shellerka
01.10.10, 19:23
przykład pierwszy:
rodze pierwsze dziecko. tesciowa przyjezdza do miasta niby wspierac syna. okazuje sie, ze dziecko trafia po urodzeniu na OIOM, walczy o zycie. ze mna jest bardzo zle - lekarze mowia mezowi, ze istnieje spore ryzyko, ze nie bede miec wiecej dzieci.
tesciowa gdzie jest? bawi sie w tych trudnych dla nas chwila na zjezdzie porshe. po czym jakis czas temu pokazuje swojemu wnukowi przy nas, fotki z tamtych chwil - ona uchachana, rozwalona na masce jakiegos porshaka. cała dumna i blada i zero stresu - mimo, ze wiedziala, co sie wtedy dzieje.
kiedy jej to wypomnialam, powiedziala mi ze jestem prawdziwym skorpionem i uwaga - NIE ZNAM GRANIC:d
przykład drugi:
jestem w ciazy - 5 miesiac. ona robi mi awanture, ze dlaczego jej syn tak przytyl, dlaczego ma problemy ze zdrowiem i co on je? na moje, ze je to co sobie kupi, bo nie mamy kuchenki w domu, a ja pracuje tyle samo co on i tez sobie radze. na co ona - ze powinnam mu powiedziec, zeby chociaz kupil taka kuchenke gazowa palnikowa (bylismy na etapie urzadzania mieszkania i chwilowo nie mielismy kuchni), bo przeciez JAK TO ONA WIDZI, ON MI NA NIC NIE ZALUJE.
Zarabiałam wtedy tyle co mąż i kase traktowalismy jako wspolna.
przyklad trzeci:
dołożyła się 500 zł do wózka, który kosztował prawie 3 tys. po czym kazala sobie dziekowac, za to ze dzieki niej mamy wozek.
przyklad czwarty:
maz w szpitalu, po wylewie. przyjechala, ale prosilam ja zeby nie siala paniki i generalnie nie pogarszala nastrojow. w szpitalu widze z kazdym dniem, jak maz wraca do zdrowia. zero paralizu hurra. zero problemow z psychika hurra. wracam radosna do domu razem z nia, bo zatrzymała się u mnie na weekend. dzieci pilnowala moja ciocia. opowiadam cioci cala szczesliwa, ze maz samodzielnie przeszedl dosc dlugi kawalek, ze bylismy w toalecie, pod prysznicem, ze wogole wszystko na dobrej drodze. po czym ona nie wytrzymuje i przyłazi mowiac: dzwonilas do szpitala? (godzine wczesniej wyszlysmy razem ze szpitala spedzajac tam caly dzien) ja na to, ze nie bo nie rozumiem, dlaczego mialabym dzwonic. a ona, ze powinnam, bo ona sie niepokoi. ja na to, ze przeciez wszystko bylo ok. a ona na to, ze nie podobalo jej sie ze jemu tak cisnienie skoczylo.
ja przerazona, bo staralam sie obserwowac jego parametry i niczego niepokojacego nie zauwazylam. ale mowie, ze to i tak nic nie da, bo powiedza mi jedynie, ze tak skocyzlo cisnienie, albo nie nie skoczylo. a jesliby sie cos dzialo, to sami maja dzwonic.
ona na to juz histerycznie, ze ja to odrazu o najgorszym mysle, ze wtedy dopiero by zadzwonili. ale cos mnie tknelo i pytam jakie to cisnienie mial. a ona 140/70.
przysiegam ze myslalam ze ja wtedy udusze. mowie jej wiec, ze to normalne cisnienie. a ona, ze wie, ale przedtem mial nizsze.
chwile potem dostalam od meza sms, ze dobranoc
naprawde moglabym mnozyc przyklady, chocby jak ten w ktorym pilnujac mojego dziecka zdenerwowala sie na swojego meza przez telefon i moje dziecko wybieglo na ulice. wyszlam przed dom, pytam gdzie dzeicko, a ona rozkojarzonym wzrokiem patrzy i mowi a chyba tam poszedł (dwa latka mial)