Spiskowa teoria dziejów ? A może rzeczywistość

17.05.08, 18:53

Wszak na tym forum od niektórych aż jedzie agentowym smrodem
i to z tego właśnie kierunku :



Odkąd wynaleziono radio i kino, prestiż przemysłu rozrywkowego
wzrósł niebywale. Ciekawe, że teatr jakoś nie robił takiego
wrażenia; w kulturalnym przecież starożytnym Rzymie, aktorzy, nawet
znani, uchodzili za personae turpis, czyli osoby, najdelikatniej
mówiąc, podejrzane i nikomu nie przyszłoby do głowy windować ich na
piedestał. „Gwiazdy” pojawiły się dopiero w kinie, zaś radio
spotęgowało możliwość manipulowania masowymi nastrojami, co
znakomicie wykorzystał wybitny przywódca socjalistyczny Adolf
Hitler. Jednak prawdziwą rewolucję wprowadziła dopiero telewizja.
Dopiero ona kreuje alternatywną rzeczywistość, włącznie
z „gwiazdami”, które nie muszą już niczego umieć; w przypadku
gwiazdy telewizyjnej – wystarczy być, żeby publiczność na jej widok
wpadała w amok uwielbienia.

Nic więc dziwnego, że te możliwości zostały natychmiast zauważone
przez sprytnych polityków demokratycznych, którzy dzisiaj na ogół
bywają kreaturami bezpieczniaków. Gwoli uwiedzenia publiczności,
lansują oni polityków przy pomocy przemysłu rozrywkowego, który w
tym celu starają się kontrolować. W tej sytuacji politycy przestają
dbać o jakiekolwiek rzeczywiste dokonania, nie tylko dlatego, że
wymagają one zarówno znajomości rzeczy, jak i pewnej siły
charakteru, której od kreatur trudno wymagać, ale przede wszystkim
dlatego, że to się nie opłaca, bo odpowiednio wytresowana
publiczność i tak przyjmie do wiadomości tylko to, co zobaczy i
usłyszy w telewizji. Najlepszą ilustracją takiego zachowania jest
pan premier Donald Tusk, który koncentruje się wyłącznie na
kreowaniu swego wizerunku, zostawiając państwo do dyspozycji swoim
mentorom z razwiedki. W zamian za to agenci w mediach potrafią
zrobić mu liść do wieńca sławy nawet z tego, że w młodości kopcił
marychę. Okazuje się, że to, iż kopcił i to, że teraz o tym
opowiedział, przydaje mu „wiarygodności”. Tak twierdzi pani Julia
Pitera, która przecież nie kłamie – w każdym razie nie zawsze -
nieprawdaż?

Jest tajemnicą Poliszynela, że w odróżnieniu od pana premiera – pan
prezydent nie jest pieszczochem przemysłu rozrywkowego. Niewiele
mogą na to poradzić nawet słynni „spindoktorzy”, co to niby potrafią
wystrugać gwiazdora nawet z banana. W tej sytuacji pan prezydent
najwyraźniej postanowił ująć sprawę swego wizerunku we własne ręce,
wykorzystując okazję, jaką stworzyła mu wizyta w Izraelu z okazji 60
rocznicy proklamowania tego państwa. Jak wiadomo, pan prezydent
spotkał się w hotelu z szefem Mosadu, panem Meirem Daganem. O czym
rozmawiali – tego ma się rozumieć, nie wiem, ale wcale bym się nie
zdziwił, gdyby przedmiotem rozmowy był właśnie medialny wizerunek
pana prezydenta.

Powie ktoś – a co ma szef Mosadu, czyli izraelskiego wywiadu, do
medialnego wizerunku prezydenta Polski? Aaaa – jeśli zechce, może
mieć w tej sprawie głos decydujący! Rzecz w tym, że od połowy lat 80-
tych, kiedy gruchnęła wieść, że Sowiety będą wycofywać się z Europy
Środkowej, każdy tutejszy tajniak, wojskowy czy cywilny, musiał
postawić sobie pytanie: Sowiety się wycofują - a ja co? Co ze mną?
Toteż jeden przez drugiego rzucili się przewerbowywać; jedni do CIA,
inni do niemieckiego BND, inni odnowili przysięgę wierności ruskiemu
GRU, a jeszcze inni – przylgnęli do Mosadu. Stąd też rozmaite
tajemnicze zawirowania i nowe partie na polskiej scenie politycznej
można znakomicie objaśnić przy pomocy analizy konfliktu interesów
lub porozumień między tymi wszystkimi razwiedkami. Tajne służby na
utrzymaniu Polski tym bowiem różnią się od ościennych, że patrzą
tylko, jakby tu szybko rozkraść swoje państwo i znaleźć kogoś, kto
by potem zapewnił im bezpieczeństwo, czyli tzw. „kryszę”. Pan
prezydent, zwłaszcza po lekturze raportu komisji weryfikującej WSI i
poszukiwanego obecnie aneksu, nie może o tym nie wiedzieć i stąd,
zamiast przymilać się do podwładnych, mógł postanowić załatwić
sprawę z samym szefem. Czy skutecznie – o tym się przekonamy, kiedy
nie tylko „Gazeta Wyborcza”, ale i gwiazdy telewizyjne zaczną
śpiewać o panu prezydencie z innego klucza.




Stanisław Michalkiewicz
www

    • lech.niedzielski Spiskowa teoria dziejów ? Nie torzeczywistość ! 17.05.08, 19:26
      Kościół katolicki, jako instytucja, a jeszcze bardziej księża, od
      niepamiętnych czasów są w Polsce poza wszelką krytyką. Bynajmniej
      nie dlatego, że na nią nie zasługują. Wyłącznie dzięki sprytnemu
      zabiegowi duchownych polegającemu na wmówieniu wiernym, że jest to
      atak na Pana Boga, religię, wartości. Ileż trzeba pychy i
      bezczelności właśnie, by siebie i swoje nędzne, a nierzadko
      sprzeczne z prawem czyny utożsamiać z absolutem. Strach robi jednak
      swoje. Kto chce wziąć ślub, ochrzcić dziecko, nie być wyklinanym z
      ambony, a w końcu mieć pogrzeb, musi przytakiwać lub milczeć. We
      własnym dobrze pojętym interesie.

      Miłosierdzie bowiem jest przymiotem Boga, ale nie polskich księży. I
      wierni o tym wiedzą.
      • Gość: nfg angrusz jestes beznadziejny IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.05.08, 21:10
        jw
    • Gość: W Re: Spiskowa teoria dziejów ? A może rzeczywisto IP: *.vf.shawcable.net 17.05.08, 21:40
      angrusz1 napisał:

      >
      > Wszak na tym forum od niektórych aż jedzie agentowym smrodem
      > i to z tego właśnie kierunku :

      jaki fantastyczny wech na byla zaufana gwiazda komunistycznej
      mlodziezowki:))) Swich wywacha na z kazdej odleglosci:))))
      W nagrode za wierna sluzbe dali tow. angruszowi patent na pilota
      wycieczek po demoludach. Sprawozdania skladal wraz z "prezentami" z
      wycieczek:))))
      Szczere stworzenie. Dlatego teraz tak gorliwie Ryszke przy PiSuarze
      obstwia.
      • Gość: doW Re: Spiskowa teoria dziejów ? A może rzeczywisto IP: *.iplus.com.pl 18.05.08, 11:00
        jaki fantastyczny wech na byla zaufana gwiazda komunistycznej
        > mlodziezowki:))) Swich wywacha na z kazdej odleglosci:))))
        > W nagrode za wierna sluzbe dali tow. angruszowi patent na pilota
        > wycieczek po demoludach. Sprawozdania skladal wraz z "prezentami"
        z
        > wycieczek:))))
        > Szczere stworzenie. Dlatego teraz tak gorliwie Ryszke przy
        PiSuarze
        > obstwia.

