jesiennadepresja
31.07.10, 14:32
Wątek pewnie na inne forum, ale to chętniej podczytuje.
Małżeństwo z 10-letnim stażem, oboje po 30-stce. Bezdzietni.
Mój mąż nie lubi zmian. Żadnych.
Od kilku lat ma tę samą pracę, kiepsko płatną (ledwie 1500 zł netto). Bez szans na awans, bez szans na poprawę sytuacji materialnej, ogłupiającą i kiepską. Pracuje 10 h dziennie plus 6h w soboty. Nie zmieni jej bo:
-inni zarabiają mniej
-jest na miejscu
-miewał gorsze
-czuje się w niej ok, tzn.nie ma w niej nowości, które by go zaskoczyły i do których by musiał się dostosować.
Ja przez ten czas 6-krotnie zmieniałam pracę, zawsze na lepsze warunki finansowe. Trzykrotnie musiałam się przekwalifikować. Aktualnie dojeżdżam do pracy 60 km w jedną stronę, ale nie narzekam. Praca rozwojowa, dostosowana do moich możliwości intelektualnych i predyspozycji. Otwarta ścieżka kariery. Właśnie dostałam kolejny awans i kolejna podwyżkę. Wspaniały zespół, świetni ludzie.
Mieszkamy niestety z moją mamą, on nie chce na swoje. Mieszkanie duże 5-pojowe, 3 do naszej dyspozycji. Ja pragnę własnego. Mężowi dobrze jak jest. Twierdzi, że nie, po co... nie chce kredytu... z resztą na niego czeka domek (jest jedynakiem i testament stoi na niego). Ale do chole*y to nie jest domek po pradziadkach czy babci, który dostanie za X lat. Tylko rodziców którzy są ledwie 50-stce.
Dzieci nie mamy. On nie jest jeszcze gotowy. Chociaż ja czasem świruje i jak nikt nie widzi kupuję dziecięce ubranka i gadżety, a potem rozdaje koleżankom w prezencie jak urodzą.
Czasem ma lepsze dni i mówi, że może jednak spróbujemy i postaramy się o dziecko, ale zapał mu szybko mija i z ulgą reaguje na negatywny test ciążowy.
Wakacje. Wyjeżdżamy jedynie na weekend, ale okupione to jest moją kilkumiesięczną walką. On nie potrzebuje, twierdzi, że inni nie jeżdżą i żyją. Strata pieniędzy i czasu. Jak on ma urlop to chce w domu odpocząc, a nie się szwędać po obcych miejsach. Nie lubi zmian miejsca.
Remonty. Ostatni 8 lat temu. Dla niego wszystko jest ok. Przecież działa, przecież jeszcze dobrze wygląda. Ja jak zwykle wymyślam. Przestawienie kanapy i biurka dwa lata temu, do dziś mi wypomina. Jemu nie pasuje, jest źle. On się przyzwyczaił do starego ułożenia.
Wspólny czas. Nie spędzamy go razem. Mąż czas wolny spędza z rodzicami. Po pracy jedzie do rodziców porozmawiać, wypić z ojcem piwo. W sobotę po pracy jedzie do rodziców, wraca koło 19 i zasiada do grania na playstation, bo musi odreagować tydzień w pracy. W niedziele chodzi do nich na obiad w południe i wraca wieczorem.
Ja czas spędzam z rodziną i przyjaciółmi.
Przyjaciele. On ich nie posiada. Miał jednego ale wyjechał za granicę. Nie utrzymuje z nikim kontaktów. Nie chodzi do baru. Mecze ogląda ze mną.
Ja typ łatwo nawiązujący kontakty. 5 przyjaciółek bardzo bliskich z wieloletnim stażem i wielu znajomych. Zawsze mam z kim spędzić czas. Ciągle z kimś smsuje, koresponduje, wymieniam meile, spotykam się. On nie lubi ze mną chodzić, bo nikogo nie lubi, wszyscy to głupki-w jego mniemaniu.
Dla mnie jest stetryczały. Nic go nie pasjonuje, nie ma hobby, przyjaciół. Nie cierpi zmian. I zastanawiam się czy to ja za dużo wymagam, czy on za mało od siebie daje. Czasem wydaje mi się, że jestem zbyt czepialska, za wiele oczekuję. Ale później porozmawiam ze znajomymi na zupełnie obojętny temat i przychodzi refleksja, że to z naszym związkiem jest coś nie tak.
Jak uważacie mam prawo oczekiwać czegoś więcej? Czy może sama miłość wystarczy, a wszystko wokół jest tylko marną otoczką? Może jestem płytka ale lubie posiadać, mieć... zarówno pięknie wyremontowane mieszkanie, jak i zdjęcia z wakacji. A w tym układzie nie mam na to szans.