i_love_my_babies
20.12.09, 17:06
... bo się wykosztowała na notariusza!
Jakiś czas temu pisałam o teściowej i jej zachowaniu na chrzcinach.
Tym razem przeszła samą siebie.
Mój mąż chciał pojechać do rodziców na święta, więc mieliśmy jechać
w drugi dzień. Przy okazji zobaczyć się z resztą rodziny, kuzynami,
ciociami, babcią.
Ale że teściowa na miesiąc przed świętami zamilkła jak zaczarowana,
już czułam co się swięci i uprzedziłam go, że mama się nie odzywa
więc pewnie nie pojedziemy.
W końcu sam zadzwonił i usłyszał, że nie ma sensu abyśmy jechali w
TAKĄ POGODĘ! (dodam, że samochód mamy dobry, duży, ciepły,
bezpieczny)
Potem zadzwoniła do mnie i się wygadała, że się wykosztowała!
I czekała, aż ją zaproszę oczywiście (ale że przy moim półroczniaku
nie mam czasu po tyłku się podrapać to świąt w tym roku nie robię)
W ubiegłym roku zaprosiłam ich do nas, bo byłam w ciąży, nie czułam
się za dobrze, nie chciałam jechać dłużej samochodem.
Jest silną, zdrową kobietą, razem z teścim siedzą w domu na
emeryturze. Kasę mają, bo planują remont.
Dzieci pooddychałyby sobie świeżym górskim powietrzem,
wyskoczylibyśmy sobie na narty, sanki...
Jestem tak "zrąbana" opieką nad dziećmi i całym domem na głowie, że
naprawdę chętnie bym się oderwała, odpoczęła...
No i tak zastanawiam się, czy zaproszenie nas na święta wymaga nie
wiadomo jakich nakładów finansowych? czy całe koryto trzeba przed
nami postawić?
No i dzieciom wypadałoby jakiś prezent kupić...
A tak, napili by się, najedli, i resztę do domu jeszcze zabrali.
Ale tym razem powiedziałam NIE!
Ehh, tak się chciałam wygadać, już mi lżej trochę...
A najbardziej to męża mi szkoda.