maliniaq
27.08.05, 15:56
Kochani, może pamiętacie wątek, który założyłam kiedyś opisuący pewną rodzinę
i losy dziecka. Dla tych, którzy nie znają tej historii, w telegraficznym
skrócie: Matka - trochę opóźniona w rozwoju dziewczyna, 31lat (ale można z
nią pogadać, dopiero przy bliższym poznaniu widać, że jest inna), ojciec-
zupełnie porządny, przeciętny chłopak - 34lata. Mieszkają w suterynie domu
matki chłopaka (kiedyś mieszkali na gorze, ale wprowadził się tam brat
chłopaka i oni musieli się wyprowadzić). W ub. roku w sierpniu urodził im się
Synek - Czaruś. W szpitalu dzieciak był zdrowy, wypuszczony do domu w stanie
dobrym (to był wcześniak 2.100 i nie pamiętam długości). Po powrocie do domu
dziecko zostało poddane opiece mamy i babci (nie licząc taty). Nie twierdzę,
że ze złej woli, ale 4 miesiące chłopczyk w ogóle nie był na dworze, w domu
przebywał cały czas w czapce, wdychał czad (bo chyba tak to można nazwać) z
pieca (rodzinka ma 1 pokój i kuchnię, ze względu na dziecko nie otwierali
okna w pokoju gdzie spał Mały za to palili przy nim w cyganku), po kąpaniu
calutki nacierany był spirytusem. U dziecka zaczęły tworzyć się naczyniaki
(najpierw płaskie, teraz są wielkości duuuużej wiśni i jest ich chyba 8, na
głowie, rękach, posladku, nodze, szyjce, karku). Próbowaliśmy rozmawiać z
tymi ludźmi (to znajomi z pracy od męża), ale to trochę zacofani ludzie i nie
dali sobie nic wmówić. W końcu kiedyś w nocy Czarek dostał 40 st.
gorączki.Lekarz odesłał dziecko do szpitala, gdzie spędziło z ojcem 2
miesiące (okazało się, że dzieciak ma niezrośnięty przewód Botaala (nie wiem
jak się to pisze), przeszedł więc operację, ale ciągłe zapalenia oskrzeli i
płuc są ewidentnym wynikiem sytuacji panującej w domu i opieki nam Małym (w
suterynie, zamienionej na "mieszkanie" panuje ciągły chłód, smród i wilgoć)).
W szpitalu jakoś postawiono dziecko "na nogi", ale zlecono badanie
tomograficzne głowy (celem sprawdzenia, czy naczyniaki nie zlokalizowały się
gdzieś na mózgu, bo dziecko nie rozwijało się prawidłowo). Rodzice nie
zgodzili się na to badanie przestraszeni konieczności operacji na głowę (w
razie czego). Lekarze i pielęgniarki trochę odżywili chłopca, zaczęli dawać
mu zupki (Czaruś do 10 miesiąca nie znał smaku innego niż mleko bebiko 1). W
czasie choroby Czarusia matka chłopca zaszła w ciążę. W tym roku 2 tygodnie
temu urodził się Arek - zdrowy duży chłopiec, 3.500 i 57cm.). Cieszyli się,
że choc jedno będzie zdrowe. Warunki mieszkaniowe rodziny znacznie przez ten
rok się pogorszyły, do mieszkania wszedł grzyb, wilgoć, smród, ojciec tylko
pokrywa kolejnymi farbami odlatujące z wilgoci płaty ścian. Czarek troszkę
doszedł do siebie, głównie dlatego, że było lato (w miarę ciepłe i suche i
dziecko większość czasu spędzało na dworze). A Arek... Wczoraj trafił do
szpitala w Łodzi z : zapaleniem płuc, oskrzeli, opon móżgowych i podejrzeniem
sepsy. Najzdrowsze na świecie dziecko... Lekarze nie zawiązali mu jakoś
pępuszka przy porodzie w domu kikut odpadł, i wszystko zaczęło się paprać.
Stąd prawdopodobnie wdało się zakażenie. Rodzice sa załamani, popsuł im się
samochód, nie mogą być z dzieckiem w szpitalu bo to kosztuje, a oni mają na
koncie 20zł. Lekarze mówią, że jeśli nawet uratuje się dziecko, to nie będzie
normalne, ma bardzo silną odmianę zapalenia opon mózgowych.
Ja sama jestem tą sytuacją załamana. Jak pomóc rodzinie??? Ojciec dzieci był
w MOPSiE, przyszła kobitka, zrobiła wywiad i kazała czekać. Pewnie nic z tej
pomocy nie wyjdzie

, bo powiedziała, że oczekujących na pomoc jest duuużo.
Co dalej? Idzie zima, jak będą żyć? Trując czadem siebie i dzieci???
Większość pieniędzy idzie na leki dla starszego chłopca, ojciec spędził z
Czarkiem 2 miesiące w szpitalu, co znacznie uszczupliło ich budżet. Macie
jakieś pomysły, jak pomóc? Napiszę jeszcze na forum oddam/przyjmę, może tam
coś wymyslą, bo ja jestem już głupia. Pozdrawiam wszystkich i dziękuję, że tu
zajrzeliście. Agnieszka.