ollele
02.12.09, 23:25
już od dłuższego czasu zastanawiam się nad rozmową z moim małżem. nazbierało
mi się tego trochę. wkurza mnie jego zachowanie i postępowanie w wielu
kwestiach. zamykam się i nic nie mówię, czekam na rozwój wydarzeń. czuję się
lekceważona przez mojego małża w wielu kwestiach. chociażby przez sposób
rozmowy ze mną, czy odnoszenia się do mnie. reaguje wtedy ale sam fakt
zaistnienia takiej sytuacji jest dla mnie przykry. nie umiem powiedzieć mu
"nie bądź chamem", uważam że to kwestia kultury w traktowaniu ludzi więc jest
to dla mnie poniekąd proszenie się o godne traktowanie. wkurza mnie jego
postawa w stosunku do mojej osoby przy znajomych, i mam tu na myśli jego
koleżanki i pewną grupę ludzi w oczach których on ma być "dobrym mężem". wtedy
traktuje mnie aż przesadnie z szacunkiem, a ci ludzie zazdroszczą mi
(zwłaszcza jego koleżanki) że on taki dobry mąż. tymczasem ja znam zupełnie
inną prawdę, ale nie powiem w gronie znajomych jak wyzywał mnie od najgorszych
kilka dni po porodzie. płakać mi się chce jak przypomina mi się wiele sytuacji
z naszego życia. kiedy to byłam przez niego upokorzona, wyzywana itd. kiedy
muszę dopominać się o najprostsze i oczywiste sprawy.
robię jedną z rzeczy których nie powinnam robić, czytam jego maile i smsy.
dowiaduję się z nich o wielu kontaktach koleżeńskich o których mi nie
wspomina. tak sobie czytam i myślę jak przyjemnie musi czuć się dziewczyna do
której adresuje ciepłe i miłe słowa (wręcz poetyckie), a ja nie miałam
przyjemności ich usłyszeć. i zaraz zadaje sobie pytanie co myśli sobie owa
dziewczyna o mnie, jego żonie, czytające takie wiadomości. czy zazdrości czy
że mam takiego małża czy myśli sobie "o naiwna, nawet nie ma pojęcia co jej
mąż wyprawia", ale ona wcale nie ma zamiaru wycofać się z tych miłych
poczytanek. raz jeden trafiłam na wiadomość od jego koleżanki której to
napisał, że wychodząc za mąż złamała mu serce. ona mu na to, że zawiodła się
na nim bo zawsze uważała go za przyjaciela. mnie osobiście zrobiło się
przykro. nawet jak to było pisane żartem, tak jak te wszystkie wiadomości
pełne poetyckich porównań kierowane do koleżanek. przykro mi dlatego że ja nie
słyszę od niego takich słów. przykro mi bo bardzo często zostawia mnie w domu
z dziećmi i wychodzi sam, angażuje się w harcerstwie, poświęca na to dużo ze
swojego czasu, a pracuje dużo więc nie ma go za wiele. przykro mi, że woli
spędzić czas z obcymi dziećmi i licealistkami aniżeli z rodziną. kiedy
wychodzi z domu do pracy nie całuje mnie na pożegnanie a koleżanki owszem. nie
raz zdarzały się sytuacje kiedy mnie odwiedzała koleżanka, on wchodząc do domu
witał się z nią pocałunkiem a mnie olewał, tak jakby mnie nie było. czy w
takiej sytuacji mam się prosić o pocałunek?! to jedna z tysiąca rzeczy tak
jasnych o których nie powinno się mówić, dla mnie to byłoby żenujące. jak
dzień moich imienin i urodzin mijał jak każdy zwykły dzień, jak mu się
chciało/przypomniało to dzień po usłyszałam suche "wszystkiego najlepszego".
kupiłam sobie bieliznę, taką fajną seksiastą, to usłyszałam że nie takie
rzeczy w życiu widziałem. to odebrało mi chęć założenia tej bielizny. nie ma
wspólnych wakacji, nie ma wspólnych wyjść, nie ma wspólnego kina/teatru, nie
ma wspólnych imprez, nie ma wspólnych spacerów, nie ma wielu wspólnych
przyjemności jakie robiliśmy nim wzięliśmy ślub. to co widzę głównie to jego
gapiącego się w tv. to ja pracuję z dziećmi i je wychowuję. on nie jest w
stanie wygospodarować nawet jednej stałej godziny raz na tydzień by iść z
dzieckiem na zajęcia dodatkowe. natomiast w towarzystwie jest pierwszy do
opowiadania o atutach swoich dzieci, tyle że zapomina już wspomnieć że to moja
praca. spacery z dziećmi to jakaś utopia. nigdy nie poszedł z młodszym na
spacer. aż boję się myśleć co to będzie jak wrócę do pracy, wtedy do
wszystkich obowiązków jakie mam dojedzie mi jeszcze praca. zapewne sobie jakoś
poradzę, nie jestem sama jedyna w takiej sytuacji. tak sobie myślę czy nie
lepiej by mi było być samej. wtedy nie żyłabym złudzeniem że mąż mi pomoże,
jak wróci z pracy. bo często jest tak że wraca i od razu wychodzi. jak wyrażę
delikatnie swoje niezadowolenie, mówi że jeśli chcę to on może nie iść. i
wtedy scenariusz dalej jest taki, że siada przez tv i gapi się zahipnotyzowany
a ja i tak nie mogę na niego liczyć. coraz częściej zaczynam woleć jak nie ma
go w domu, wtedy mam mieszkanie dla siebie i dzieci. mogę z nimi jakoś fajnie
spędzić czas, ale są dni że poprostu mam ich dość i potrzebuję by mąż mi
pomógł. jak uda mi się tak sprowadzić sytuację by ona czynnie uczestniczył w
życiu domowych chociaż czasami to ja i tak nie mogę się wyłączyć bo zadaje mi
setki pytań; gdzie są piżamki, gdzie jest mleko i płatki. i rzygać mi się chce
że facet taki niezorientowany. mieszka w domu i nie ma pojęcia co gdzie. to ja
załatwiam większość naszych wspólnych spraw. on zajmuje się: sprawami wokół
domu i ogrodem, samochodami, czasem wykąpie dzieci (ale to co zostaje po
kąpieli w łazience już zostawia), no i wnosi zakupy które zrobię. i ma jeszcze
jedną cechę która bardzo podoba się znajomym, mianowicie pomaga i załatwia
wiele rzeczy znajomym. kosztem czasu spędzanego ze swoją rodziną. i mogłabym
tak jeszcze pisać i pisać, ale mam dość.
uprzedzam sugestie o zdradzie; otóż nie zdradza mnie fizycznie, jednak ja
czuję się zdradzona emocjonalnie, i oszukana. a jestem z nim dlatego że mi tak
wygodnie, nie czepia się mnie, mam całkowicie wolną rękę i nie muszę mu się
tłumaczyć gdzie byłam, chcę to wychodzę, jednak on bardzo rzadko zostaje z
dziećmi tak bym ja mogła wyjść sama. nie tłumaczę się z wielu spraw bo nie
pyta, rzadko sobie gadamy tak jak kiedyś. tyle, że tak naprawdę czuję się
oszukana. jednak jak o tym nie myślę na co dzień, to tak sobie trwam
zawieszona w nicości.