ibulka
28.08.05, 23:55
Mam problem.
/Dla złośliwych - pisałam, że nie mam, a jednak mam, patrzcie no.../
Chodzi o wakacje. W zeszłym roku, kiedy Julia była mała, a ja w ciąży,
pojechaliśmy nad morze, w dodatku z psem. W tym roku pojechaliśmy nad morze
na 3 tygodnie z psem, niespełna 2-letnią córką i niespełna rocznymi
bliźniakami. W dodatku pociągiem. Julka jechała u męża w nosidle na brzuchu,
Łukasz u mnie, Daria na torbie. I bagaże. I daliśmy radę. Nikt nie zginął,
było ok. Właśnie wróciliśmy z Zakopanego. Byliśmy z trójką dzieci, psem i
teściową. Również z bagażami. I również pociągiem. Poszliśmy do doliny
Kościeliskiej, łaziliśmy po Krupówkach, byliśmy na Gubałówce i wjechaliśmy
kolejką na Kasprowy Wierch. Z dziećmi. Poszliśmy też na skoki narciarskie,
ale już bez dzieci - zostały z teściową.
Kiedy wracaliśmy, jakaś pani powiedziała nam w przedziale, że
jesteśmy 'tyrany i dziwne ludzie, bo takie małe dzieciaki i piesa ciungnimy w
Tatry...'
Ani my nie narzekaliśmy, ani teściowa, ani dzieci. Łaziliśmy w granicach
naszych możliwości. Było bezpiecznie, nikt nie ucierpiał. Po prostu
wyjechaliśmy na wakacje. Czy naprawdę jesteśmy takimi tyranami?
Odpowiedzcie, bo już sama nie wiem i nabieram wątpliwości co do tego, czy za
rok ruszać się z domu dalej, niż nad jeziorko. No bo pociągiem, bo daleko itd.
Czekam na odpowiedzi. Jak ktoś chce mi pojeżdżać za to, że z takimi
maleństwami w góry pojechałam, to może delikatnie...
Pzdr.