vega_bw
15.02.12, 12:13
Witam!
Czytam sobie wasze forum szukając pomocy i odpowiedzi co zrobić.
Powiem szczerze, że różne myśli chodzą mi po głowie.
Kilka dni temu dowiedziałam się,że jestem w ciąży. Powiedziałam o tym mojemu mężowi, a ten stwierdził kategorycznie, że nie mogę urodzić. Mamy już jedno dziecko dorastające i faktycznie nasza sytuacja finansowa jest bardzo trudna. I tu już uprzedzę potępieńcze osądy o antykoncepcji- ta zwyczajnie zawiodła. Jestem rozdarta, bo wiem,że finansowo możemy sobie nie poradzić. Z jednej strony skoro dziecko już jest, to nie mam prawa go zabić. I ja tak właśnie czuję. Jest druga strona medalu: wiem,że mąż nie zaakceptuje drugiego dziecka, bo mówi o tym głośno. Kocham go, spędziliśmy ze sobą kawał życia. I teraz zastanawiam się co zrobić, bo powiedział,że mam usunąć,nie dając mi żadnej możliwości przedstawienia mu planu postępowania.Doskonale zdaję sobie sprawę,że utrzymanie malucha kosztuje, ale według mnie są osoby, które mają gorzej niż my i jakoś dają radę. Takie tłumaczenie, to jak grochem o ścianę. Doszło do tego, że zamówił pigułki poronne przez internet. Motywacje ma taką,że to z odpowiedzialności, że nie damy rady finansowo, a na pomoc z opieki społecznej nie możemy liczyć(wiadomo jakie są kryteria dochodowe). Opcje są takie: urodzić i zabrać starszego syna ze sobą, a z panem mężem się rozstać. Opcja druga: usunąć i się rozstać. Opcja trzecia: usunąć i zostać lub nie usunąć i czekać co da los. Jestem w takim stanie psychicznym,że chyba jestem gotowa na każdą z tych opcji. Jeżeli się rozstaniemy, to obawiam się,że sobie nie dam rady finansowo, bo pracuję na niepełny etat i nie zarabiam dużo. Nawet gdyby doszły alimenty, to i tak było by tego bardzo mało, bo pewnie coś koło 1500 zł. Najgorsze jest to, że nie mam rodziców ani rodzeństwa i naprawdę nie mam na kogo liczyć. Czuję się bardzo mocno postawiona pod ścianą, jakby nie było żadnego wyjścia. Rozsypuję się psychicznie. W tej chwili każde rozwiązanie wydaje się złe. I jeszcze na koniec-sama nie wiem, czy mam nienawidzić siebie, czy jego. Z reguły mocno stąpam po ziemi, a w sytuacjach mocno stresowych dość dobrze sobie radzę. Nie wiem czego oczekiwałam od męża? Może liczyłam na wsparcie i w gruncie rzeczy powiedzenie,że jakoś damy radę. Zbliżam się do kresu wytrzymałości. I naprawdę nie wiem co gorsze: samotność i bieda z dzieciakami, czy usunięcie i życie z pozoru "jakby się nic nie stało".
Może Wasze posty, jako stojących z boku dadzą mi jakiś obraz, bo boję się, że nie myślę już trzeźwo.