aniakra
14.04.04, 13:04
Witajcie!
Jest mi baaaardzo źle, ale nie wiem tak naprawdę czy mam ku temu powód. Może
nie mam racji...a chodzi o żal do rodziców i teściów.
Ponad rok temu zaszłam w ciążę. Dwie kreseczki. Wielka radość. Rodzice i
teściowie też byli zadowoleni... niestety... po 3 tygodniach plamienia,
szpital - krwiak, odklejanie trofoblastu. Nakaz: Leżeć plackiem do 16go
tygodnia. Czwarte piętro bez windy. Cała rodzina 140km od W-wy. Ja sama z
mężem (oboje pracujemy jak to w kapitaliźmie - 12h minimum).
Leżę. Przerażona. Jak kazali - plackiem. Wstaję tylko siusiu. Z rodziny nikt
się nie pojawił - ani mojej ani teściów. Dla wyjaśnienia - moi to 70letni
emeryci. Nie pracują. Tata się tylko zajmuje administracją w sieci
satelitarnej. Ma niezłą kondycję. Biega, jeżdzi po miastach, 24h na dobę nie
może wysiedzieć. Teściowie - tata "samozatrudniony". Teściowa nauczycielka
(2mce wakacji), siostra studentka (3 mce wakacji). Siostra nie chce pracować
w wakacje choć tam u nich biedniutko..... Nie wyjeżdżała też na całe wakacje.
Upał - czerwiec. 40 stopni bo grzeje od dachu. Ja się duszę. Mąż robi mi rano
kanapki (po kilku godzinach żółty ser i wędlina wyglądają jak obca forma
życia). Herbata w termos. Dzwonię do domu...rodzice radzą mężowi jaki termos
ma kupić, żeby można było zostawić w nim zupę.
Po kilku tygodniach leżenia znowu krew, płaczę. Jest wieczór. Mąż musi jutro
do pracy. Myślę, że to może koniec - w szpitalu powiedzieli, że zrobili już
wszystko (leki, badania) i mam leżeć. Jak krwawienie się nasili przyjeżdżać.
Dzwonię do rodziców bo boję się być sama. W telefonie pretensja. Przyjeżdżają
nadęci bo mają "swoje sprawy". Wytrzymują dwa dni. Plamienie ustępuje...leżę
dalej.
Czerwiec minął. I lipiec. Moi rodzice pojechali nad morze na wczasy. Zawsze
jeżdzili we wrzesniu ale teraz wybrali się w lipcu! Nie trzeba nic
rezerwować, bać się o stratę pieniążków, bo ośrodek zakładowy, niemalże
stawiany ich rękami... Może coś tam i pomogą administracyjnie w tym ośrodku
ale to tata. Mama się tym nie zajmuje. Mama jedzie także - w sumie są tam 3
tyg. Zabrali sistrzenice. To dobrze. Nareszcie. Nigdy z nimi nigdzie nie byli
choć starsza ma już 18lat. Moi schorowani rodzice. Wiem, że muszą odpocząć.
70 lat to już wiek, że trzeba o siebie dbać. Ale trochę mi smutno... Nie ma
mi kto zrobić herbaty. Mama twierdzi, że nienawidzi W-wy. Zaraz boli ją
głowa, puchną nogi, jest jej gorąco. Codziennie dzwonią - nad morzem nic
nikogo nie boli, mama weszła na jakąś tam górę, na plaży nie jest gorąco...
Sierpień. Nie daję już rady leżeć...mdli mnie, nie mogę patrzeć na kanapki.
Decydujemy z mężem, że jednak będę wstawać odgrzac sobie obiad, który mi
zrobi. Nie mogę w ciąży nie jesć. Na usg dwie małe łapki....serduszko....Mąż
codziennie dzwoni do teściów - mama ma wakacje, siostra też. Słyszymy: "Co
tak czesto dzwonicie i dzwonicie??? Nic się u nas nie zmieniło". Ja nieśmiało
pytam, że może siostra męża nas odwiedzi...Słyszę, że "po co ma przyjeżdżać.
Będzie przeszkadzać. Nie wyjdę z nią przecież bo nie mogę a pogoda tak
upalna, że nie da się zwiedzać...(!)" Mąż się w końcu odważył i mówi, że może
ktoś by przyjechał i pomógł.... Mama nie komentuje. Na pretensje mówi, że
trzea było otwarcie mówić o co chodzi (!). Ale nic nie wspomina o
przyjechaniu. Siostra nie może bo ma dyskotekę, potem imprezę, za tydzień
dentystę, potem książkę do biblioteki...w końcu mówi, że nie przyjedzie "bo
ma okres".
Rodzice wrócili z wczasów...Nie zajrzeli do mnie - pojechali na wieś do
rodziny na kolejne 2 tygodnie.
No więc wstaję, żeby sobie odgrzewać to jedzenie....
14 tydzień...znowu krew. Ląduję w szpitalu. Rodzice mówią, że to lepiej, bo
mam śniadanie i obiad podane (!!!) - Bo w szpitalu jak w hotelu przecież.
