yenna_m
14.01.04, 18:52
Post ten piszę ku przestrodze, mam nadzieję, że Wy przy zatrudnianiu
opiekunki i decydowaniu się na agencje posredniczaca przy zatrudnianiu
opiekunki, będziecie mądrzejsze i spojrzycie na problem szerzej niż my z
mężem spojrzeliśmy.
Ale może od początku.
Potrzebowaliśmy opiekunki.
Bo praca, bo pojawiło się parę możliwości (szansa mego rozwoju zawodowego –
ale tu trzeba byloby w polowie lutego zdac pewien bardzo trudny, zawodowy
egzamin).
Stwierdzilismy, ze szukac będziemy przez agencje – bo tak pewniej,
bezpieczniej, lepiej. Bo gwarancja, ze jak się opiekunka nie spodoba, to
dostaniemy kolejna oferte. Bo w koncu pewnosc, ze trafiaja do nas ludzie z
referencjami.
Uprzejma, wrecz cukierkowa, pani po drugiej stronie telefonu tryskala
energia. "Tak, oczywiście, szybko pani znajde kogos do dwoch chlopców (3
letniego i 14-miesiecznego). Kogos sprawdzonego, z referencjami. Nie musi się
martwic pani ZUSem, podatkami. To już moja sprawa. I pań." – dodala na
koniec. Cena - 50 zl za szukanie (jeśli szukanie zakonczy się fiaskiem) lub
1/2 wynagrodzenia miesiecznego niani. I umowila się z nami na spotkanie.
Przedstawiono nam Panią L. Kobieta prawie 50-letnia, dwoch wnukow (3, 4
lata). Chce pracowac jako niania. Na moje pytanie: "a co z wnukami?" pani
odpowiada, ze dziecmi zajmuje się corka. Agentka potakuje. W razie choroby
opiekunki czy podobnych problemow agencja oczywiście przysle kogos na
zastepstwo, bo wiadomo – oboje z mezem do pracy musimy chodzic – tak nas
zapewnia agentka, usmiechajac się czarujaco.
W sumie interes cud-miod. Szybko znalezlismy sympatyczna pania do naszych
chlopakow. Agentka zas zgarnia prowizje – polowe miesiecznego wynagrodzenia
niani.
Poswiecam ponad 2 tygodnie na zaznajomienie pani L. Z dziecmi, z ich
zwyczajami – nie chce zostawiac ich z osoba, ktorej nie znam, nie chce
zostawiac mieszania z osoba, ktorej nie znam i nie darze jakim-takim
zaufaniem – to chyba zrozumiale.
Wszystko byloby pieknie, gdyby pani L. niespodziewanie dla nas (telefonicznie
ponoc wrecz euforycznie wypowiadala się o pracy u nas, o dzieciach –
traktowalismy ja w koncu jak domownika) nie zrezygnowala z pracy, zaraz po
tym, jak skonczyl się okres gwarancji dawanej przez biuro (czyli prowizja
przepada, ewentualnie buro, ale już z łaską może kogos znalezc do
dzieciakow). Bo corka idzie do pracy i ktos musi się zająć wnukami.
Wiec kolejna opiekunka.
Mloda osoba, znaleziona napredce – prawde mowiac zlecenie narzucone tej
dziewczynie "bo wie pani, jak uslyszalam, jakie to dzieci (od agentki), to
się przerazilam. A tak zle nie jest." – mowi zadowolona i wyraznie zdumiona.
Ale ja naciskam: "jeśli pani nie zdecyduje się zaopiekowac dziecmi, to szkoda
naszego czasu – proszę w ciagu tygodnia podjac decyzje".
Oczywiście tydzien spedzam z dziecmi i opiekunka w domu – powod: jak wyzej.
Jeszcze brak zaufania. Chec poobserwowania opiekunki w pracy.
Ale dziewczyna pod koniec tygodnia mowi "nie, rezygnuje z tej pracy". Jej
prawo. Lubie uczciwe uklady.
Agencja wie od wczoraj (czwartku), ze dziewczyna nie chce pracowac, ze trzeba
szukac zlecenia.
Wiec dzwonie od razu – "poszukamy kogos" – agentka, już nie ociekająca cukrem
mowi do telefonu i szybko zbywa mnie. "O, z pania to szybko pani z agencji
rozmawia – dziwi się dziewczyna – bo zawsze jak się rozgada, to trudno jej
skonczyc". I na odchodnym dodaje jeszcze "Wie pani, prawde mowiac to ja
podziwiam ludzi, którzy decyduja się na opiekunke do dzieci, bo w sumie to
nie wiadomo, komu oddaja w rece swe dzieci na czas swojej nieobecnosci".
Dębieję. I postanawiam się glebiej zastanowic nad slowej mlodej opiekunki ze
sporym doswiadczeniem i wieloma dobrymi referencjami.
Poniedziałek – siedze w dziecmi (dobrze, ze praca taka, ze mogę posiedziec w
tym domu z dziecmi). Agencja milczy. A przeciez obiecywano nam szybkie
zastepstwo, szybkie szukanie kogos, w razie, gdy pojawia się problemy.
Wtorek – mój telefon, zniecierpliwiony – co z opiekunka. "Wie pani, szukam,
ale to trudne, problematyczne zlecenie". Kurde, jakie problematyczne – mysle
w duchu (mimo wszystko jestem duzo i często w domu, wiec opiekunka nie
gotowala, nie sprzatala, nawet ja dzieci jej na spacer ubieralam, jej rola –
tylko pobawic się z dziecmi, zebym miala czas troche się pouczyc, pojsc na
pare godzin do pracy raz na jakis czas

