bzeebze
04.05.04, 12:31
mam problem, właciwie nie ja, ale to mnie serce boli, bo też mam dziecko.
otóż w rodzinie męża jest dziewczynka (za miesiąc skończy 3 latka) i jej
matka (może tu jest problem, bo to dziecko adoptowane) uważa (a uważa, że na
dzieciach się zna bo z małymi dziećmi pracuje) że dzieci powinny znać swoje
miejsce a trzeba je im pokazywać od początku, bo potem się rozbestwią i na
głowę wejdą i tak dalej, a w/g niej jej córeczka już różki pokazuje -
Chociaż jest fajną dziewczynką, no może trochę zalęknioną i nerwową.
wiele razy przy mnie dawała jej wychowawcze klapsy, wspólny z nimi posiłek to
jedna wielka nerwówa i dla dziecka i dla nas, bo nieładnie, bo dostanieszi
ciągle krzyk, krzyk i krzyk. Wczoraj kiedy dziecko zaczęło płakać (o jakąś
bzdurę jak to dziecko, potem jej wuj-a mój teściu dołożył bo też ją ofuknął,
więc dziecko aż się zanosiło, a matka za karę, że płacze (!) ją pobiła i
zamknęła w altance, kiedy chciałam do niej pójść to jeszcze mi się zebrało,
że mam nie iść a ona ma tam siedzieć póki się nie uspokoi. I teraz nie wiem,
czy sie nie wtrącac bo dziecko niby nie moje, a z drugiej coś się we mnie
buntuje, bo widze krzywde i po prostu brak zrozumienia delikatnej dziecięcej
psychiki, co byście zrobiły?
potem sie przede mną usprawiedliwiała, że mała jest coraz bardziej marudna i
histeryczna, ale myślę sobie, że nawet dorosły stałby się histerykiem przy
takim traktowaniu, a ona jeszcze nie ma 3 lat, i chyba potrzebuje więcej
serca, a kiedy płacze pocieszenia a nie bicia.
pozdrwiam
a tak na marginesie wszyscy dokoła twierdzą, że ona małą naprawdę bardzo kocha