        masz racje znam te czasy z autopsji . Studiowałem na tej samej
        POl.Śl. co angrusz .
        Nie załapałem sie na wycieczkę do demoluda ,bo nie byłem w ZMS
        ani Partii .
        A za pilotów wycieczek robili członkowi partii ,którzy jeszcze
        dodatkowo "uchami " byli
        No cóż ,ale najgorliwsi zawsze byli neofici!!!
        • Gość: angrusz Re: Spiskowa teoria dziejów ? A może rzeczywisto IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 18.05.08, 14:34

          Do doW :

          Moze tak i było ale nie za moich czasów .
          Kurs pilota kazdy mógł skończyć. Trzeba bylo chcieć , chcieć chcieć .
          No ale niektórzy woleli piwo w Gondoli popijać .
          Do demoludów w czasach późnego Gierka to żaden rarytas był .
          Owszem do Indii na miesiąc ( przez bardzo spokojny wtedy
          Afganistan ) to jechał już ktoś doświadczony ( jednak ) no i ten
          komu z jakichś powodów przydzielono a różne były kryteria
          przydzielania : owszem i doświadczenie i zasługi dla Klubu Pilotów
          Wycieczek zagranicznych przy BPiT Almatur - może i przynależność
          partyjna ( ale nie odczułem tego , nie byłem członkiem partii
          wiodącej siły narodu ) .
          Ogólnie bardzo mile wspominam ten czas .
          No ale trzeba było chcieć coś zrobić , coś więcej niż ryć ( to dla
          ambitnych ) albo pić ( to dla degeneratów - na chemii ich nie
          brakowało na laborkach dostawało się 100 g spirtu 2 x w tygodniu ) .
          Teraz jakiś oszołom będzie wykrzywiał to co było .
          Nie wiem jak to było w i po stanie wojennym bo ja już wtedy
          pracowałem na chcleb dla rodziny .
          • Gość: doangrusz Re: Spiskowa teoria dziejów ? A może rzeczywisto IP: *.iplus.com.pl 18.05.08, 15:12
            Angrusz to chemii rozpijała ludzi .przecież tam babiniec był
            taki .Że dziewczyny nie mieszkały na Łużyckiej tylko miAły swój
            własny akademik .
            A chłopów było góra 8 na roku i mieszkali z elektrykami na
            pszczyńskiej.
            I nie bujaj ,ze mogłes byc pilotem nie będąc uchem .

            Kurs pilota kazdy mógł skończyć ,ALE TYLKO ZAUFANI MOGLI POJECHAC
            I ZDAC RELACJE szefom .NIE WCISKAJ CIEMNOTY !!!!
            • angrusz1 Re: Spiskowa teoria dziejów ? A może rzeczywisto 18.05.08, 21:44
              Do doangrusz :

              Chemia mieszkała w Karolince - bylo pół na pół .
              Na Łuzyckiej mieszkała chemia za moich czasów ale tylko pierwszy
              rok .
              Reszta to zbieranina głównie matfiz .
              A za granicę - do demoludów jechał kto chciał a nawet proszono sie
              bo to żaden luksus - chyba że Sojuz ( no ale tam dla innych celów ).
              Na Zachód mozna bylo i to całkiem nierzadko ale jednak wielu bylo
              chętnych no i jednak trzeba przede wszystkim było miec
              doświadczenie - miesiąc trampingu poprzez Hiszpanie i Marokko to
              trzeba bylo i wiedziec i umiec ( noi jednak miec dojścia do
              szefostwa Klubu pilotów zagranicznych )
              Ale widać , ze coś wiesz bo znaśz ulice która nazywa sie Łuzycka ale
              tak w ogole to ciemnotę wciskasz .
              Byłem , żyłem i wiem co było a ciemnoty nie dam sobie wcisnąc -
              chociaz ta prawda dotyczy jak wspomniałem późnego Gierka .
              Po 13.12 może bylo inaczej
              Ale ja już wtedy byłem gdzies indziej _ od 5.01.82 chodziłem z
              kałachem po Olsztynie .do Wigilii .
              Taki los .
              • Gość: Do doangrusz Re: Spiskowa teoria dziejów ? A może rzeczywisto IP: *.iplus.com.pl 19.05.08, 15:05
                Ale widać , ze coś wiesz bo znaśz ulice która nazywa sie Łuzycka
                ale
                > tak w ogole to ciemnotę wciskasz .


                Oj belferku ciemnote to mozesz wciskac swoim uczniom ,a ni emnie .
                ja studia skończyłem w 1968r. I nawet pamiętam marzec 1968r. i wtedy
                wydz, chemii był na Strzody . I tam miesciło się ZSP ...
                Z autopsji wiem kto mógł byc pilotem ... z przykrościa
                stwierdzam ,ze znałem takich "pilotów .My mieszkaliśmy wtedy na
                Wrocławkiej .
                Jak taki ''pilot" wchodził do pokoju rozmowy milkły i nikt mu ręki
                nie podawał ,ani na piwko nie prosił. A wszystkie egzaminy
                ci "piloci" zdawali w terminach indywidualnych .
                Tylko pózniej w żadnej pracy po transformacji długo miejsca zagrzac
                nie potrafili !!!! i nawet zawód musieli zmienic i koledzy do nich
                sie nie przyznawali !!!
                • Gość: angrusz Re: Spiskowa teoria dziejów ? A może rzeczywisto IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.05.08, 16:40
                  Do Doangrusz :

                  1968 i wszystko jasne .

                  Czy ty człowieku sądzisz , że od twojego czasu studiów do późnego
                  Gierka nic się nie zmieniło ?

                  Człowieku wiek ci rozum poplątał .

                  Ja mówię o latch 1975 1981
                  A już jesień 1980 i wiosna 1981 to juz takie zmiany na uczelni , ze
                  chyba ty byłeś poza Polską bo nic nie rozumiesz - albo złośliwie kit
                  wciskasz .
                  Tak tez można dyskutować
          • Gość: W Re: Spiskowa teoria dziejów ? A może rzeczywisto IP: *.vf.shawcable.net 18.05.08, 19:49
            Gość portalu: angrusz napisał(a):

            >
            > Do doW :
            >
            > Moze tak i było ale nie za moich czasów .
            > Kurs pilota kazdy mógł skończyć. Trzeba bylo chcieć , chcieć
            chcieć .

            Znowu macisz i klamiesz jak Klamczynski w PiSie. Napisz choc raz
            prawde jak na spowiedzi:
            BYLEM W ZMS-sie i DLATEGO moglem MIEC paszport i byc PILOTEM i
            JEZDZIC za granice. Chcialem byc w KOMUNISTYCZNEJ MLODZIEZOWCE i
            bylem, bo tam BYLO KORYTO. PZPR po to miala mlodziezowke, zeby
            wyrastaly nowe sily wierne partii i po tobie widac, ze im sie udalo.
            Ciag na koryto ten sam, a i partia podobna.
            Wodz jest i wierny wyznawca angrusz tez sie stara, bo CHCE. I liczy,
            ze moze cos spadnie ze stolu....

            > No ale niektórzy woleli piwo w Gondoli popijać .
            - Wiadomo nie od dzis, ze jak pije to nie KAPUJE...

