on-na
01.07.08, 08:22
Osławiony bunt 2-latka przeszliśmy - mała w wieku 14 m-cy zmieniła
się, jakby ją kto podmienił. Walenie głową o dywan, ryki o byle co,
udawanie, że nie umie chodzić itp.
Przy tym, co nam funduje teraz, to była kaszka z mleczkiem...

W wieku 2 lat poszła do grupy żłobkowej przy przedszkolu (małym, 14
osób w grupie, 2 "ciocie" do pilnowania grupy)i jakoś się po trochu
uspokoiła - rozwinęła się mowa, więcej zaczęła się bawić
samodzielnie. Odetchnęliśmy, że wyszliśmy na prostą. Guzik z tego:
od jakichś 3 miesięcy popołudnia i weekendy z dzieckiem to istne
piekło.
Rano: ryk, że nie che wstawać, nie chce się bierać, nie chce pić,
nie chce jeść, w ogóle niczego nie chce. Dodam, że specjalnie
wstajemy wcześniej, żeby mieć czas na spokojne wstanie i
wyszykowanie się, nie ma pośpiechu. I tak to nic nie daje, bo mała
urządza sceny pt: "nie włożę żadnej z proponowanych sukienek,
żadnych skarpetek", wyrywa z ręki szczotkę i ciska nią przez cały
pokój, usiłuje komenderować, że ubierać będzie tatuś a nie mamusia
(albo na odwrót), słowem - odgrywa małego dyktatora. Oczywiście -
przytrzymujemy rękę, kiedy usiłuje coś rzucić, albo nas uderzyć -
tłumaczymy, że nie wolno, że brzydko, nie zagłębiamy się w zawiłe
tłumaczenia, tylko krótko: "Tak nie wolno, to brzydko, tatusia boli"
karcącym tonem. Jak do słupa...
W przedszkolu - diametralna zmiana, małą uspokaja się już w
samochodzie, do "cioć" biegnie z uśmiechem, bardzo ją chwalą, że
łądnie się rozwija, posłuszna, spełnia ładnie polecenia, nigdy nie
bije czy nie jest złośliwa w stosunku do innych dzieci, po prostu
oczko w głowie wszystkich "cioć", istny aniołek!
Po powrocie do domu - diametralna zmiana (dodam, że nie wraca późno,
tylko o 16tej, przyprowadza ją babcia a ja w pół godziny po jej
powrocie z przedszkola też już jestem w domu i nie zajmuję się
niczym innym, tylko nią). W małą jakby diabeł wstępował: żąda
otwarcia soczku, po łyku odstawia i pluje, żąda otwarcia drugiego,
konsekwentnie odmawiamy - i już jest ryk, tupanie nogami, usiłowanie
wyrywania pudełka z sokiem z rąk i dalej idzie taśmowo: jest
nastawiona anty- na każdą propozycję. NIE pobawi sięw to czy w
tamto, NIE posłucha mzuyki, NIE umyje zębów, NIE pójdzie do kąpieli.
W weekendy udaje, że nie umie chodzić - stoi na środku chodnika,
wrzeszczy: "samochody jadą! weź na rączki!" (dodam, że potrafi tak
stać i wrzeszczeć w PUSTYM garażu), na palcu zabaw wrzeszczy, że
nigdzie nie pójdzie, bo są inne dzieci: "nie chcę dzieciaków! niech
idą sobie!", wstąpienie do sklepu jest niemożliwe, bo zaczyna
domagać się rozmaitych rzeczy, których i tak nie tknie - chodzi po
prostu o spełnienie zachcianki; na spacerze w parku potrafi siąść
pośrodku ścieżki, bić się po twarzy i wrzeszczeć, że nie chce
chodzić, nie chce być z tatusiem, nie chce być z mamusią!
Jesteśmy już u kresu sił, mąż zaczyna przebąkiwać, że nie warto mieć
drugiego dziecka, skoro pierwsze pochłania cały nasz czas i energię;
w weekendy nie sposób odpocząć, prawdę mówiąc mniej zestresowana
czuję się w pracy niż w czasie weekendu z własnym dzieckiem

Mam wrażenie, że mała funduje nam "próbę sił", jej ataki furii
(potrafi wrzeszczeć przez parę godzin, praktycznie non-stop) nas
wykańczają. Przez pewien czas jest jak do rany przyłóż,
obiecuje "będę grzeczna, nie będę krzyczeć, tupać i robić przykrość
mamusi" - za chwilę znowu "powtórka z rozrywki". Wakacje z nią to
był jeden koszmar. Na 14 dni, tylko 4 była względnie spokojna - w
pozostałe nie zliczę, ile razy musieliśmy wynosić wierzgające,
rozhisteryzowane dziecko z restauracji, brodzika dla dzieci,
plaży...
Nie wiem już, co robić... Perswazje nie pomagają, dziadkowie cedzą
przez zęby, że klaps załatwiłby sprawę. Nie wiem, jak dawać sobie
radę na dłuższą metę...