lillika
10.05.04, 16:28
Nie wiem czy to forum będzie najlepszym miejscem aby pisać o moich lękach,
dlatego też dziewczyny w ciąży (ha – czyli większość) proszę aby nie czytały
dalej, bo nie chce Was dodatkowo stresować.
Podobnie jak większość z Was, ja również marzyłam o tym by pierwsze dziecko
mieć przed 30. A właściwie dwójke dzieci. I prawie by się to udało. Prawie.
Wyszłam za mąż, skończyłam studia, znalazłam pracę i kupiliśmy mieszkanie. Od
razu większe mieszkanie z 2 dodatkowymi pokojami. Dla dzieci. Miałam 27 lat i
uznałam że to jest ten właściwy moment na dziecko. Nawet zaczęłam szukać
dobrego lekarza.
I wtedy zaczęło się piekło.
Sprawy potoczyły się bardzo szybko. Straciłam pracę, przeszłam przez
traumatyczne zdarzenia - w skali porównawczej to jak śmierć bliskiej osoby
plus ostracyzm i zaszczucie przez otoczenie. Szukałam pomocy u psychologa,
ale było tylko jeszcze gorzej. Trafiłam chyba na jakiegoś idiotę, bo w ciągu
jednej wizyty nawet 4 razy się mnie pytał „czy jestem pewna, że to co
widziałam to faktycznie widziałam”.
Ale to nie wszystko. Panicznie zaczęłam się bać że ktoś mnie skrzywdzi. Na
samą myśl o dentyście czułam ból borowania. Pobranie krwi stało się dla mnie
heroicznym wysiłkiem (!!!). Badanie ginekologiczne mnie boli. I to nie wina
niedelikatności lekarki, bo akurat do tej chodzę od lat. Zresztą przed
tamtymi traumatycznymi wydarzeniami u żadnego ginekologa nie miałam problemu.
A dziś idą mi łzy z bólu przy wkładaniu wziernika.
Próbuję. Na prawdę próbuje sobie pomóc. Staram się myśleć o przyjemnych
rzeczach. Postęp już widać: pobieranie krwi już nie jest dla mnie heroicznym
wysiłkiem.
No i sedno. Taka sytuacja trwa juz kilka lat. Dalej jestem bezrobotna ale
pomyślałam że może by to wykorzystać na urodzenie dziecka. No i zaczęły
powracać do mnie wszystkie koszmary i lęki. Znowu będą mnie krzywdzić!

W
swoim otoczeniu nie znam ANI JEDNEJ kobiety, dla której poród nie kojarzyłby
się z koszmarem. Moja mam rodziła mnie z komplikacjami. Z reszta kilka razy
nawet wspominała że chciała mieć więcej dzieci ale przeze mnie jej się
odechciało. W ogóle opowiadała mi jak to strasznie jest dla „starej
pierwiastki” a im później to większy koszmar. Dla własnego zdrowia
psychicznego nie chcę z nią więcej o porodach rozmawiać.
Znajoma – sąsiadka rodziła dziecko 10 lat temu. Przeszła przez takie piekło
że dziecko jej tego nie wynagrodziło. Jak sama mówi „nie potrafi kochać
własnego dziecka”. Z reszta widzę jak je oschle traktuje. Córka znajomej
mojej mamy w zeszłym roku zmarła w trakcie porodu. Rodziła ponad 50
godzin!!!! i nie doczekała się cesarki. Jej matka szalała z bólu na widok tak
cierpiącego dziecka, ale pseudo-lekarzy to nie obchodziło, bo miała rodzić
naturalnie. teraz jej matka bezskutecznie walczy o ukaranie winnych. Dwie
klatki obok mieszka dziewczyna, która tez rodziła w zeszłym roku – jest
psychiczna od porodu. Boję się na nią patrzeć. Z reszta ona teraz nikogo już
nie poznaje i wszystkich się boi.
Moje 2 bliskie koleżanki są bezdzietne.
Któraś z Was w podobnym wątku pisała, by popytać się szczęśliwe matki. Ale ja
takiej nie znam

. Dlatego piszę tu.
Rozmowy z lekarzami nic nie pomagają. Utwierdzają mnie tylko w przekonaniu że
nie mam nic do gadki. Jedna lekarka w trakcie rozmowy (prywatna wizyta) na
dyskusję o pozycjach w trakcie porodu, ostatecznie stwierdza, że „oni – czyli
lekarze – muszą myśleć o własnej wygodzie”. Dlatego ja będę rodzić tak jak
oni chcą. Aha – nacinać mnie będą, bo w ten sposób mnie chronią i dlatego mam
być im za to wdzięczna. Drugi lekarz (mężczyzna – też prywatnie) stwierdza,
że mam niewłaściwe podejście do życia, bo prawdziwa matka dla dziecka powinna
przejść przez każde cierpienie. Trzecia lekarka np. o pozycjach przyznała mi
rację i ....życzyła powodzenia w znalezieniu szpitala.
Przecież to koszmar!!!!! Dokąd ja mam pójść??? Przecież nawet jak znajdę
ludzkiego lekarza, to jest tylko jeden szpital z tamtymi wcześniejszymi
lekarzami. A statystyki tego szpitala: 98%pierwiastek jest nacinanych.
Znieczulenie zzo – uwaga – 1% (słownie: jeden). Wanna na sali porodów
rodzinnych jest tylko do zdjęcia, bo zgodę na jej użycie wydaje ordynator, a
wydawać zgody nie chce.
A potem czytam tu na forum o decyzji krajowego konsultanta, że położenie
pośladkowe nie nadaje się do cc i o setkach innych „dobrodziejstw” typu masaż
szyjki, oksytocyna zamiast chodzenia itd.
Okres u mnie trwa czasem nawet 10 dni! I jak mam rodzić równie długo, to
sobie przypominam tą biedaczkę co zmarła po 50 godz. męczarń i wtedy dla
siebie chcę reaktywacji hitlerowskiej komory gazowej w Oświęcimiu. Będzie
humanitarniej.
Z tego wszystkiego, nawet seksu nie mam. Zresztą zarówno mąż jak i ja zawsze
mieliśmy baaaardzo małe potrzeby.
Kilka z Was pisało że trzeba czekać aż przyjdzie taki moment, że się będzie
bardzo chciało mieć dziecko. A ja takiego momentu nigdy nie przeżyłam. O
dziecku myślę tylko dlatego że wiem że jestem coraz starsza (mam dziś prawie
33 lata) i później może być za późno, bo jednak kiedyś chciałabym mieć
dziecko. Ale w tej chwili wpadam w panikę na samą myśl o ciąży i porodzie. A
jak połączę do tego strach że dziecko może być chore, bo jestem już
stara......
Cieszę się tylko, że Wam się udaje. Że wracacie tu na forum jako szczęśliwe
matki i właśnie do Was to piszę, bo wiem że Was już nie przestraszę moimi
lękami, bo ciążę, szczęśliwy poród i zdrowe dziecko macie już za sobą.