evita-is-me
24.09.10, 11:14
Sprawa dotyczy mojego brata. Od razu zaznaczam, że nie jestem po żadnej ze stron.
Otóż młody ma 17 lat i krótko mówiąc nie ma dla niego żadnych świętości. Robi co chce, kiedy chce i jak chce. Matka wychowuje jego i młodszą siostrę sama i ewidentnie sobie nie radzi. Odkąd pamiętam, jeszcze z własnej młodości i starszego brata, jej metodą wychowawczą było bicie, wyzwiska i zasada, że dzieci i ryby głosu nie mają. Starszy brat i ja szybko opuściliśmy dom( on w wieku 19, ja 16 lat) i o ile starszy odciął się od rodziny niemal całkiem, to ja nie bardzo potrafiłam. Niby oddzielnie, niby mam własną rodzinę, jednak nadal pod wielkim wpływem matki. Z tym, że nas wychowywali oboje rodzice, chociaż nie wiem czy to lepiej, bo wieczne awantury, picie itp. Jednak zasada była taka, że oboje wiedzieliśmy, że rodzicom "należy się szacunek", jak zdarzyło się zapomnieć to boleśnie nam to przypominano.
Młody już takiego przykładu nie dostał i niestety jego zachowanie pozostawia wiele do życzenia. Zdarza mu się wrócić do domu pod wpływem alkoholu lub czegoś innego, zawalił pierwszą klasę gimnazjum, ledwo wogóle je skończył, teraz poszedł do technikum i już się okazało, że od początku września był w szkole trzy dni. Do matki i siostry odnosi się tak, że aż szkoda słów. W domu nie robi kompletnie nic, nawet wyniesienie śmieci czy pójście po zakupy kończy się wielką awanturą. Ostatnio wręcz mówi, że czegoś nie zrobi, bo nie, bo on nielubi itp.
Najgorsze jest to, że kiedy był młodszy i jeszcze coś można było z nim zrobić to matka twierdziła, ze na niego nic nie działa, w konsekwencji czego poza wyzwiskami, strzałem w głowę nic więcej nie robiła. Wszelkie moje próby tłumaczenia jej, że źle robi kończyły się kłótnią ze mną bo cóż ja mogę o życiu wiedzieć. Nawet próbowałam organizować im spotkania z psychologiem co najczęściej kończyło się stwierdzeniem matki po spotkaniu, że on/ona jest głupi i się nie zna, bo młody jak chce to potrafi wszystkich zaczarować.
Generalnie do niedawna stawałam bardziej po stronie brata, tzn nie tyle, że głaskałam go po główce, ale miałam świadomość, że dużej mierze jego zachowanie wynika z sytuacji w domu, i oboje i on i matka o tym wiedzieli, jednak kiedy zaczęło do mnie docierać, że wobec mnie też nie ma już żadnych zahamowań, to zaczęłam wątpić.
W każdym razie wczoraj matka wyrzuciła go z domu. Mieszkamy w jednym bloku, różnica dwóch pięter więc byłam świadkiem całej sytuacji. Siedział na klatce i prosił, żebym przekonała ją, żeby go wpuściła. W pierwszej chwili poszłam do niej z takim zamiarem, ale jak zaczęła opisywać jego zachowanie i jak ona się z tym czuje, stwierdziłam, że nie mam żadnego argumentu za. Powiedziałam mu tylko, ze tym razem jest naprawdę źle i nie wiem czy uda mu się ją przekonać. Po rozmowie z nim przeraziło mnie to, że on chyba tak naprawdę nie chce do tego domu wracać, tzn chce bo nie ma innego wyjścia, ale gdyby miał jakąś alternatywę to jego noga więcej by tam nie stanęła.
I teraz pytanie zasadnicze, czy pozwolić mu posmakować tej dorosłości, czy po raz kolejny pomóc narażając się matce, swoje małżeństwo i na dodatek nie mając pewności, że to coś da, bo on zawsze jak jest w sytuacji podbramkowej, przeprasza i obiecuje, że on to już nigdy więcej, a po chwili robi dokładnie to samo albo jeszcze coś lepszego.
Zagmatwane to wszystko.