ola_motocyklistka
29.01.10, 21:55
Na wstępie zaznaczam, że to co napiszę nie stanowi dla mnie problemu, który
spędza mi sen z powiek. Mam sporo innych, bardziej poważnych. Tak mnie to
zastanawia, po prostu.
Zaznaczam, że mój stosunek do teściowej jest na dystans, wszelkie jej rady
wpuszczam jednym uchem a wypuszczam drugim, jej pewne zachowania ignoruję, do
pewnych staram się nie prowokować, a w przypadku glupich zagrywek-mowię
stanowcze nie.
Teściowa mieszka bardzo blisko przychodni-widzi ją z balkonu. Ja mieszkam w
dzielnicy obok.
Jak to w przychodni żeby dostać się do lekarz potrzebny jest numerek.
Najlepiej jest jak stoi się po ten numerek 0 8-mej.
Przy ostatnich zawirowaniach zdrowotnych strszej no i młodszego, który
dolączył-jestem tam dość często. Zawsze staram się sama albo mąż dostać ten
numerek, ale w przypadkach nagłych ( tak jak wcozraj-dzwonię do teściowej aby
mnie umówiła na wizytę).
Umówiła mnie. Podjechaliśmy z mężem i dzieciakami. Przed wyjściem z samochodu
mówię do męża: Ciekawe czy twoja mama dzisiaj będzie pod gabinetem? O ile się
zakładamy?
Poszłam do przychodni-rozglądam się, nie ma jej. Uff...Ale pewnie będzie zaraz
dzwonić.
Po pewnych zawirowaniach z kartą córy-stałam pod jednym gabinetem, a w innym
była karta-w końcu weszłyśmy do gabinetu innego niż byłyśmy umówione.
Diagnoza-szkarlatyna.
Wychodzę z gabinetu-oczywiście siedzi już pod nim moja teściowa. Zabrała mi
dziecko na ręce i chciała je wynieść z przychodni nie rękach. Śmieję się już
pod nosem. Odprowadziła nas do samochodu i poszła do domu. Mąż mówił, że
zauważył, że stała na balkonie i patrzyła kiedy podjeżdżamy. Jak nas
zauważyla-przyleciała.
Jeżeli tylko wie, że mamy wizytę-natychmiast jest pod przychodnią. Jeżeli nie
może przyjść-dzwoni. Dzwoni tak długo aż odbiorę. (czasami nie mam ochoty z
nią gadać to dzwoni, dzwoni. Jak naprawdę się zaprę i nie odbieram-dzwoni do
męża, który musi do mnie zdzwonić, abym to ja do niej oddzwoniła). Dom wariatów.
Jeżeli wie, że córka ma w przedszkolu uroczystość-wymaluje się i leci do
przedszkola i stoi pod przedszkolem i czeka na nas. Tak samo było np. na
pasowaniu na przedszkolaka. Akurat o tej godzinie, kiedy moja miała
posowanie-miała jelitówkę i jej stan na tyle się pogorszył, że zamiast na
pasowanie jechalam do przychodni. Zauważyła mój samo0chód na światłach
(czekała na nas) Powiedziałam jej że córka jest w kiepskim stanie i jadę do
lekarza. Poleciała za nszym samochodem do przychodni.
Staram się aby nie znała jakichś dat, godzin bo plącze się nam pod nogami .
Czy to jest troska? Chęć kontroli?
Dla mnie to nie jest troska, to jest głęboka ingerencja w nasze sprawy.
Zawsze przecież mogę w mojej wolnej chwili przekazać jej stan zdrowia dziecka.
Zawsze pokazuję jej zdjęcia z uroczystości.
Sytuacja z przychodnią trwa od zawsze. Zwracałam jej uwagę, że sobie
poradzimy, że nie potrzebuję całej rodziny dla córki przy wizycie u lekarza.
Nie dociera-więc nie reaguje, bo widzę że nie ma sensu. Nie będę się szarpać,
kłócić bo to nic nie da, więc ignoruję.
Czy wy też tak macie?
Jak uważacie? zgadzacie się ze mną?
Ja uważam, że przekracza swoje granice i się narzuca.
Gdzie są te granice troski o wnuki?