noemi29
21.07.11, 00:40
Nakreślę sytuację:
Szef mojego męża prowadzi biuro przy domu/w domu. W związku z tym mąż kilka razy w ciągu dnia tam wpada i za każdym razem widzi jego dziecko (obecnie dwulatek) przed telewizorem.
Tak jest w zasadzie od urodzenia. Telewizor=niania.
Któregoś dnia w czasie urlopu męża weszliśmy tam razem i usłyszałam taki dialog:
szef do żony: wyłącz w końcu ten telewizor!
żona szefa: nie, nie wyłączę, niech się
przyzwyczaja
No i słowo "przyzwyczaja" jest tu kluczem. Do czego ma się dziecko przyzwyczaić? Do TV? Ale dlaczego? Nie rozumiem toku rozumowania tej Pani, a gnębi mnie to strasznie

Wiem, wiem, to pierdoła i naprawdę mam w życiu poważniejsze problemy, ale mi to siedzi w głowie

nie chodzi o przesiadywanie dziecka przed TV, bo to ich sprawa, ale o tok myślenia, który zaprowadził tą panią do takiego uzasadnienia niechęci wyłączenia odbiornika.
Macie jakieś pomysły?