            > Do demoludów w czasach późnego Gierka to żaden rarytas był .
            > Owszem do Indii na miesiąc ( przez bardzo spokojny wtedy
            > Afganistan ) to jechał już ktoś doświadczony ( jednak ) no i ten
            > komu z jakichś powodów przydzielono

            ...a ty nawet teraz kapujesz bywszych kolegow. Ty oczywiscie NIE,
            ale oni, to ci co im z "jakichs powodow":))))
            I rarytas to nie, ale korytko mniejsze, to owszem.

            a różne były kryteria
            > przydzielania : owszem i doświadczenie i zasługi dla Klubu Pilotów
            > Wycieczek zagranicznych przy BPiT Almatur - może i przynależność
            > partyjna ( ale nie odczułem tego , nie byłem członkiem partii
            > wiodącej siły narodu ) .
            > Ogólnie bardzo mile wspominam ten czas .

            Jakze by inaczej. Czas mile plynal z panienkami "wycieCZKOWYMI" do
            kabzy wpadlo pare zlotych ekstra, braczek na rynku uzupelnilo sie i
            socjalistycznych sasiadow. Glupek by plakal.

            > No ale trzeba było chcieć coś zrobić , coś więcej niż ryć ( to dla
            > ambitnych ) albo pić

            - Jak wygladalo to wiecej, to juz nie tlumacz. Jeszcze musisz
            poczekac kilkanascie lat az mnie/nas dopadnie taka skleroza, ze
            bedziesz mogl wciskac kazda bzdure do woli. A jak juz zostaniesz
            PiSowskim swietym, to zapewne nawet uwierzymy, zes nigdy nie skalal
            raczyny nielegalnym przywozem grama krupicy, bucika dzieciecego,
            butli tokaja, wyrobow salamandry itp.. Nie dales w lape celnikowi i
            nie podzieliles sie wygrana w totka z towarzyszem z ZMSu
            przydzielajacym wycieczki:))))


            > Teraz jakiś oszołom będzie wykrzywiał to co było .

            Sie nie denerwuj. Bylo minelo. Zaden urzad skarbowy cie nie rozliczy
            za tamto...
            problem w tym, zes dupsko lizal za profity czerwonym, a teraz
            udajesz wielebnego i w taki sam sposob lizesz tyly PiSuarom i
            przykuriewnym Ryszkom, zeby kapalo z koryta innego koloru.

            > Nie wiem jak to było w i po stanie wojennym bo ja już wtedy
            > pracowałem na chcleb dla rodziny .

            Pamietam jak opowiadales, ze dobrze pracowales i w ...mundurze.
      • Gość: storima Re: Spiskowa teoria dziejów ? A może rzeczywisto IP: *.d4.club-internet.fr 18.05.08, 11:20
        > angrusz1 napisał:
        > Wszak na tym forum od niektórych aż jedzie agentowym smrodem
        > > i to z tego właśnie kierunku :

        Angrusz, zamiast zgrywac sie na proroka wez sie za jezyk angielski!
        Bo jak na nauczyciela wykazujesz powazne i zastraszajace braki.

        A Kysz!
      • Gość: DA ONGRUSZA Re: Spiskowa teoria dziejów ? A może rzeczywisto IP: *.iplus.com.pl 20.05.08, 19:35
        "belferku " przeczytaj dwa tazy może zrozumiesz !!!Straszny dwór
        Lecha Kaczyńskiego
        » Straszny dwór Lecha Kaczyńskiego Zamknij X

        zobacz galerię Jaki prywatnie jest prezydent Lech Kaczyński fot.
        Forum / Rafał Milach Jak wygląda życie w Pałacu Prezydenckim? Jakim
        człowiekiem prywatnie jest Lech Kaczyński? "Leszek to dobry
        człowiek. Nie potrafi opanować tego towarzystwa wokół siebie i jest
        nieszczęśliwy, bo on nie lubi być prezydentem" - mówi DZIENNIKOWI
        jego dobra znajoma.

        czytaj dalej...REKLAMA

        Pałacowy urzędnik, który odszedł do pracy w rządzie: "Powiem wam,
        dlaczego zrezygnowałem z pracy w pałacu. Ja mam naturę urzędnika,
        który wykonuje swoją robotę i z tego jest rozliczany. Na dworze
        liczy się coś innego. Trzeba umieć się uśmiechnąć, przymilić, w porę
        opowiedzieć anegdotę, która rozbawi szefa".

        Poranek

        Prezydent zabiera się do pracy około 10. Na wcześniejszą godzinę nie
        wolno umawiać mu spotkań, bo prezydent może się pogniewać.

        Polityk z PiS: "Prezydent lubi dłużej pospać. <Jestem umówiony z
        Lechem na 8.15> - pochwaliłem się kiedyś Jarosławowi Kaczyńskiemu.
        <Ktoś ci źle przekazał. Brat tak wcześnie nie wstaje> - odparł".

        Doradca Lecha Kaczyńskiego: "Prezydentowi nie można umawiać spotkań
        na zbyt wczesne godziny. Z tego mogą być problemy. Sam byłem
        świadkiem, jak zrugał publicznie Andrzeja Krawczyka, który
        odpowiadał za sprawy zagraniczne. Krawczyk na jakimś szczycie
        międzynarodowym umówił spotkanie Lecha z prezydentem Rumunii na
        9.30. Zrobił tak, bo rozmowy plenarne zaczynały się o 10. Kaczyński
        był aż czerwony ze złości. <Ty mi to specjalnie robisz!> - oburzał
        się. <Dobrze wiesz, że ja rano nie funkcjonuję. Musimy się
        zastanowić nad możliwością naszej dalszej współpracy>. Dla Krawczyka
        wyglądało to bardzo groźnie, ale po kilku godzinach prezydent o
        wszystkim zapomniał i był znów ze swoim ministrem w najlepszej
        komitywie. To charakterystyczne dla niego. Oburza się, obraża, a
        potem szybko zapomina".

        Dyplomata: "To późne wstawanie komplikuje nam kalendarz w czasie
        wizyt zagranicznych. Zazwyczaj rozmowy dyplomatyczne zaczynają się o
        10. Żeby zdążyć na spotkania gdzieś w zachodniej Europie, należy
        wylecieć z Warszawy o 7 rano. Ale prezydent ma z tym problem. Na
        początku proponowaliśmy mu takie rozwiązanie, ale odpowiadał krótko:
        <Ja tak nie mogę>. Od tej pory szef i świta: doradcy, ministrowie,
        ochrona, lekarze, tłumacze - czasem jest to kilkadziesiąt osób -
        wylatują dzień wcześniej i śpią w hotelu na miejscu. To oczywiście
        zwiększa koszty".

        Urzędnik z Pałacu Prezydenckiego: "Czasami prezydent zaczyna dzień
        od telefonu do brata. To są krótkie rozmowy. Bywa, że trwają raptem
        kilka sekund: <Wstałeś? To dobrze, cześć!>".

        Były minister Kaczyńskiego: "Prezydent wychodzi ze swoich
        apartamentów około 9.45. Apartamenty mieszczą się na piętrze pałacu.
        To dziesięć pokoi, które są świętością. Kaczyńscy mają tam gosposię,
        która sprząta i gotuje. Mało kto ma dostęp do prywatnej części
        pałacu. Niektórzy ministrowie nigdy nie zostali tam wpuszczeni.
        Przed drzwiami stoi dodatkowa straż BOR, ale żaden z oficerów nie ma
        prawa przekroczyć progu. Wyjątkiem jest Krzysztof Olszowiec - szef
        prezydenckiej ochrony, od wielu lat związany z Kaczyńskim. To taki
        okrągły blondynek średniego wzrostu, który jest prawie zawsze pół
        kroku za Lechem. On cieszy się specjalnymi względami prezydenta i
        jest na dworze ważną postacią. Prawie non stop ma dostęp do ucha
        szefa. A przy układach panujących w pałacu to kluczowa sprawa".

