angrusz1
17.05.08, 18:53
Wszak na tym forum od niektórych aż jedzie agentowym smrodem
i to z tego właśnie kierunku :
Odkąd wynaleziono radio i kino, prestiż przemysłu rozrywkowego
wzrósł niebywale. Ciekawe, że teatr jakoś nie robił takiego
wrażenia; w kulturalnym przecież starożytnym Rzymie, aktorzy, nawet
znani, uchodzili za personae turpis, czyli osoby, najdelikatniej
mówiąc, podejrzane i nikomu nie przyszłoby do głowy windować ich na
piedestał. „Gwiazdy” pojawiły się dopiero w kinie, zaś radio
spotęgowało możliwość manipulowania masowymi nastrojami, co
znakomicie wykorzystał wybitny przywódca socjalistyczny Adolf
Hitler. Jednak prawdziwą rewolucję wprowadziła dopiero telewizja.
Dopiero ona kreuje alternatywną rzeczywistość, włącznie
z „gwiazdami”, które nie muszą już niczego umieć; w przypadku
gwiazdy telewizyjnej – wystarczy być, żeby publiczność na jej widok
wpadała w amok uwielbienia.
Nic więc dziwnego, że te możliwości zostały natychmiast zauważone
przez sprytnych polityków demokratycznych, którzy dzisiaj na ogół
bywają kreaturami bezpieczniaków. Gwoli uwiedzenia publiczności,
lansują oni polityków przy pomocy przemysłu rozrywkowego, który w
tym celu starają się kontrolować. W tej sytuacji politycy przestają
dbać o jakiekolwiek rzeczywiste dokonania, nie tylko dlatego, że
wymagają one zarówno znajomości rzeczy, jak i pewnej siły
charakteru, której od kreatur trudno wymagać, ale przede wszystkim
dlatego, że to się nie opłaca, bo odpowiednio wytresowana
publiczność i tak przyjmie do wiadomości tylko to, co zobaczy i
usłyszy w telewizji. Najlepszą ilustracją takiego zachowania jest
pan premier Donald Tusk, który koncentruje się wyłącznie na
kreowaniu swego wizerunku, zostawiając państwo do dyspozycji swoim
mentorom z razwiedki. W zamian za to agenci w mediach potrafią
zrobić mu liść do wieńca sławy nawet z tego, że w młodości kopcił
marychę. Okazuje się, że to, iż kopcił i to, że teraz o tym
opowiedział, przydaje mu „wiarygodności”. Tak twierdzi pani Julia
Pitera, która przecież nie kłamie – w każdym razie nie zawsze -
nieprawdaż?
Jest tajemnicą Poliszynela, że w odróżnieniu od pana premiera – pan
prezydent nie jest pieszczochem przemysłu rozrywkowego. Niewiele
mogą na to poradzić nawet słynni „spindoktorzy”, co to niby potrafią
wystrugać gwiazdora nawet z banana. W tej sytuacji pan prezydent
najwyraźniej postanowił ująć sprawę swego wizerunku we własne ręce,
wykorzystując okazję, jaką stworzyła mu wizyta w Izraelu z okazji 60
rocznicy proklamowania tego państwa. Jak wiadomo, pan prezydent
spotkał się w hotelu z szefem Mosadu, panem Meirem Daganem. O czym
rozmawiali – tego ma się rozumieć, nie wiem, ale wcale bym się nie
zdziwił, gdyby przedmiotem rozmowy był właśnie medialny wizerunek
pana prezydenta.
Powie ktoś – a co ma szef Mosadu, czyli izraelskiego wywiadu, do
medialnego wizerunku prezydenta Polski? Aaaa – jeśli zechce, może
mieć w tej sprawie głos decydujący! Rzecz w tym, że od połowy lat 80-
tych, kiedy gruchnęła wieść, że Sowiety będą wycofywać się z Europy
Środkowej, każdy tutejszy tajniak, wojskowy czy cywilny, musiał
postawić sobie pytanie: Sowiety się wycofują - a ja co? Co ze mną?
Toteż jeden przez drugiego rzucili się przewerbowywać; jedni do CIA,
inni do niemieckiego BND, inni odnowili przysięgę wierności ruskiemu
GRU, a jeszcze inni – przylgnęli do Mosadu. Stąd też rozmaite
tajemnicze zawirowania i nowe partie na polskiej scenie politycznej
można znakomicie objaśnić przy pomocy analizy konfliktu interesów
lub porozumień między tymi wszystkimi razwiedkami. Tajne służby na
utrzymaniu Polski tym bowiem różnią się od ościennych, że patrzą
tylko, jakby tu szybko rozkraść swoje państwo i znaleźć kogoś, kto
by potem zapewnił im bezpieczeństwo, czyli tzw. „kryszę”. Pan
prezydent, zwłaszcza po lekturze raportu komisji weryfikującej WSI i
poszukiwanego obecnie aneksu, nie może o tym nie wiedzieć i stąd,
zamiast przymilać się do podwładnych, mógł postanowić załatwić
sprawę z samym szefem. Czy skutecznie – o tym się przekonamy, kiedy
nie tylko „Gazeta Wyborcza”, ale i gwiazdy telewizyjne zaczną
śpiewać o panu prezydencie z innego klucza.
Stanisław Michalkiewicz
www