polecany przez Ministra Edukacji
zablokował stronę takiego klubu, prawda? Podobnie jak nie dopatrzy się treści
pornograficznych na stronie "niewinnej Zuzi o pracowitej buzi".
Z testów przeprowadzonych przez dziennikarzy jednego z dzienników wynika, że
program blokuje dostęp do pewnych treści, ale ogólnie wydaje się zupełnie
bezradny i bezsensowny. Bez większego trudu można bowiem mimo stosowaniu
programu przeglądać strony z pedofilią albo strony propagujące ideologię
faszystowską (które w Polsce używają przecież przede wszystkim takich pięknych
słow jak ojczyzna, honor, krzyż, Bóg, tradycja, a dostępu do tych słów nikt
nie chce chyba dzieciom blokować).
Od kilku lat pracuję w pracowni komputerowej, która ma dostęp do internetu na
każdym stanowisku. Moi uczniowie dość szybko nauczyli się, że w logach serwera
widać dokładnie, co który z nich robił o której godzinie. Poza tym wystarczy
zadbać o to, by mieli co robić na lekcji, a nie będą w stanie poświęcać czasu
na wykorzystywanie szkolnych komputerów do nieodpowiednich celów. No i na
koniec dodajmy, że większość z nich ma na tyle bogate życie erotyczne i na
tyle wyrobiony światopogląd, że jedynymi "nielegalnymi" rzeczami jakie ich
interesują podczas lekcji, są aukcje internetowe i bramki SMS krajowych
operatorów telefonii komórkowej. No tak, ale skąd o tym ma wiedzieć minister,
któremu się wydaje, że w takiej pracowni komputerowej to dzieci nic innego nie
mają czasu robić, tylko dupy oglądać.
Powiem więc głośno wszystkim zwolennikom monitorowania internetu w szkołach i
nie tylko. Nauczyciele włączają komputery w pracowniach komputerowych wówczas,
gdy ma to jakiś cel dydaktyczny i do czegoś prowadzi. Tym celem nie jest nigdy
powiedzenie: "Róbta se dzieci, co chceta". I kompetentny nauczyciel
nadzorujący pracę w takiej pracowni jest o wiele cenniejszy dla zapewnienia
tego, co pan minister chce osiągnąć, niż jakieś nieudolne tandetne rozwiązania
software'owe.
P.S. W tym wpisie znalazł się wyraz "dupy". Program polecany przez ministra
przypuszczalnie zablokuje tą stronę i cały ten serwer z uwagi na treści
niemoralne.