        Wygodny bałagan

        Prezydent wie, że jego otoczenie jest podzielone i nawet mu to
        odpowiada. Gdy nie ma ochoty czegoś robić, zawsze znajdzie się ktoś,
        kto przyzna mu rację.

        Doradca prezydenta:"U Kaczyńskiego dwór wygrał z urzędem. Co to
        znaczy? Zasada jest taka, że w sumie nie liczy się formalnie
        zajmowane stanowisko, ale to, jak blisko szefa się jest. Jak to na
        dworze. Są frakcje i koterie, podjazdowe wojenki, taktyczne sojusze
        i intrygi. Dwór widział przez te dwa i pół roku niejedną rozgrywkę.
        Padali w nich, wydawałoby się, niezniszczalni ministrowie.
        Triumfowali ci, którzy byli prawie zatopieni".

        Wieloletni pracownik Kancelarii Prezydenta: "U Kwaśniewskiego też
        były wojenki i intrygi, ale to nie wydostawało się na zewnątrz.
        Odpowiadał za to Marek Ungier, postać z cienia. Cicho i skutecznie
        trzymał całe towarzystwo za twarz. Dbał, żeby wszyscy grali na
        lidera, czyli Kwaśniewskiego. Nawet jak z prezydentem działo się
        źle, nikt nie pisnął słowa. A Kaczyński nie ma swojego Ungiera. Może
        on nawet nie chce go mieć".

        Znany polityk PiS: "Ta niespójność zaplecza jest dla Lecha wygodna.
        Podam prosty przykład. Michał Kamiński, odpowiedzialny za wizerunek
        prezydenta, namawia szefa, żeby pojechał gdzieś w Polskę i spotkał
        się ze zwykłymi ludźmi. Jeśli Kaczyński nie ma na to ochoty, to
        zawsze w jego otoczeniu znajdą się osoby, które <przekonają go>, że
        ciśnienie jest za niskie, pogoda nie taka jak trzeba i w ogóle
        wyjazd jest bez sensu, bo nie poprawi mu wizerunku".

        Kto straszy prezydenta

        Prezydent lubi tajne kwity i sekretne informacje ze służb. Łatwo
        uwierzy, że ktoś spiskuje przeciw niemu albo jego rodzinie.
        Otoczenie nauczyło się to wykorzystywać.

        Urzędnik, który odszedł z pałacu: "Lech ma problem z podejmowaniem
        decyzji. Długo się zastanawia, dzieli włos na czworo. Wykorzystuje
        to jego najbliższe otoczenie. Mistrzynią pałacowej rozgrywki i jedną
        z najbardziej wpływowych postaci w państwie okazała się Małgorzata
        Bochenek, osoba niemal kompletnie nieznana szerszej publiczności.
        Jej siła nie bierze się z urzędniczej szarży (dopiero od niedawna
        jest sekretarzem stanu), ale z zaufania, jakim obdarza ją prezydent.
        Wcześniej pozycja Bochenkowej nie była tak silna, ale pani minister
        sprytnie <wygryzła> Elżbietę Jakubiak. Jakubiak była najbliższą
        osobą prezydenta. Nawet premier Marcinkiewicz umawiał się z
        Kaczyńskim za jej pośrednictwem. Wtedy, w pierwszym roku
        prezydentury, wpływy Jakubiak były wielkie. Jej gabinet znajdował
        się naprzeciwko pokoju głowy państwa. Bliżej była tylko sekretarka i
        ochrona. Wydawało się jej pozycja jest nienaruszalna. Wydawało
        się... ".

        Znajomy Elżbiety Jakubiak: "Ela poszła na dwutygodniowe zwolnienie
        lekarskie. Po powrocie, jak zwykle, próbowała wejść do gabinetu
        szefa. Ale tam już siedziała minister Bochenek. Prezydent bardzo
        grzecznie przeprosił i powiedział, że omawia właśnie tajne
        dokumenty. Przeżyła to bardzo. Zrozumiała, że traci wpływy.
        Próbowała walczyć, ale sprawę przeciął sam Lech Kaczyński.
        Powiedział swoim współpracownikom: <To jest poza dyskusją,
        Małgorzata Bochenek ma moje zaufanie. Kto się nie może z tym
        pogodzić, ma prawo odejść>. Taki był finał wojny. Ela wkrótce
        odeszła na ministra sportu>".

        Prezydencki minister: "Dziś minister Bochenek to uszy i oczy
        prezydenta. To ona opowiada mu, jak wygląda otaczający świat.
        Opowiada, bo prezydent woli słuchać, niż studiować papiery.
        Oczywiście bzdurą jest twierdzenie, że w ogóle Lech nie czyta
        dokumentów i gazet. Czyta i to sporo, nawet <Przegląd Sportowy>.
        Doradca Lecha Kaczyńskiego: Bochenek jest pierwszym urzędnikiem, z
        którym co rano spotyka się głowa państwa. Sesja zaczyna się około 10
        i trwa godzinę, półtorej. W trakcie spotkania dopraszani są inni
        ministrowie i doradcy, ale pierwsze pół godziny jest zarezerwowane
        dla pani Bochenek. Właśnie wtedy prezydent wysłuchuje tego, co
        napisała o nim prasa polska i zagraniczna oraz dowiaduje się, co
        jest w raportach służb specjalnych".

        Oficer służb specjalnych: "Prezydent lubi tajne i ekskluzywne
        informacje przeznaczone dla niewielu uszu. Dlatego pani Bochenek
        blisko trzymała się i nadal się trzyma z generałem Zbigniewem
        Nowkiem, silnym człowiekiem służb specjalnych, do ni
      • Gość: DA ONGRUSZA Re: Spiskowa teoria dziejów ? A może rzeczywisto IP: *.iplus.com.pl 20.05.08, 19:35
        "belferku " przeczytaj dwa tazy może zrozumiesz !!!Straszny dwór
        Lecha Kaczyńskiego
        » Straszny dwór Lecha Kaczyńskiego Zamknij X

        zobacz galerię Jaki prywatnie jest prezydent Lech Kaczyński fot.
        Forum / Rafał Milach Jak wygląda życie w Pałacu Prezydenckim? Jakim
        człowiekiem prywatnie jest Lech Kaczyński? "Leszek to dobry
        człowiek. Nie potrafi opanować tego towarzystwa wokół siebie i jest
        nieszczęśliwy, bo on nie lubi być prezydentem" - mówi DZIENNIKOWI
        jego dobra znajoma.

        czytaj dalej...REKLAMA

        Pałacowy urzędnik, który odszedł do pracy w rządzie: "Powiem wam,
        dlaczego zrezygnowałem z pracy w pałacu. Ja mam naturę urzędnika,
        który wykonuje swoją robotę i z tego jest rozliczany. Na dworze
        liczy się coś innego. Trzeba umieć się uśmiechnąć, przymilić, w porę
        opowiedzieć anegdotę, która rozbawi szefa".

        Poranek

        Prezydent zabiera się do pracy około 10. Na wcześniejszą godzinę nie
        wolno umawiać mu spotkań, bo prezydent może się pogniewać.

        Polityk z PiS: "Prezydent lubi dłużej pospać. <Jestem umówiony z
        Lechem na 8.15> - pochwaliłem się kiedyś Jarosławowi Kaczyńskiemu.
        <Ktoś ci źle przekazał. Brat tak wcześnie nie wstaje> - odparł".

