ayelet
23.04.04, 08:16
Syn ma 9 m-cy i niedługo po jego urodzeniu zaczął się kryzys-gigant, który
trwa do dziś. Właściwie to chyba powinnam się zdecydować na rozwód, bo się
chyba nie dogadamy ale ciągle nie wiem czy zrobiliśmy wszystko.
Ciągle mi mowi, że mnie kocha, że jest mu przykro, że nam nie wychodzi a
kłóci się ze mną o "pierdołki" każdego dnia. Czepia się nawet tego co oglądam
w tv a jak mu przypominam jego mecze to się obraża, że ja to od razu pyskuje,
wcale się na żartach nie znam, fajne żarty. Kłócimy się 2 czy razy dziennie.
Mam już tego dość.Chodzimy na terapię ale to nic nie pomaga.
Ciągle zmęczony (nie pracuje, jest na rencie z uwagi na kręgosłup), ciągle
zły, dzieckiem się zajmuje ale chyba bez większej przyjemności, bo musi-mam
takie wrażenie.
Jestem wykończona tym jego brakiem radości życia, czasem mam wrażenie, jakby
już nie żył choć jeszcze oddycha, powiedziałam mu zresztą, że według mnie on
nie żyje tylko wegetuje.
Nie wiem co robić. Odejść ? czy zostać z uwagi na dziecko? Byłabym skłonna
zostać i byc już tylko rodzicami nie parą, ale bez tych kłótni o głupotki, bo
tak dłużej się przecież nie da. Leczy swoje kompleksy moim kosztem, wyzywa
mnie, że jestem głupia i do niczego (mam wyższe wykształcenie a on tylko
średnie), nie sypiamy ze sobą od pół roku, a wcześniej w ciąży też nie, czyli
to w sumie długi czas a on ostatnio mi powiedział, że nie chciałby mnie
dotknąć, żeby "syfa" nie złapać-cokolwiek to znaczy.
Podpowiedzcie co z tym wszystkim zrobić, zwariuję niedługo