Krwawię cały czas....leżę tam kilka m-cy - do 21 tygodnia krawienia nie
ustępują (teraz się okazało, że to łożysko przodujące) Nikt nie daje mi
szans. Tylko ja wierzę, że urodzę. Rodzice są u mnie 2 razy - raz mąż coś
wspominał o obejrzeniu mieszkań developera o którym myśleliśmy przed ciążą.
Ale to nie był dobry moment, padało - mąż nie chciał jechać, Rodzice moi
wściekli - "jak byśmy wiedzieli", informują mnie w szpitalu, "to byśmy się
wcale nie wybierali...".
Teściowa była 2 razy. Z wizytą. Mąż chodzi jak zombie - rano do pracy. Póżnym
wieczorem do mnie. W nocy zakupy, pranie, sprzątanie.
Po tylu m-cach jeszcze 2 w 1. Wypuszczają mnie bo krwawienia ustąpiły a
szpital to nie instytucja charytatywna. Jest koniec października. Mam w domu
leżeć. Informują mnie też, że zawsze jest ryzyko krwotoku z łóżyska - nie
powinnam być sama. W szpitalu kilka dni rehabilitacji. Uczę się na nowo
siadać i chodzić. Dzwonię do rodziców..."Tak, tak, zdrowie najważniejsze..."
więc za chwilę dzwonią.... ze wsi! Znów pojechali..."bo miód muszą kupić"...
wracają obrażeni ale zabierają tylko kota. Mąż wybłagał urlop...
W domu nie umiem dojść do kibla. Nie umiem z niego wstać. Bolą mięśnie.
Mąż już nie ma urlopu... zostaje ze mną mój daleki kuzyn. Doktorant. Śpi
część dnia ale chociaż herbatę zrobi. Siedzi ze mną 2 tyg. Głupio mi bo
trochę z obcą osobą. Rodzice pytają, czy mój kolega (!) nie mógłby dalej ze
mną siedzieć (brat już nie może) bo oni mają działkę i takie inne.
Płacę obcej kobiecie. 50zł za dzień by nie być sama....
Jest 7my m-c ciąży. Idę znów do szpitala - wyglada na to, że maluch się
śpieszy. Dostaję sterydy na rozwój płuc. Mama moja przyjeżdża na 2
tyg...codziennie słucham, że jest tu a nie ma jej tam. w końcu awantura bo
tata ma niepoprane, nieuprasowane, ona nienawidzi W-wy, ja nic nie rozumiem,
jestem egoistką bo tata ma tętniaka od 40 lat i teraz na pewno mu pęknie...
Dodam, że w tym samym bloku co tata mieszka moja starsza siostra z mężem i
dwójką dorosłych już dzieci. No i komentarze, (że to niby moje siostra tak
mówi), że :tyle kobiet jest i było w ciąży i tyle kobiet rodzi a tylko koło
mnie trzeba tak chodzić..."
Po 2 tyg mama szczęśliwa wyjeżdża a mnie lekarz pozwala troche chodzić....
W grudniu po raz pierwszy zawitala do domu teściowa ...na jeden
dzień...zakichana, zasmarkana.... po jej wizycię biorę antybiotyk....
Moja rodzina na wsi prosi mojego męża aby został chrzestnym jednego z
maluchów. Trzeba jechać 400km. Mogę urodzić w każdej chwili, mąż boi się mnie
zostawić. Dzwonimy do moich rodziców, żeby przyjechali a mąż pojedzie. No
więc nie mogą bo jak to? Chrzciny bez nich? Pierwsi goście! Tam cała rodzina
czeka aż oni przyjadą. Bez nich nie będzie imprezy, obrażą się....
Postanawiamy zastanowić się co dalej. Nie ma dalej. Okazało się, że moi
rodzice zadzwonili bez naszej wiedzy do rodziny i powiedzieli, że mąż nie
może być chrzestnym..."bo wiecie, taka trudna sytuacja"....
W grudniu przed świętami mąż musi jechac w delegację. Mama przyjeżdża na 3
dni - najpier sto pytań, czy ten kolega by nie mógł, a brat jedzie na święta
do rodziny, a ta pani za pieniądze nie może jeszcze posiedzieć???
Święta spędzamy sami - była propozycja, że może na święta do nas, na 36m2,
przyjadą się gościć siostra ze szwagrem i dziećmi... jakoś nie mogę za dużo
chodzić z tym bardziej robić świąt. Ale wszystkich to dziwi. Po 32 tyg ciąży
(macice mam dwurożną) dziecko przestaje rosnąć. Lekarz każe wypoczywać, nie
robić nic w domu, leżeć....
W styczniu rodzę.... jestem najszczęśliwsza an świecie...jednak moje biedne
dwukilowe dzieciunio jest strasznie słabe...W 5 tej dobie trafiamy do innego
szpitala...zapalenie płuc, infekcja e.coli i gronkowcem. hipoglikemia
(jeszcze miałam cukrzyce w ciąży)...dwa ciężkie antybiotyki. Jestem załamana.
Połóg spędzam na krześle przy łóżku - śpię w szpitalu na kozetce. Na dwie
noce zmienia mnie mąż. Z rodziny nikt się nie pojawia - jedynie mój tata
przyjeżdża i płacze. Moja mama zakatarzona bo to sezon grypowy...ale zamiast
pójść do lekarza leczy się m-c gripexem.... Teś