pedzikolko
07.08.10, 14:45
Często czytam to forum i chciałabym prosić o radę co mogę zrobić ze swoją nieasertywnością, której nienawidzę i za którą siebie nienawidzę. Problem jest tym gorszy, że stopniowo zaczynam też nienawidzieć i osób wykonujących zawód pn. psycholog. Ostatni psycholog, z którym miałam kontakt i od progu mówię, że jestem nieasertywna, mnożę przykłady, odznaczył się min. włażeniem nieproszony kaloszami w życie intymne, zaproponowanie (wiedząc, że biorę środki antydepresyjne) z luzacką miną, czemu sobie czasem kielicha nie strzelę oraz wyciągnięciem mi z kieszeni 2,500 PLN przez pół roku po czym poległam nieasertywnością właśnie podczas rozmowy w pracy, w nowej pracy, a od początku wiedział, że o nieasertywność chodzi co zresztą widać było. Poprzedni psychologowie też raczej nie odznaczyli się wzmacnianiem poczucia własnej wartości.
To co mi impuls dało do napisania tego postu, to kolejne, tysięczne zdarzenie za które mam ochotę się pogryźć.
Wśród kolegów w klasie mojego syna jest taki jeden chłopiec (dwa razy większy od mojego syna - taki wyrośnięty) i raz zaprosiła mojego syna jego mama do nich na działkę. Ja się zgodziłam, wieczorem dziecko przyjeżdża z obtartą skórą pod okiem. Mama tłumaczy mi coś, że się potknął (mój syn słucha i nie protestuje - on jest kolejny nieasertywny), ja muszę się zgodzić, że jest jak jest, żegnamy się. Po ok. 3 - 4 tygodniach jesteśmy u innego kolegi. Kolega chciałby się bić na kije, ale mój syn odmawia i mówi, że bił się z innym kolegą na kije i dostał pod okiem (orientuję się, że chodziło o tamto). Dopiero po 2 dniach dochodzi do mnie to i mam ochotę tamtej pani nogi z d.... powyrywać, a przynajmniej zażądać wyjaśnień. Dzisiaj dzwoni do mnie ta pani (nic nie wiedząc, że ja wiem, jak to było) i pyta, czy mój syn nie miałby ochoty do niej na działkę przyjechać, a ja mówię, że go nie ma w domu (bo nie ma) i NIC JEJ NIE MÓWIĘ!!!. Czasem mam ochotę się zabić.
Jak był na koloniach było podobnie. Pytam się opiekunki jego grupy czy nie ma wysypki - nie nie ma wysypki. Przyjeżdżam (bo przyjechałam ostatniego dnia po niego, bo bardzo prosił) wysypka na całym brzuchu. Znowu, siedzę cicho nie wyskakuję z pretensjami do opiekunki (choćby za to, że albo niedowidzi, albo łgała nie wiadomo po co), bo ostatni dzień, bo to bo śmo.
Nie zawsze taka jestem, ale nieasertywność przydarza mi się na tyle często, że rujnuje mi życie. W żadnego psychologa już nie wierzę.
Czy zdarzało się Wam być nieasertywnym i co na to pomaga?