Gość: lunch
IP: *.czestochowa.cvx.ppp.tpnet.pl
09.02.03, 12:54
Od pewnego czasu mamy głupią modę na stawianie żółtych słupków - niby na
skrzyżowaniach równorzędnych. Głupie, bo przecież 'Prawo o ruchu drogowym' o
nich nic nie wspomina. Pierwszy raz usłyszałem o nich 5 lat temu na kursie
prawa jazdy - jeden z kursantów twierdził, że oznaczają one równorzędne i
został wyśmiany. U mojego brata na ubiegłorocznym kursie miała miejsce
podobna sytuacja, zatem w przepisach nic się nie zmieniło. Fakt, słupki
przypominają o równorzędności, która w tym dziwnym kraju jest dla kierowców
czymś nienaturalnym (zazwyczaj gdy nie ma znaku, uważa się, że się ma
pierwszeństwo, a jedyna możliwość upewnienia o tym, to szukania
znaku "Ustąp" bądź "Stop" na drodze poprzecznej). Powodują jednak efekt
uboczny - tym łatwiej zapomina się o równorzędności, gdy nie znajdzie się
chętny, by te słupki postawić. Chyba więcej pożytku byłoby ze stawiania w
takich miejscach znaku "skrzyżowanie równorzędne" (tego z "iksem"), zamiast
żółtych dziwolągów.
No bo proszę przeanalizować przykład: ulica Karpińskiego (d.tow.Marksa).
Ktoś ustawił słupki na skrzyżowaniu z Sieroszewskiego. Niby lepiej, bo
dawniej trudno było się dopomnieć o pierwszeństwo od pędzących
od "gierkówki" tłumoków. Ale na skrzyżowaniu z Pietrusińskiego nikt słupków
nie postawił - czy jest to skrzyżowanie w myśl kodeksu drogowego? Niby nie,
jeśli potraktujemy ulicę Pietrusińskiego jedynie jako dojazd do posesji,
czyli bloków. Ale ona ma do licha swoją nazwę? Jakie mam więc szanse, by
wyjeżdżając czuć się uprawnionym do pierwszeństwa? I jak potraktuje mnie
policja, gdy ktoś nie uzna, że jestem z prawej strony?