        Doradca Lecha Kaczyńskiego: "Prezydentowi nie można umawiać spotkań
        na zbyt wczesne godziny. Z tego mogą być problemy. Sam byłem
        świadkiem, jak zrugał publicznie Andrzeja Krawczyka, który
        odpowiadał za sprawy zagraniczne. Krawczyk na jakimś szczycie
        międzynarodowym umówił spotkanie Lecha z prezydentem Rumunii na
        9.30. Zrobił tak, bo rozmowy plenarne zaczynały się o 10. Kaczyński
        był aż czerwony ze złości. <Ty mi to specjalnie robisz!> - oburzał
        się. <Dobrze wiesz, że ja rano nie funkcjonuję. Musimy się
        zastanowić nad możliwością naszej dalszej współpracy>. Dla Krawczyka
        wyglądało to bardzo groźnie, ale po kilku godzinach prezydent o
        wszystkim zapomniał i był znów ze swoim ministrem w najlepszej
        komitywie. To charakterystyczne dla niego. Oburza się, obraża, a
        potem szybko zapomina".

        Dyplomata: "To późne wstawanie komplikuje nam kalendarz w czasie
        wizyt zagranicznych. Zazwyczaj rozmowy dyplomatyczne zaczynają się o
        10. Żeby zdążyć na spotkania gdzieś w zachodniej Europie, należy
        wylecieć z Warszawy o 7 rano. Ale prezydent ma z tym problem. Na
        początku proponowaliśmy mu takie rozwiązanie, ale odpowiadał krótko:
        <Ja tak nie mogę>. Od tej pory szef i świta: doradcy, ministrowie,
        ochrona, lekarze, tłumacze - czasem jest to kilkadziesiąt osób -
        wylatują dzień wcześniej i śpią w hotelu na miejscu. To oczywiście
        zwiększa koszty".

        Urzędnik z Pałacu Prezydenckiego: "Czasami prezydent zaczyna dzień
        od telefonu do brata. To są krótkie rozmowy. Bywa, że trwają raptem
        kilka sekund: <Wstałeś? To dobrze, cześć!>".

        Były minister Kaczyńskiego: "Prezydent wychodzi ze swoich
        apartamentów około 9.45. Apartamenty mieszczą się na piętrze pałacu.
        To dziesięć pokoi, które są świętością. Kaczyńscy mają tam gosposię,
        która sprząta i gotuje. Mało kto ma dostęp do prywatnej części
        pałacu. Niektórzy ministrowie nigdy nie zostali tam wpuszczeni.
        Przed drzwiami stoi dodatkowa straż BOR, ale żaden z oficerów nie ma
        prawa przekroczyć progu. Wyjątkiem jest Krzysztof Olszowiec - szef
        prezydenckiej ochrony, od wielu lat związany z Kaczyńskim. To taki
        okrągły blondynek średniego wzrostu, który jest prawie zawsze pół
        kroku za Lechem. On cieszy się specjalnymi względami prezydenta i
        jest na dworze ważną postacią. Prawie non stop ma dostęp do ucha
        szefa. A przy układach panujących w pałacu to kluczowa sprawa".

        Wygodny bałagan

        Prezydent wie, że jego otoczenie jest podzielone i nawet mu to
        odpowiada. Gdy nie ma ochoty czegoś robić, zawsze znajdzie się ktoś,
        kto przyzna mu rację.

        Doradca prezydenta:"U Kaczyńskiego dwór wygrał z urzędem. Co to
        znaczy? Zasada jest taka, że w sumie nie liczy się formalnie
        zajmowane stanowisko, ale to, jak blisko szefa się jest. Jak to na
        dworze. Są frakcje i koterie, podjazdowe wojenki, taktyczne sojusze
        i intrygi. Dwór widział przez te dwa i pół roku niejedną rozgrywkę.
        Padali w nich, wydawałoby się, niezniszczalni ministrowie.
        Triumfowali ci, którzy byli prawie zatopieni".

        Wieloletni pracownik Kancelarii Prezydenta: "U Kwaśniewskiego też
        były wojenki i intrygi, ale to nie wydostawało się na zewnątrz.
        Odpowiadał za to Marek Ungier, postać z cienia. Cicho i skutecznie
        trzymał całe towarzystwo za twarz. Dbał, żeby wszyscy grali na
        lidera, czyli Kwaśniewskiego. Nawet jak z prezydentem działo się
        źle, nikt nie pisnął słowa. A Kaczyński nie ma swojego Ungiera. Może
        on nawet nie chce go mieć".

        Znany polityk PiS: "Ta niespójność zaplecza jest dla Lecha wygodna.
        Podam prosty przykład. Michał Kamiński, odpowiedzialny za wizerunek
        prezydenta, namawia szefa, żeby pojechał gdzieś w Polskę i spotkał
        się ze zwykłymi ludźmi. Jeśli Kaczyński nie ma na to ochoty, to
        zawsze w jego otoczeniu znajdą się osoby, które <przekonają go>, że
        ciśnienie jest za niskie, pogoda nie taka jak trzeba i w ogóle
        wyjazd jest bez sensu, bo nie poprawi mu wizerunku".

        Kto straszy prezydenta

        Prezydent lubi tajne kwity i sekretne informacje ze służb. Łatwo
        uwierzy, że ktoś spiskuje przeciw niemu albo jego rodzinie.
        Otoczenie nauczyło się to wykorzystywać.

        Urzędnik, który odszedł z pałacu: "Lech ma problem z podejmowaniem
        decyzji. Długo się zastanawia, dzieli włos na czworo. Wykorzystuje
        to jego najbliższe otoczenie. Mistrzynią pałacowej rozgrywki i jedną
        z najbardziej wpływowych postaci w państwie okazała się Małgorzata
        Bochenek, osoba niemal kompletnie nieznana szerszej publiczności.
        Jej siła nie bierze się z urzędniczej szarży (dopiero od niedawna
        jest sekretarzem stanu), ale z zaufania, jakim obdarza ją prezydent.
        Wcześniej pozycja Bochenkowej nie była tak silna, ale pani minister
        sprytnie <wygryzła> Elżbietę Jakubiak. Jakubiak była najbliższą
        osobą prezydenta. Nawet premier Marcinkiewicz umawiał się z
        Kaczyńskim za jej pośrednictwem. Wtedy, w pierwszym roku
        prezydentury, wpływy Jakubiak były wielkie. Jej gabinet znajdował
        się naprzeciwko pokoju głowy państwa. Bliżej była tylko sekretarka i
        ochrona. Wydawało się jej pozycja jest nienaruszalna. Wydawało
        się... ".

        Znajomy Elżbiety Jakubiak: "Ela poszła na dwutygodniowe zwolnienie
        lekarskie. Po powrocie, jak zwykle, próbowała wejść do gabinetu
        szefa. Ale tam już siedziała minister Bochenek. Prezydent bardzo
        grzecznie przeprosił i powiedział, że omawia właśnie tajne
        dokumenty. Przeżyła to bardzo. Zrozumiała, że traci wpływy.
        Próbowała walczyć, ale sprawę przeciął sam Lech Kaczyński.
        Powiedział swoim współpracownikom: <To jest poza dyskusją,
        Małgorzata Bochenek ma moje zaufanie. Kto się nie może z tym
        pogodzić, ma prawo odejść>. Taki był finał wojny. Ela wkrótce
        odeszła na ministra sportu>".

