ladyann77
20.09.10, 09:27
Problem ma moja szwagierka, ale mieszkamy na tym samym osiedlu...
W mieszkaniu naprzeciwko mieszka kobieta niepełnosprawna umysłowo wraz z dwójką dzieci (dziewczynka około 13 lat i chłopiec tak na oko 7-8 lat, ale może być starszy, oboje również niepełnosprawni umysłowo i fizycznie).
W ramach programu aktywizacji osób niepełnosprawnych grono specjalistów orzekło, że owa kobieta jest zdolna do samodzielnego prowadzenia gospodarstwa domowego i sprawowania opieki nad dziećmi, więc gmina przyznała jej mieszkanie (nowy blok, 50 m kwadratowych). Kobieta, z przyczyn oczywistych, nie pracuje, gmina opłaca jej mieszkanie i rachunki oraz zapewnia utrzymanie. Plus renta jej i dzieci. Finansowo są dość dobrze zabezpieczeni.
Wszystko to śliczne i godne naśladownictwa, gdyby nie kilka "ale". Kobieta pije. Mieszkanie jest pijacką meliną, w której praktycznie co noc jest impreza (są tam małe dzieci!). Co chwila mama sprowadza nowych "wujków", którzy skwapliwie korzystają z gościnności gospodyni (zero rachunków, dach nad głową i nieustający dostęp do gotówki). Dzieci do późnych godzin nocnych włóczą się po osiedlu bez opieki, próbujemy interweniować na Policji, ale bez rezultatu.
W mieszkaniu panuje niesamowity smród - nie byłam w środku, ale w oczy zaczyna szczypać już na klatce. Oprócz niej, dzieci i konkubentów w mieszkaniu są również dwa psy, których nikt nie wyprowadza, które załatwiają się na podłogę. Ich odchodów również nikt nie sprząta. Smród, oprócz tego, że na klatce, przedostaje się wentylacją do wszystkich mieszkań w pionie, nie muszę pisać, jak "cudnie" było podczas letnich upałów. Szwagierka musiała przeprowadzić się do rodziców, bo w jej mieszkaniu nie dało się po prostu wytrzymać.
I tu zaczyna się patowa sytuacja. Libacje alkoholowe są zgłaszane na Policję. Przyjeżdża patrol, ucisza imprezę i jedzie dalej. Sprawa zgłaszana jest również do spółdzielni mieszkaniowej (smród), bez rezultatu (nic się nie da zrobić, ta pani jest niepełnosprawna i mieszka tu na odmiennych warunkach). Problem dzieci (przez długie okresy nie pojawiają się w szkole) też jest zgłaszany, interweniuje również dyrektor szkoły, ale prawo mówi, że dziecko musi mieć określoną liczbę nieusprawiedliwionych nieobecności, żeby sprawa nabrała wymiaru formalnego.
Mieszkańcy piszą regularnie petycje do gminy, spółdzielni, na Policję, do Straży Miejskiej... Władze każą jedynie "zbierać dowody" i cierpliwie czekać... Tymczasem nic się nie zmienia, dzieciom (nie wspomnę o psach) dzieje się krzywda, a kobieta ewidentnie nie jest w stanie opiekować się sama sobą, a co dopiero niepełnosprawnymi dziećmi...
Nie rozumiem tej specyficznej "impotencji" władz, które nie są w stanie zapanować nad sytuacją. Nie mam nic przeciwko osobom niepełnosprawnym, popieram integrację, ale nie za wszelką cenę. Są osoby, które nie powinny pozostawać bez właściwej opieki państwa... są przecież narzędzia prawne, aby to w odpowiedni sposób regulować!
Przez opisaną przeze mnie sytuację cierpi wiele osób, w szczególności małe dzieci, które ze względu na własne ograniczenia nie są w stanie rozwijać się i funkcjonować w optymalny sposób.
I najgorsze jest to, że nic nie da się zrobić.
Czy ktoś z Was spotkał się z podobną sytuacją? A może jednak jest jakieś wyjście? Poradźcie...