falka32
04.09.10, 21:19
Bo wszyscy mówią, że są. To jest swego rodzaju dogmat. Taki komunikat odbieram
zewsząd - z porad autorytetów od wychowania, od małżeństwa, od rodziny ze
starszego pokolenia, z gazet. Wspólnie zasiadamy do stołu i to jest święta
chwila dnia. Rodziny, gdzie każdy je osobno i chyłkiem, to rodziny ryzykujące
rozbicie więzi. Dzieci trzeba uczyć siadania do wspólnych posiłków, bo to ważne.
Czy umiecie mi wytłumaczyć, dlaczego? Tak jak jakiemuś kosmicie?
Ja jakoś tego nie czuję. Wspólne posiłki kojarzą mi się z wymuszonym
uczestnictwem (siadajcie! gdzie jesteście! stygnie! czekamy na ciebie! skończ
już to gadanie przez telefon! to po co ja gotowałam!!!"), są dla mnie męczące,
bo czasem muszę jeść wtedy, kiedy nie jestem głodna, więc jem bez
przyjemności, zaś za pół godziny zjadłabym z przyjemnością. Nienawidzę jeść
gorącego, zawsze czekam aż wystygnie. Gadać z pełnymi ustami też nie bardzo
umiem. Mam nałóg czytania przy jedzeniu (uwielbiam to), a w towarzystwie nie
wypada i nie ma gdzie położyć książki, jak wszyscy siedzą przy stole.
U nas w domu dużo bardziej więziotwórczym rytuałem służącym do rozmów lub
wspólnego milczenia jest "chodź, zrobimy sobie kawę". Dzieci jedzą przy swoim
małym stoliku, ogólnie obiad jest w kuchni i każdy sobie bierze wtedy, kiedy
jest głodny oraz kiedy ma nastrój i czas na jedzenie.
Czy jestem patologią?