ipola
23.12.09, 12:32
Nerwowy okres w pracy, bardzo wyczerpujący psychicznie. Atmosfery Świąt nie
czuję w ogóle. Od dwóch tygodni wracam do domu wieczorami kompletnie padnięta.
Wcześniej byłam dość długo chora, nie mogłam dojść do siebie, byłam słaba,
wyczerpana.
Wczoraj udało mi się ubrać choinkę, ale mnóstwo roboty jeszcze przede mną, nie
mam ani chęci, ani sił.
Od jakiegoś czasu patrzę na mojego męża i staje się on dla mnie coraz bardziej
obojętny. Nie mam ochoty okazywać mu czułości, jestem wręcz chłodna i niemiła.
Gotuje się we mnie, kiedy zwraca się do dzieci tonem rozkazu, pretensji lub
wręcz krzykiem. W inny sposób właściwie wcale. Dzieci czekają na mój powrót z
pracy, witają mnie w drzwiach, ściskają, oczekują uwagi. Kiedy mąż nakrzyczał
bez powodu na młodszą córkę (4 latka), strasznie się rozpłakała, wtuliła we
mnie i przez łzy powiedziała: nie lubię taty, nakrzyczał na mnie, tylko ciebie
lubię. I był to płacz pełen żalu i bólu. Zajmowanie się dziećmi to w jego
wydaniu podanie jedzenia, zaprowadzenie do przedszkola itp. Niczego ich nie
uczy, niczego nie robią wspólnie. Cały proces wychowawczy spoczywa na mnie,
wszystkie troski dziecięce, wspólne zabawy, odrabianie lekcji, dawanie
poczucia bezpieczeństwa i miłości. Jest mi z tym ciężko, bo czasem zwyczajnie
nie mam sił. Kocham dzieci ponad wszystko na świecie, one to wiedzą. Martwi
mnie brak obecność ojca w ich życiu. Takiej prawdziwej obecności, nie tylko
mieszkania razem.
Czasem patrzę na niego i aż boję się własnych myśli.
Owszem, zrobi zakupy, obiad, ale ma dużo więcej czasu niż ja, więc to chyba
nic nadzwyczajnego, skoro ja pracuję do wieczora.
I taki żal i smutek ogarnął mnie przed Świętami. Biegam po pracy za
prezentami, załatwiam różne sprawy, po powrocie do domu jestem dla dzieci,
razem ubieramy choinkę, pieczemy ciasta, czytamy książki na dobranoc, śpiewamy
kolędy. I tylko jego w tym wszystkim nie ma.
Zastanawiam się nad sensem tego małżeństwa.