        Prezydencki minister: "Dziś minister Bochenek to uszy i oczy
        prezydenta. To ona opowiada mu, jak wygląda otaczający świat.
        Opowiada, bo prezydent woli słuchać, niż studiować papiery.
        Oczywiście bzdurą jest twierdzenie, że w ogóle Lech nie czyta
        dokumentów i gazet. Czyta i to sporo, nawet <Przegląd Sportowy>.
        Doradca Lecha Kaczyńskiego: Bochenek jest pierwszym urzędnikiem, z
        którym co rano spotyka się głowa państwa. Sesja zaczyna się około 10
        i trwa godzinę, półtorej. W trakcie spotkania dopraszani są inni
        ministrowie i doradcy, ale pierwsze pół godziny jest zarezerwowane
        dla pani Bochenek. Właśnie wtedy prezydent wysłuchuje tego, co
        napisała o nim prasa polska i zagraniczna oraz dowiaduje się, co
        jest w raportach służb specjalnych".

        Oficer służb specjalnych: "Prezydent lubi tajne i ekskluzywne
        informacje przeznaczone dla niewielu uszu. Dlatego pani Bochenek
        blisko trzymała się i nadal się trzyma z generałem Zbigniewem
        Nowkiem, silnym człowiekiem służb specjalnych, do ni
      • Gość: DA ONGRUSZA Re: Spiskowa teoria dziejów ? A może rzeczywisto IP: *.iplus.com.pl 20.05.08, 19:35
        "belferku " przeczytaj dwa tazy może zrozumiesz !!!Straszny dwór
        Lecha Kaczyńskiego
        » Straszny dwór Lecha Kaczyńskiego Zamknij X

        zobacz galerię Jaki prywatnie jest prezydent Lech Kaczyński fot.
        Forum / Rafał Milach Jak wygląda życie w Pałacu Prezydenckim? Jakim
        człowiekiem prywatnie jest Lech Kaczyński? "Leszek to dobry
        człowiek. Nie potrafi opanować tego towarzystwa wokół siebie i jest
        nieszczęśliwy, bo on nie lubi być prezydentem" - mówi DZIENNIKOWI
        jego dobra znajoma.

        czytaj dalej...REKLAMA

        Pałacowy urzędnik, który odszedł do pracy w rządzie: "Powiem wam,
        dlaczego zrezygnowałem z pracy w pałacu. Ja mam naturę urzędnika,
        który wykonuje swoją robotę i z tego jest rozliczany. Na dworze
        liczy się coś innego. Trzeba umieć się uśmiechnąć, przymilić, w porę
        opowiedzieć anegdotę, która rozbawi szefa".

        Poranek

        Prezydent zabiera się do pracy około 10. Na wcześniejszą godzinę nie
        wolno umawiać mu spotkań, bo prezydent może się pogniewać.

        Polityk z PiS: "Prezydent lubi dłużej pospać. <Jestem umówiony z
        Lechem na 8.15> - pochwaliłem się kiedyś Jarosławowi Kaczyńskiemu.
        <Ktoś ci źle przekazał. Brat tak wcześnie nie wstaje> - odparł".

        Doradca Lecha Kaczyńskiego: "Prezydentowi nie można umawiać spotkań
        na zbyt wczesne godziny. Z tego mogą być problemy. Sam byłem
        świadkiem, jak zrugał publicznie Andrzeja Krawczyka, który
        odpowiadał za sprawy zagraniczne. Krawczyk na jakimś szczycie
        międzynarodowym umówił spotkanie Lecha z prezydentem Rumunii na
        9.30. Zrobił tak, bo rozmowy plenarne zaczynały się o 10. Kaczyński
        był aż czerwony ze złości. <Ty mi to specjalnie robisz!> - oburzał
        się. <Dobrze wiesz, że ja rano nie funkcjonuję. Musimy się
        zastanowić nad możliwością naszej dalszej współpracy>. Dla Krawczyka
        wyglądało to bardzo groźnie, ale po kilku godzinach prezydent o
        wszystkim zapomniał i był znów ze swoim ministrem w najlepszej
        komitywie. To charakterystyczne dla niego. Oburza się, obraża, a
        potem szybko zapomina".

        Dyplomata: "To późne wstawanie komplikuje nam kalendarz w czasie
        wizyt zagranicznych. Zazwyczaj rozmowy dyplomatyczne zaczynają się o
        10. Żeby zdążyć na spotkania gdzieś w zachodniej Europie, należy
        wylecieć z Warszawy o 7 rano. Ale prezydent ma z tym problem. Na
        początku proponowaliśmy mu takie rozwiązanie, ale odpowiadał krótko:
        <Ja tak nie mogę>. Od tej pory szef i świta: doradcy, ministrowie,
        ochrona, lekarze, tłumacze - czasem jest to kilkadziesiąt osób -
        wylatują dzień wcześniej i śpią w hotelu na miejscu. To oczywiście
        zwiększa koszty".

        Urzędnik z Pałacu Prezydenckiego: "Czasami prezydent zaczyna dzień
        od telefonu do brata. To są krótkie rozmowy. Bywa, że trwają raptem
        kilka sekund: <Wstałeś? To dobrze, cześć!>".

        Były minister Kaczyńskiego: "Prezydent wychodzi ze swoich
        apartamentów około 9.45. Apartamenty mieszczą się na piętrze pałacu.
        To dziesięć pokoi, które są świętością. Kaczyńscy mają tam gosposię,
        która sprząta i gotuje. Mało kto ma dostęp do prywatnej części
        pałacu. Niektórzy ministrowie nigdy nie zostali tam wpuszczeni.
        Przed drzwiami stoi dodatkowa straż BOR, ale żaden z oficerów nie ma
        prawa przekroczyć progu. Wyjątkiem jest Krzysztof Olszowiec - szef
        prezydenckiej ochrony, od wielu lat związany z Kaczyńskim. To taki
        okrągły blondynek średniego wzrostu, który jest prawie zawsze pół
        kroku za Lechem. On cieszy się specjalnymi względami prezydenta i
        jest na dworze ważną postacią. Prawie non stop ma dostęp do ucha
        szefa. A przy układach panujących w pałacu to kluczowa sprawa".

        Wygodny bałagan

        Prezydent wie, że jego otoczenie jest podzielone i nawet mu to
        odpowiada. Gdy nie ma ochoty czegoś robić, zawsze znajdzie się ktoś,
        kto przyzna mu rację.

        Doradca prezydenta:"U Kaczyńskiego dwór wygrał z urzędem. Co to
        znaczy? Zasada jest taka, że w sumie nie liczy się formalnie
        zajmowane stanowisko, ale to, jak blisko szefa się jest. Jak to na
        dworze. Są frakcje i koterie, podjazdowe wojenki, taktyczne sojusze
        i intrygi. Dwór widział przez te dwa i pół roku niejedną rozgrywkę.
        Padali w nich, wydawałoby się, niezniszczalni ministrowie.
        Triumfowali ci, którzy byli prawie zatopieni".

        Wieloletni pracownik Kancelarii Prezydenta: "U Kwaśniewskiego też
        były wojenki i intrygi, ale to nie wydostawało się na zewnątrz.
        Odpowiadał za to Marek Ungier, postać z cienia. Cicho i skutecznie
        trzymał całe towarzystwo za twarz. Dbał, żeby wszyscy grali na
        lidera, czyli Kwaśniewskiego. Nawet jak z prezydentem działo się
        źle, nikt nie pisnął słowa. A Kaczyński nie ma swojego Ungiera. Może
        on nawet nie chce go mieć".

        Znany polityk PiS: "Ta niespójność zaplecza jest dla Lecha wygodna.
        Podam prosty przykład. Michał Kamiński, odpowiedzialny za wizerunek
        prezydenta, namawia szefa, żeby pojechał gdzieś w Polskę i spotkał
        się ze zwykłymi ludźmi. Jeśli Kaczyński nie ma na to ochoty, to
        zawsze w jego otoczeniu znajdą się osoby, które <przekonają go>, że
        ciśnienie jest za niskie, pogoda nie taka jak trzeba i w ogóle
        wyjazd jest bez sensu, bo nie poprawi mu wizerunku".

