foczkaka
14.06.10, 22:09
Wiecie, zawsze byłam przekonana, że będę miała dzieci, dużo i szybko, tyle na
ile tylko będzie mnie stać (3, 4, może 5). Ale też nie przeżyłam do tej pory
żadnego halo na dziecko. Myślałam po prostu: przyjdzie czas to będzie. Na
luzie. Z mężem ustaliliśmy starania na jakiś nieokreślony czas po ślubie. Po
ślubie jest już ponad rok, a macierzyństwo oddala się coraz bardziej.
Do pewnego czasu myślałam tak: z jednej strony zaczekam jeszcze z rok, z
drugiej hmm... może by już tak zacząć się starać. Nie mogąc się tak w stu
procentach zdecydować, odstawiliśmy antykoncepcję licząc na "szczesliwy traf".
Ale jakoś nic z tego nie wychodzi. Mam problemy hormonalne, bez wspomagania
lekami nie mam okresu całymi miesiącami. Wiem, może powinnam bardziej o to
zadbać, pochodzić po lekarzach. Ale... szczerze mówiąc wolałąbym, żeby mnie
ktoś postawił mnie przed faktem dokonanym, żeby dziecko po prostu przyszło i
żebym nie musiała się decydować.
Jakoś tak coraz trudniej się zdecydować. Finansowo jest nam trochę trudno. Na
głowie nowe mieszkanie i kredyt. Do tego z mężem przeżywamy akurat jakąś fazę
docierania się, czy nie wiem czego. Niby nic poważnego, myślę że się dogadamy,
ale w tej sytuacji sprowadzać na świat istotkę od której będę zależna - nie
widzi mi się to.
No i na koniec zupełnie nowe uczucia: gdy sobie pomyślę że mogłabym nie móc
mieć dzieci, ze wcale nie wiem czy mogę, że piętrzą się problemy tak
zdrowotne, materialne, jak i związkowe to... tak mi strasznie przykro

Gadam
sobie wtedy do tego dziecka, co go jeszcze nie ma "Natalko tęsknię za Tobą"
albo coś w tym stylu. I dziwię się bardzo temu co czuję. Ja jestem z tych
racjonalnie myślących. Nie było mowy o żadnych fasolkach, dzidziach i
bejbikach do tej pory, a teraz mnie takie coś dopada.
Sama nie wiem, czego to piszę wszystko, może mnie ktoś uświadomi że wcale nie
muszę mieć dziecka, że będę spełniona bez niego.
Tak sie tylko chciałąm wygadać