o.el
15.06.10, 10:23
Szukam pocieszenia, niebardzo mam sie komu wygadac. Bylam z nim 9
lat, raz gorzej raz zle, ale te ostatnie 5 miesiecy to byla
katastrofa. Mamy dwuletniego synka, mieszkalismy razem od 3 lat. W
niedziele spakowalam sie i wynioslam do rodzicow. Powod? Brak
szacunku, jego skapstwo, nieliczenie sie z moim zdaniem, zadnych
decyzji nie podejmowal ze mna tylko ze swoim bratem albo rodzicami.
Ja bylam tylko od opiekowania sie dzieckiem, gotowania i sprzatania.
W ogole to wedlug niego powinnam codziennie dziekowac ze mnie
utrzymywal, dawal jesc itp. Na wlasne wydatki oczywiscie nie dawal,
bo ja przeciez nic nie potrzebuje. Ostatnio doszlo wyzywanie mnie
przy wszystkich, kazanie mi "spierd...". A na drugi dzien jak gdyby
nigdy nic. Podejrzewam ze byl tak pewny tego ze go nigdy nie
zostawie, ze robil sobie co chcial. Wychodzil kiedy chcial i gdzie
chcial i robil co chcial. Wracanie o 5 rano z barow to norma. Gdy ja
chcialam gdzies wyjsc to bylo wielkie obrazanie sie i utrudnianie mi
tego. Nie moglam miec zadnego kolegi, bo z kazdym na pewno sie
je.....
Za to ojcem jest super. Tutaj nie mam nic do zarzucenia. Teraz gdy
juz z nim nie jestem, zaczynam miec watpliwosci. Bardzo bym nie
chciala do niego wrocic, wizja takiego zycia przez cale zycie mi nie
odpowiada. Ale kocham go niestety, jest ojcem mojego dziecka. Wiem,
ze za jakis czas zacznie mnie przepraszam i prosic zebym do niego
wrocila i wlasnie boje sie o to ze ulegne po raz kolejny
Rodzice chca mi kupic mieszkanie, od wrzesnia ide do pracy do
szkoly. Syn dostal sie do zlobka, wiec raczej nie bedzie tak zle.
Ale wiem, ze bede musiala sie z nim kontaktowac w sprawie dziecka i
to mnie najbardziej przeraza. Wolalabym go wymazac z zycia, ale tak
sie nie da