        Kto straszy prezydenta

        Prezydent lubi tajne kwity i sekretne informacje ze służb. Łatwo
        uwierzy, że ktoś spiskuje przeciw niemu albo jego rodzinie.
        Otoczenie nauczyło się to wykorzystywać.

        Urzędnik, który odszedł z pałacu: "Lech ma problem z podejmowaniem
        decyzji. Długo się zastanawia, dzieli włos na czworo. Wykorzystuje
        to jego najbliższe otoczenie. Mistrzynią pałacowej rozgrywki i jedną
        z najbardziej wpływowych postaci w państwie okazała się Małgorzata
        Bochenek, osoba niemal kompletnie nieznana szerszej publiczności.
        Jej siła nie bierze się z urzędniczej szarży (dopiero od niedawna
        jest sekretarzem stanu), ale z zaufania, jakim obdarza ją prezydent.
        Wcześniej pozycja Bochenkowej nie była tak silna, ale pani minister
        sprytnie <wygryzła> Elżbietę Jakubiak. Jakubiak była najbliższą
        osobą prezydenta. Nawet premier Marcinkiewicz umawiał się z
        Kaczyńskim za jej pośrednictwem. Wtedy, w pierwszym roku
        prezydentury, wpływy Jakubiak były wielkie. Jej gabinet znajdował
        się naprzeciwko pokoju głowy państwa. Bliżej była tylko sekretarka i
        ochrona. Wydawało się jej pozycja jest nienaruszalna. Wydawało
        się... ".

        Znajomy Elżbiety Jakubiak: "Ela poszła na dwutygodniowe zwolnienie
        lekarskie. Po powrocie, jak zwykle, próbowała wejść do gabinetu
        szefa. Ale tam już siedziała minister Bochenek. Prezydent bardzo
        grzecznie przeprosił i powiedział, że omawia właśnie tajne
        dokumenty. Przeżyła to bardzo. Zrozumiała, że traci wpływy.
        Próbowała walczyć, ale sprawę przeciął sam Lech Kaczyński.
        Powiedział swoim współpracownikom: <To jest poza dyskusją,
        Małgorzata Bochenek ma moje zaufanie. Kto się nie może z tym
        pogodzić, ma prawo odejść>. Taki był finał wojny. Ela wkrótce
        odeszła na ministra sportu>".

        Prezydencki minister: "Dziś minister Bochenek to uszy i oczy
        prezydenta. To ona opowiada mu, jak wygląda otaczający świat.
        Opowiada, bo prezydent woli słuchać, niż studiować papiery.
        Oczywiście bzdurą jest twierdzenie, że w ogóle Lech nie czyta
        dokumentów i gazet. Czyta i to sporo, nawet <Przegląd Sportowy>.
        Doradca Lecha Kaczyńskiego: Bochenek jest pierwszym urzędnikiem, z
        którym co rano spotyka się głowa państwa. Sesja zaczyna się około 10
        i trwa godzinę, półtorej. W trakcie spotkania dopraszani są inni
        ministrowie i doradcy, ale pierwsze pół godziny jest zarezerwowane
        dla pani Bochenek. Właśnie wtedy prezydent wysłuchuje tego, co
        napisała o nim prasa polska i zagraniczna oraz dowiaduje się, co
        jest w raportach służb specjalnych".

        Oficer służb specjalnych: "Prezydent lubi tajne i ekskluzywne
        informacje przeznaczone dla niewielu uszu. Dlatego pani Bochenek
        blisko trzymała się i nadal się trzyma z generałem Zbigniewem
        Nowkiem, silnym człowiekiem służb specjalnych, do ni
    • Gość: doangrusza Re: Spiskowa teoria dziejów ? A może rzeczywisto IP: *.iplus.com.pl 20.05.08, 13:39
      Na każdej lekcji, obojętnie jaki jest jej temat, musi paść co
      najmniej kilka aluzji seksualnych. Uczennice, które podobają się
      nauczycielowi, są wzywane do odpowiedzi prawie codziennie. Mogą nic
      nie umieć, a i tak dostają dobre stopnie.
      dalej »





      Kara i przyjemność

      Relacja uczeń-nauczyciel, o ile nie jest obwarowana surowymi
      przepisami kodeksów, kipi od dwuznaczności. Próby nadawania jej
      szlachetności bliskiej ideałom starożytnej Grecji i szkół
      filozoficznych, w których uczeń wzorował się na mistrzu, zawsze lub
      prawie zawsze pobrzmiewały fałszywie. No bo cóż to za mistrz, który
      musi być na czas w domu, bo dzieci płaczą, bo żona się denerwuje, bo
      trzeba odstawić samochód do warsztatu. Polski nauczyciel w
      dzisiejszym systemie edukacji to żałosny frustrat, a nie mistrz.
      Jeśli zaś on sam próbuje ustawiać swoje relacje z uczniami właśnie
      na płaszczyźnie mistrz-uczeń, połowa uczniów jest przekonana, że ich
      wychowawca to gej, który szuka okazji do jakiegoś zbliżenia z jednym
      z nich. Nierzadko ci uczniowie mają rację.

      - Pamiętam mojego matematyka - mówi Piotr - śni mi się po nocach.
      Blady, chudziutki, jakiś taki zielonkawy, a przy tym bestia.
      Potrafił wrzeszczeć tak, że wszyscy truchleli i mieli ochotę wejść
      pod ławki. Nikt nie śmiał się odezwać na lekcji, o tym, żeby się
      powygłupiać, nie było nawet mowy. Człowiek ten w ogóle nie zwracał
      uwagi na dziewczyny. One dla niego nie istniały. Nawet kiedy je
      odpytywał, robił to jakoś tak pobieżnie, chciał, żeby jak
      najszybciej usiadły do swoich ławek i nie zawracały mu głowy. Co
      innego chłopcy. My byliśmy odpytywani solidnie i długo. Każda nasza
      odpowiedź była głośno komentowana i analizowana przez pana - właśnie
      tak kazał do siebie mówić."Jestem waszym panem" - powtarzał. Bałem
      się go okropnie. Kiedy coś przeskrobaliśmy, a karał za najmniejsze
      głupstwo, trzeba było iść z nim do kantorka, tam stał specjalny
      taboret, o który opieraliśmy się rękami, spuszczaliśmy spodnie, a
      pan tłukł nas paskiem po gołych tyłkach. Sapał przy tym tak, jakby
      rąbał dębowe pniaki. Przeżyłem coś takiego dwa razy i nigdy tego nie
      zapomnę. Każdy bardzo się pilnował, żeby tam nie trafić, ale nie
      było to łatwe. To był 75. albo 76. rok i nie było mowy o tym, żeby
      się komuś poskarżyć. Ten facet miał jakieś mocne plecy i każdy się
      bał. Kiedy poszedł w końcu na emeryturę, wszyscy odetchnęliśmy.
      Myślę, że miał nieźle namieszane w tej swojej kościstej głowinie,
      sadystą i pedałem był na pewno, być może miał jeszcze jakieś inne
      inklinacje.

