mala-mila
23.08.10, 12:07
Witajcie. Potrzebuję opinii kogoś "z zewnątrz". Z góry uprzedzam że post
będzie długi.
Mój starszy syn ma 4 lata. Chodzi do przedszkola, ale chwilowo mamy wakacje.
Ja jestem na macierzyńskim więc wakacje spędzamy wspólnie - mąż zmieniał
pracęi nie dostał urlopu, więc ja staram się zająć jakoś czas. Wyjeżdżamy na
weekendy, w tygodniu w miarę możliwości nad jezioro, żeby się tylko wykąpać.
Mamy działkę niedaleko mieszkania i tam młody ma swój raj - wielki basen,
trampolinę, domek na drzewie itp. Niedaleko działki mieszka kolega synka. Tzn.
właściwie pomieszkuje u babci, ale dosłownie całe wakacje (poza tygodniowym
wyjazdem do Zakopanego) spędza właśnie tam, razem z siostrą. Matka tego
chłopca jest pielęgniarką wiec pracuje czasem cały dzień, czasem w nocy. Tata
wyjechał za granicę do pracy. Chłopiec ten ma 7 lat. Mój synek bardzo go lubi,
zresztą, z wzajemnością, szczerze mówiąc kiedy chłopaki bawią się razem to mam
z głowy jedno dziecko na prawie cały dzień

Piszę prawie, bo mój syn jest z
serii tych wrażliwych i uczuciowych, musi wiedzieć że ja jestem gdzieś obok,
najlepiej żebym była w zasięgu wzroku. Kolega natomiast jest bardziej
wyluzowany, jego babcia zresztą też. Chłopiec przychodzi do nas rano -
powiedzmy o 8. Przychodzi głodny bo - jak mówi - babcia rano nie zdążyła iść
do sklepu. Robię więc śniadanie dla nas i dla niego, przecież nawet jak mam
jeden jogurt to podzielę go na pół. Potem chłopaki bawią się zgodnie, w
międzyczasie przychodzą raz jeden raz drugi : PIĆ MI SIĘ CHCE. To słowa
kolegi, bo moje dziecko nauczone jest że mówi się poproszę pić. CHCĘ JEŚC - to
również słowa kolegi, moje dziecko o jedzenie raczej się samo nie dopomina
(chyba że chodzi o coś słodkiego

. Więc kolejny raz zwracam uwagę na formę
wypowiedzi - poproszę - i robię im coś do jedzenia, może przy okazji mój
niejadek coś zje... Przychodzi pora obiadu, oczywiście zamiast 3 porcji robię
4, bo kolega w dalszym ciągu jest u nas. Przed kolacją już karzę iść koledze
do babci, bo jak mu nie powiem że jest późno to zostałby na noc. Od czerwca
kolega przyszedł do nas 1 raz z "czymś" swoim - było to kilka chrupek
wworeczku, które od razu po przyjściu zjadł w kącie (na wypadek gdyby ktoś inny
chciał go uprzedzić...). Kilka razy zabierałam go nad jezioro. Kiedyś akurat
była jego mama i kiedy kazałam mu iść po kąpielówki i ręcznik to przyszedł po
minucie i powiedział że mama kazała żeby ktoś do niej przyszedł i powiedział
że będzie mnie pilnował. Chciałam już powiedzieć że pojedziemy sami, ale w
końcu i moje dziecko chciało jechać z kolegą więc kazałam mamie przyjść do nas
jeśli coś chce. Przyszła z wielką łaską, przyprowadziła też swoją 3letnią
córkę czy jej również nie chcemy zabrać! Wczoraj się we mnie aż zagotowało, po
południu zbierało się na burzę, więc zrobiliśmy szybko grilla (oczywiście
kolega jadł z nami) i poszliśmy do mieszkania. Po kilku minutach dosłownie
zrobiło się ciemno i zaczęło lać a z oddali słychać było burzę. Pytam więc
chłopca czy zna numer do babci, żeby może przyszła po niego. Niestety nie, nie
znał też numeru do mamy, do nikogo. Dzwoniłam więc po znajomych/sąsiadach, w
końcu zdobyłam numer i zadzwoniłam z prośbą żeby ktoś przyszedł po dziecko bo
pada i grzmi. Przecież sam trafi i burzy się nie boi - to słowa babci.
Wysłałam więc chłopca samego (sama stałam na balkonie i sprawdzałam czy
idzie). I wieczorem z mężem postanowiliśmy że czas coś z tym zrobić. Nie dość
że to dziecko nie ma żadnej opieki, że nikt nie interesuje się czy ma co jeść
i pić, że jest brudne (kiedy rozłożyliśmy namioty na działce to chłopiec 3 dni
spał tam i się nie mył wcale...) i zaniedbane. Daleka jestem od wydzielania
jedzenia, zwłaszcza dzieciom, ale to chyba nie jest taki wielki problem kupić
raz na czas karton soku czy paczkę ciastek i dać dziecku, które idzie na całe
dnie do kolegi? Ten chłopiec potrafi iść sam do lodówki i wyjąć np.
actimelka,bo nigdy nie pił, albo kiedy na stole stoi paczka ciastek przychodzi
po jedno tak długo aż zje wszystkie. Nie przeszkadzało mi to ale ostatnio
czuję się normalnie wykorzystywana. Babcia chłopca jest biedna, wiem że żyje z
renty i utrzymuje prawie 30letniego syna, który pracy nie może znaleźć (za to
na piwo i papierosy mają oboje...). Matka odwozi dzieci do babci i nawet
rzeczy czystych jej nie zostawia (wiem bo babcia kiedyś szła do lumpeksu po
czyste majtki dla wnuków...) bo babcia powinna się sama o to zatroszczyć. Za
to mają 2 samochody, motor, w zimie na wakacjach byli w Egipcie. Coś w stylu
zastaw się a pokaż... Dzieci są wg. mnie bardzo zaniedbane, ten chłopiec ma
okropną wadę wymowy, brzydkie nawyki, widac po nim że jest pozostawiony sam
sobie. Jego ręce czasem są tak brudne że boję się o jakieś choroby, każę mu
się myć zawsze zaraz po przyjściu do nas.
Myślę że czas najwyższy żeby komuś zwrócić uwagę, tylko nie bardzo wiem komu -
babci - matce? Babcia jest prosta, jej jedyną rozrywką jest plotkowanie na
temat sąsiadów i rodziny. Wiem że jeśli powiem jej na przykład że powinna
pilnować dzieci to nie dość że nic z tym nie zrobi to jeszcze uzna mnie za
wyniosłą gó...arę która miała czelność zwrócić jej uwagę. Matka natomiast ma
to zupełnie głęboko w poważaniu, kiedyś przez płot wołała synka żeby przyszedł
do niej to on nawet głowy nie podniósł tylko krzyknął że nie idzie. A ona
pojechała. Sytuacja jest patologiczna, żal mi tego dziecka i tylko dlatego
zgadzam się żeby przychodził do nas, ale chyba po prostu mam dość.
Wiem że wakacje się kończą ,ale będą wakacje, święta i sytuacja na pewno się
powtórzy...
Co byście zrobiły na moim miejscu?