ola
17.02.12, 13:35
Chodził u nas ksiądz po kolędzie.
Mąż poprosił mnie, żebym go wpuściła. On uznaje się za katolika, choć do kościoła chodzi sporadycznie. Musiał zostać dłużej w pracy, ale ponieważ mieszkamy w nowym miejscu, nie chciał spławiać księdza.
Ja od lat jestem w kontrze do tej instytucji. W zasadzie łączy mnie z nią to, ze rodzice lata temu ochrzcili mnie nie pytając mnie o zdanie, oraz przyjęłam Komunię razem z całą klasą, zafascynowana białą kiecką. Od tej pory zero kontaktów.
Wchodzi ksiądz, ja mu mówię jak jest, że jestem niewierząca, ale niech wejdzie i mieszkanie poświęci, bo mężowi zalezy.
Ksiądz oczywiście pyta mnie dlaczego uznaję się za niewierzącą. Ja mu na to, że :
a) nie wierzę w Boga
b) nie wierzę w Kościół Katolicki, wszystkich świętych mężów i dziewice, rolę Papieża, hierarchów i całej reszty.
c) nie zgadzam się z KK w wielu doktrynalnych kwestiach, dotyczących, np. boskości Chrystusa, Trójcy Świętej, wniebowstąpienia, stworzenia świata itd. itp.
d) oraz w kwestiach pomniejszych - nauce społecznej kościoła, in vitro, aborcja, rola kobiet, kwestie płacenia podatków przez kler itd. itd.
Po tej całej przemowie, której ksiądz wysłuchał w skupieniu, zadał mi tylko jedno pytanie:
- Jest pani ochrzczona?
- tak.
- To jest Pani katoliczką.
I tu jestem w teologicznej kropce. Jestem siłą rzeczy członkiem stowarzyszenia, którego statutu nie uznaję. Nawet apostazja mi nie pomoże (bo przecież nie przekreśla chrztu). Po prostu mam przes*ane na całego i nie mam ŻADNEGO wpływu na moją przynaleźność religijną. Czy na prawdę kościołowi az tak zależy na statystykach, że chcą u siebie trzymać katolików-ateistów. Toż to paradoks. Już się boję Sądu Ostatecznego. Jak ja się wybronię?
I druga, znacznie ważniejsza rzecz. Jakim prawem on wiedział, jak ja się nazywam. Nie zgłaszaliśmy się tutaj jako nowi człowkowie parafii. Czy mam rozumieć, że Urząd Dzielnicy przekazał mu nasze dane po zameldowaniu? Jakim prawem?