raczek47
05.08.11, 16:51
Dziewczyny, oceńcie obiektywnie sytuację, którą Wam opiszę:
Z matką nigdy nie miałam dobrych relacji, zawsze była apodyktyczna, dominująca, tylko ona miała rację, wszystkich ludzi zawsze traktowała z góry i pogardliwie, z czasem pozrywała kontakty z całą rodziną i ze swojej strony i ze strony mojego ojca, nikogo nie zapraszała itp.; dość, że kiedy tylko mogłam wyprowadziłam się z domu, jeden brat wyjechał za granicę, najmłodszy ożenił się niedawno i też szybko z żoną uciekli do jej rodziców.
Póki żył mój tata wszystko jakoś dzięki moim staraniom, mojego męża i taty się kleiło; przez 13 lat mojego małżeństwa mama nie raz wtrącała się w wychowywanie moich dzieci, przestawianie mi rzeczy w domu , pouczanie co i jak mam prać czy gotować, ale ogólnie nie było źle; razem z moim ojcem byli dobrymi dziadkami, zawsze gotowymi zająć się wnukami, chętnymi do wszelkiej pomocy itp. Dzieci dziadków bardzo kochały, razem spędzaliśmy święta, część wakacji itp. Mieszkamy 20 km od siebie.
We wrześniu 2011 tata nagle dostał ciężkiego udaru, był już po 4 z zawałach i bypassach, miał zaawansowaną cukrzycę, lekarze nie dawali mu dużych szans. Moi braciszkowie właściwie wypięli się na wszelką pomoc, ten w Irlandii w ogóle nie raczył przyjechać, mimo, że mógł to zrobić w jeden dzień, drugi co parę dni przyjeżdżał do szpitala na 15 min .postać nad łóżkiem szpitalnym., jego żona w ogóle się nie pojawiła Cała opieka spadłą na mnie i mamę. Ona siedziała tam całe dnie, ja po pracy jechałam tam zaraz, do domu wracałam wieczorem, zaniedbałam dom, dzieci, wszelkie obowiązki. Kiedy tatę, ciągle sparaliżowanego wypisali do domu, załatwiłam rehabilitanta, opłacałam go, kupiłam wózek inwalidzki, byłam u rodziców ok.4 razy w tygodniu. Mój młodszy braciszek, który pracuje w tym samym mieście, gdzie mieszkali rodzice, nie znajdował czasu, by tam po pracy wpaść i cokolwiek pomóc; pojawiał się może raz na 2 tyg na kilka chwil.
W lutym tego roku tata zmarł, gdyż w międzyczasie wykryto, że ma raka jelita grubego. Formalności załatwiałam ja, brat nie kwapił się pomóc, drugi przyleciał łaskawie na pogrzeb dzień przed (wieczór przed).
Po pogrzebie mama mieszkała 3 tyg u nas; zawsze była b. aktywna, wiec pozwalałam jej robić zakupy, gotować, przyprowadzać młodego ze szkoły itp. potrzebowała się czymś zająć, to była taka forma rehabilitacji, bo psychicznie b. siadła. Dostała odszkodowanie po śmierci taty, pieniądze dla niej duże, zaczęła robić zakupy po Lidlach, Aldikach, wszelkich lumpeksach, znosząc mi to wszystko do domu, zaczęłam protestować, bo dochodziło do takich syt. jak np. mówię, że muszę kupić sobie nową torebkę, po kilku godz. mama przylatuje z nową torebką dla mnie, szczęśliwa i krzyczy: Kupiłam ci torebkę! Oczywiście zupełnie inną niż chciałam, nie przyjmuje do wiadomosci, że może mi się nie podobać. Albo wpada mi do domu z naręczem wieszaków i nowym pokrowcem na deskę do prasowania-„bo masz za mało wieszaków, a pokrowiec taki wytarty” i nie pytając zaczyna mi ten pokrowiec zmieniać i wkłada wieszaki do szafy. Albo przynosi reklamówki szmat z lumpeksu –„to dla Oli, to dla Bartka , to dla Ciebie” itp .część rzeczy jest za małą, dziurawa, rozciągnięta, nic to! Mama promienieje, że tak nas uszczęśliwiła. Kupuje dzieciom kilogramy słodyczy, soków, świństw, których ja nigdy nie wkładam do koszyka, wpycha im to w ręce, daje im też pieniądze-po 50 zł, po 20,też bez pytania nas o zgodę.
Proszę ją wielokrotnie, by nie przynosiła mi nic do domu bez uzgodnienienia, nie dociera. Dalej znosi stosy rzeczy , grzebie mi w szafach, robi porządki-bez pytania. W końcu w czerwcu miara się przebiera: syn jest na urodzinach u kolegi na sali zabaw; idę go odebrać z mamą i córką, przy sali jest kawiarnia .Mama: „O kawiarnia! Idź Ola, kup sobie krem”.I wpycha jej pieniądze, Młoda wcale nie ma ochoty, ja mówię:” Przestań, ona nie będzie teraz nic jadła, zabierz pieniądze”. Krzywe spojrzenie, poczuła się urażona. Przylatuje młody, wychodzimy, nagle on chce pić. Ja mówię: byłeś na urodzinach, mogłeś się napić , tu nic nie kupuję (do domu mamy 15 min.spacerkiem), napijesz się w domu. Co robi mama? Leci do baru , kupuje 2 soki i wpycha dzieciom mimo, że wyraźnie mówię: „nie”
Mówię do niej: ”W jakim świetle stawiasz mnie przed dziećmi. Ja zabraniam, ty pokazujesz im, że moje słowo, moje zakazy nic nie znaczą. Nie będziesz rządzić moimi dziećmi”
Mama:” Nie pouczaj mnie, nie jestem twoją uczennicą” Ja: ”To moje dzieci i ja decyduję, co i kiedy robią, jedzą i piją, nie Ty.”
I stał się koniec, parafrazując Pismo Święte. Mama wywrzeszczała przy dzieciach, że jestem gó...arą(37 lat) i nie mam prawa jej pouczać, nie mam się z nią kontaktować, nie życzy sobie telefonów i w ogóle zrywa z nami. I pojechała do domu. I faktycznie od czerwca się z nią nie widziałam. Mama jest uparta, b. zawzięta, jak jej ktoś nadepnie na odcisk to obraza się na zawsze. Nie dzwoni do wnuków, kontaktu zero. Ze wszystkimi i tak się wcześniej skłóciła, wiec siedzi sama jak kołek, nie ma do kogo pójść ani zadzwonić, nie ma żadnych koleżanek, bo wszystkie były dla nie za głupie. Bracia też nie kontaktują się z nią.
Co ja mam zrobić? Żal mi jej, ale nie mogę pozwolić, by w moim własnym domu, przed moimi dziećmi traktowała mnie jak zero. Potraktowałam serio, co mówiła, nie dzwonię, nie jeżdże,ale smutno mi.