, zebym mogla odsapnac, w koncu
opinia na temat nasz i dzieci była wrecz euforyczna).. I tu poszly mi nerwy
troche

i poprosilam o przestawienie nie jednej, ale kilku pan, bo
chcialabym mieć wreszcie wplyw na to, kto przyjdzie na ten okres probny do
dzieci. "Nikt tego nie chce wziąć, bo dzieci ma pani bardzo zywe" – odpowiada
agentka.
"Niech pani nie przesadza" - tu się irytuje nie na zarty. Zywe owszem, ale
bez przesady... – "w koncu siedzialam z dziecmi pol roku w domu i jakos nie
zwariowalam." – staram się mimo wszystko zartowac.
Dzis (środa) telefon (mój kolejny dzien w domu, z dziecmi) – "postaram się
pani kogos przedstawic. Ale to trudne zlecenie". "Wie pani – odpowiadam – ja
wiem, na czym polega ta trudnosc zlecenia. Po prostu często i duzo jestem w
domu, i opiekunka chcac nie chcac musi się dobrze zajmowac dziecmi – nie może
się wyzyc, nawrzeszczec, czy pic kawy, gdy dzieci będą biegac samopas czy
plakac".
"No bo pani przesadza" – wypala nieuprzejmym tonem agentka – "bo żadna matka
nie zostaje tyle z dziecmi i opiekunką, co pani (2 tygodnie), tylko od razu
oddaje dziecko opiekunce. Bo jak sobie taka opiekunka ma zorganizowac czas,
gdy matka obok?" – pyta retorycznie agentka (powtarzam – opiekunka de facto
ma w obowiazkach zabawe z dziecmi, bo wyzywienie i sprzatanie, nawet po
dzieciach to już ja. – "W koncu to okres gwarancji trwa miesiac i kolejna
opiekunka do pani domu w sumie mnie nie powinna interesowac" – dodaje agentka
wladczym tonem (gdy ja jej sugeruje, ze stracilam dwa miesiace na
poszukiwanie opiekunki, zaplacilam prowizje, egzamin zawodowy za niecaly
miesiac a ja wciąż stoje przed koniecznoscia 2-tygodniowego przeszkalania
kolejnej opiekunki. Czas zmarnowany, z egzaminu nici). "Przesadza pani w tym
emocjonowaniem się. Ale gdyby pani nie było tyle w domu, to może pani L. by
nie odeszla od pani" (nie rozumiem tych insynuacji, w koncu skad te peany na
temat tego, jak pani L. u nas dobrze?). "No ale chyba pani kpi sobie ze
mnie" – puszczaja mi nerwy - "przeciez nie zostawie mieszkania (przeciez
musze jej dac klucze, żeby wyszla na spacer z dziecmi) i dzieci z osoba,
ktorej nie znam. Jaka mam gwarancje co do uczciwosci tych ludzi? Jaka mam
pewnosc, ze nie podrobia kluczy do mieszkania i za pol roku mnie nie
okradna?" "A jaka ja mam pewnosc, ze zaplaci pani opiekunce?" – ripostuje
agentka (kazda opiekunka dostala pensje o czasie)
"Wie pani, w sumie to w tej chwili nie wiem, czy mnie pani nie oszukala.
Dziwne mi się w kontekscie tej rozmowy wydaje to, ze osoba przez pania
proponowana po ponad miesiacu wspolpracy, gdy tylko czas gwaracji uplynal, ni
stad, ni zowad zrezygnowala z pracy u nas".
Tutaj uslyszalam kilka epitetow, dosc kulturalnych

pod moim adresem.
Rzecz telefonicznie stanela na tym, ze rezygnujemy ze zlecenia u tej pani.
I na tym, ze z mezem powaznie rozwazamy mój urlop wychowawczy.
Bo opiekunek mamy dosc.
I nierzetelnych agencji również.
Spisujcie umowy, kochane. Dokladne, przewidujace kazda sytuacje – i
odpowiedzalnosc agencji w razie takiego pogwarancyjnego

poszukiwania
kolejnej niani przez agencje. Bo my, mimo, ze fachowcy, dalismy się zrobic w
konia jak dzieci
Zainteresowanym osobom z Wroclawia mogę mailem (mój mail yenna_m@gazeta.pl)
podac namiar na nierzetelna agen