      Defloracja po grecku

      Wśród pedagogów preferujących płeć piękną dominują dwa gatunki
      erotomanów - rubaszny ordynus i podstępny cynik. Ten pierwszy
      przeważnie, choć nie jest to regułą, bywa jowialnym grubaskiem,
      który toczy się szkolnymi korytarzami niczym piłka, zerkając bez
      zażenowania na krótkie kiecki uczennic i komentując co ładniejsze
      buzie i tyłeczki. Z jego strony nie grozi nikomu żadne
      niebezpieczeństwo, nie zamknie się z uczennicą w kantorze i nie
      będzie jej tam molestował, nie zaproponuje zapisania się na
      korepetycje, które będą opłacane miłością francuską. Zresztą, to już
      nie są te czasy, kiedy dyrektorzy szkół wymuszali na młodych
      adeptach zawodu przysięgę, że nie tkną oni żadnej uczennicy przed
      egzaminem maturalnym. Dziś takie sprawy przedostałyby się do mediów
      i kariera nauczyciela erotomana byłaby skończona. Chyba że…

      - Mieliśmy takiego nauczyciela, uczył historii - mówi Ewa. - To, co
      wyprawiał, do dziś stawia mi włosy na głowie. Szczycił się
      znajomością greki. Polegało to na tym, że wypisywał w tym języku na
      tablicy słowa takie jak defloracja, penis itp. - wszystko, co miało
      jakiś związek z seksem. Nie był to miły pan typu rubaszny grubasek,
      był to zimny i wyrachowany amator młodych ciał. Na lekcjach
      zachowywał się okropnie. Do większości uczniów mówił po nazwisku, a
      raczej syczał po nazwisku, bo taki właśnie dźwięk wydobywał się z
      jego ust, kiedy zwracał się do klasy. Do kilku dziewczyn, w tym do
      mnie, zwracał się, używając formy bardziej przyjacielskiej -
      zagadywał po imieniu. Oznaczało to tylko tyle, że chętnie by nas
      wszystkie przeleciał, jeśliby nadarzyła się ku temu okazja. Kiedy
      odpowiadałyśmy, stawał bardzo blisko nas. Do dziś pamiętam jego
      żółte zęby. Obejmował nas za ramię i tak staliśmy - uczennica i
      nauczyciel zwróceni frontem do całej klasy. On się uśmiechał, a
      odpytywana uczennica musiała referować wyznaczony temat. On
      przyciskał nas do siebie, staliśmy, można powiedzieć, biodro w
      biodro. Robi mi się słabo, kiedy o tym pomyślę. Czasem bez ogródek
      mówił, żebyśmy wpadły do niego w sobotę obejrzeć jakieś albumy czy
      coś. Nawet mi to do głowy nie przyszło. Okazało się jednak, że
      przyszło mojej koleżance. I jak myślisz, co się stało? Uwiódł ją i
      porzucił? Sprawa dostała się do lokalnych mediów i faceta wyrzucili
      ze szkoły? Prokuratura się nim zajęła? Nie zgadłeś! Spotkali się
      kilka razy, po czym on poprosił ją, żeby za niego wyszła jeszcze
      przed maturą. No i ona się zgodziła. Mają dziecko i facet chodzi za
      nią posłusznie jak szczeniak, choć jest o ładnych parę lat starszy,
      chyba nawet o dziesięć.

      Erotoman opiekun

      Nie zawsze seksualne upodobania nauczycieli wyrażają się w formach
      drastycznych i budzących sprzeciw. Czasem samotny starszy człowiek,
      który nie potrafił lub nie mógł ułożyć sobie życia osobistego, ma po
      prostu trochę więcej sentymentu do młodzieży. Siada zbyt blisko
      dzieci, kładzie im rękę na ramieniu, przytula się i głaszcze po
      rumianych policzkach. Nikt nie widzi w tym nic złego ani zdrożnego,
      to takie nieszkodliwe dziwactwo samotnika.

      - Takie dziwactwa mają podłoże psychiczne, o którym lepiej milczeć -
      mówi Marta. - Mieliśmy takiego nauczyciela, był bardzo fajnym i
      sympatycznym człowiekiem - świetny facet, dużo wiedział, potrafił to
      przekazać, umiał nawiązać kontakt z uczniami, lubił nas i my
      lubiliśmy jego. Było tylko jedno małe "ale" - miał upodobanie do
      stosowania dziwnych kar fizycznych (to było jakiś czas temu i dziś
      na pewno nie mógłby realizować się w ten sposób) - lubił dawać
      klapsy w pupę. Lekkie i niekrzywdzące klapsy, po których ręka
      zostawała na pośladkach nieco dłużej, tak długo, jak długo trwała
      umoralniająca tyrada, którą ten pan wygłaszał w trakcie karania
      ucznia, nie szczędząc mu przy tym cierpkich uwag i napomnień
      mających wprowadzić karanego na drogę cnoty. Płeć dziecka, któremu
      wymierzał klapsy, nie liczyła się dla niego zupełnie. Fajnie było
      klepać po pupie zarówno dziewczynkę, jak i chłopca. Wspominam tego
      pana miło, bo nie zrobił ani mi, ani nikomu innemu żadnej krzywdy.
      Myślę, że w dzisiejszej szkole zginąłby marnie. Nie dano by mu
      żadnej szansy.

      Panie wolą męskich

      Kryptoseksualne zachowania demonstrowane na lekcjach to nie tylko
      domena nauczycieli płci męskiej. Swój udział mają w tym także
      kobiety. Im są starsze, tym chętniej owe zachowania demonstrują. Nie
      chcemy tu powiedzieć, że nauczycielki są zboczone, uważamy tylko, że
      niektóre z nich lubią prezentować przed uczniami swoje wdzięki w
      sposób bezkompromisowy i zbyt nachalny jak na instytucję, w której
      przyszło im pracować.

      - Czasem wydaje mi się, że przedwojenny zakaz noszenia przez
      nauczycielki sukienek i spódnic przed kolana miał sens - mówi Adam. -
      No bo co to kurcze jest - człowiek przeżywa w wieku 13 lub 14 lat
      burze hormonalne, a tu jedna z drugą paradują po szkole w miniówie
      ledwo zakrywającej tyłek i szczebioczą o jakichś głupotach, jakby
      nie były nauczycielkami, tylko paniusiami z magla. To jest
      odpowiedzialny zawód, nie tylko trzeba uczniów czegoś nauczyć, ale
      trzeba ich także wychować. Jak ma to zrobić niunia, która siada
      przed całą klasą na biurku i zakłada nogę na nogę, a na sobie ma
      tylko ażurową sukienusię niezakrywającą nawet połowy uda? To jest
      deprymujące, to rozprasza i to jest, przepraszam bard
      • Gość: angrusz Re: Spiskowa teoria dziejów ? A może rzeczywisto IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.05.08, 16:47

        Do doangrusza :

        rzeczywiście w wieku - gimnazjalnym seks jest istotnym motywem
        zachowań i ucznia i uczennicy .
        To niestety się zdarza a czasem jest to tak chamsko bezpośrednie (
        zachowanie wobec nauczyciela czy odzywka ) aż zatyka .
        No ale by mnie nie oskarżono .. ( Oh ! o wiele mozna oskarżyc i to
        robią , taka to "emokracja " ) to trzeba jakos temat ominąc no i
        wyjśćz twarzą .
        Ciężkie czasy pod tym względem .
        No ale jesli chce się utrzymac pracęto jakoś trzeba balansować .
        U mnie nie ma lekko - trzeba umiec . Jak ? To już nie mój
        problem .Ja wiedzę wykładam , daję szansę ale jesli ktoś nie chce
        skorzystac i mysli tylko o pośladkach koleżanki która siedzi przed
        ( siedzi w biodrówkach i w stringach ) no to potem ma problemy ze
        mną .
        Jestem do egzaminów poprawkowych przyzwyczajony - wtedy komisja
        widzi tych "geniuszy" i ich wiedzę .
Pełna wersja