A co na to faceci....

27.04.12, 14:45
Facet o drugim w poczekalni do ginekologa: "co za ciołek"? I szybka refleksja: "Ej, sam jestem ciołek?". big_grin

Pytam męża o chodzenie z dziećmi wspólnie do lekarza. "No, w końcu ja też chce wiedzieć co tam z dzieckiem się dzieje. A w sumie czemu facet sam z dzieckiem nie przyjechał? Nie ma takiej opcji?"

Co myślą wasi partnerzy?
    • bri Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 14:51
      Do ginekologa na normalne wizyty go nie zabieram. W ciąży chodził ze mną na usg. Z naszym dzieckiem do lekarza chodzi głównie on.
      • kropkacom Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 14:56
        W ciąży chodził na usg ze mną. I każda z tych wizyt była bardzo emocjonująca. big_grin Dwa serducha...

        Do lekarzy chodzimy z dziećmi w różnych konfiguracjach. Robimy tak aby było dobrze po prostu. Nie ukrywam - nam było dobrze. A mamy do obskoczenia neurologa, endokrynologa, alergologa i tak dalej. Na szczęście ja nie muszę wszystkiego sama i robić dąsów.
    • karra-mia Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 15:02
      Do ginekologa chodze i chodziłam sama, nawet w ciąży.
      Z dziećmi do lekarzy chodzimy różnie, jak nam pasuje. Raz idzie on, raz ja.
      A co na to mój mąż? Nic. Mu to wszystko jedno, kto z dzieckiem chodzi. Jak on idzie z chorym dzieckiem, to jest tak przejęty, że otoczenie go nie interesujewink
    • dziennik-niecodziennik Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 15:14
      nei mamy problemu zeby pojsc do lekarza z dzieckiem w dowolnej konfiguracji. ale najbardziej lubimy razem.
    • asocial Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 15:31
      chyba nic dziwnego, ze ojciec chodzi z dzieckiem do lekarza (sam)?
      Moj brat zawsze chodzi z corka do lekarza, raz poszlam z nim ja i ich stala lekarka myslala, ze jestem jego zona; nigdy nie widziala matki dziecka, wynika z tego ze nigdy nie widziala matki dzeicka (szwagierka pracuje na drugim koncu miasta).
      Dzieckiem bedac chodzilam do lekarza zawsze z ojcem, matka pracowala w innym miescie, a ojciec mial bardziej elastyczna prace.
      Jak dla mnie logiczne, ze obydwoje rodzice sa na rowni zainteresowani zdrowiem dziecka.
      • guderianka Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 15:43
        Ciąże razem (jeśli grafik Meża na to pozwala)
        Z dziećmi kto akurat ma lepiej ułożony grafik i jest bardziej mobilny (mamy jedno auto)
        Do dentysty z Mlodszą- kilka razy we dwoje (sama nie dałabym rady utrzymać)
        Szpital- poważniejsze wypadki czesto oboje
    • sadosia75 Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 15:48
      Do lekarza z dziećmi głównie on. Ma bliżej z pracy do domu i do lekarza niż ja. Do ginekologa ze mną nie chodził chociaż bardzo tego chciał. Jeśli zdarzy się, ze będzie trzecie dziecko to na pewno nadrobi stracone badania.
      Mój mąż jest dość dziwnym stworzeniem bo wychodzi z założenia, że skoro jesteśmy we dwoje i jest coś co dotyczy nas dwojga to powinniśmy to robić razem. Na co ja chętnie przytakuję smile
    • adellante12 Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 15:56
      Regularnie chodzę z dziećmi do lekarza.
      Tak samo jak trzeba to zostaje z chorymi w domu.

      Nie wyobrazam sobie abym do lekarza w swoim przypadku zabierał ze soba żonę.
      Równie debilnym pomysłem byłoby gdybym szedł towarzyszyc zonie w wizytach u lekarza.

      Owszem po operacji kregosłupa rozmawiałem z ordynatorem. Natomiast na wizyty u lekarzy chodzi sama.
      Moim zdaniem trzeba być ubezwłasnowolnionym deklem by wymagać bedąc dorosłą osoba niańczenia w poczekalni albo w gabinecie.
      Rozumiem gdy stan zdrowia jest na tyle powazny że jest to konieczne, ale do cholery nie bede chodził z dorosłą kobietą z anginą do lekarza ani z żadnymi np nadżerkami...
      Przeczytałem kawałek tego kretyńskiego watku o facecie u ginekologa... Jest idiotyczny skrajnie emamowy...

      • kropkacom Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 18:23
        Jest po prostu typowy wątek big_grin W stylu: jedna pani u lekarza w kolejce się frustrowała...
        • lola211 Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 22:12
          Pani sie smiala w duchu- co to ma wspolnego z frustracja?
      • 3-mamuska Re: A co na to faceci.... 28.04.12, 00:18
        adellante12 napisał:

        > Regularnie chodzę z dziećmi do lekarza.
        > Tak samo jak trzeba to zostaje z chorymi w domu.
        >
        > Nie wyobrazam sobie abym do lekarza w swoim przypadku zabierał ze soba żonę.
        > Równie debilnym pomysłem byłoby gdybym szedł towarzyszyc zonie w wizytach u lek
        > arza.
        >
        > Owszem po operacji kregosłupa rozmawiałem z ordynatorem. Natomiast na wizyty u
        > lekarzy chodzi sama.
        > Moim zdaniem trzeba być ubezwłasnowolnionym deklem by wymagać bedąc dorosłą oso
        > ba niańczenia w poczekalni albo w gabinecie.
        > Rozumiem gdy stan zdrowia jest na tyle powazny że jest to konieczne, ale do ch
        > olery nie bede chodził z dorosłą kobietą z anginą do lekarza ani z żadnymi np n
        > adżerkami...
        > Przeczytałem kawałek tego kretyńskiego watku o facecie u ginekologa... Jest idi
        > otyczny skrajnie emamowy...
        >


        Jakim trzeba byc deklem zeby nie umiec czytac ze zrozumieniem,chodzilo o wizyty u lekarza w ciazy,najczesciej do USG,lub np.zagrozonej ciazy i facet pyta czy moze bzykac wlasna zone.

        Nikt nie mowil o anginach i nadżerkach.
        • adellante12 Re: A co na to faceci.... 28.04.12, 01:23
          Przeczytaj jeszcze raz początek wątku i nie rób z siebie w miare mozliwosci totalnego oszołoma.
          Kilka nawiedzonych mamus sprowadziło wizyty u ginekologa tylko do ciązy i wspólnego USG.
          jakim trzeba być deklem aby uwazac ze tylko z tego składaja sie kontrole w trakcie ciąży.
          Wypij kubek goracego mleka i opanuj się odrobine. NIe wyjdziesz może na idiotke.
        • adellante12 Re: A co na to faceci.... 28.04.12, 01:29
          Wlasnie wrócilam od gina.Jakas nowa moda nastala- pod gabinetem na 10 pacjentek 7 w towarzystwie swoich misiow.Przede mna para wychodzi z gabinetu.Jak rozumiem razem sobie usg ogladaja. Ona rozkraczona z sonda w pochwie, a pan obok stoi i za reke trzyma? Tak to sie odbywa?Wizyty do gina w parze, do urologa czy proktologa tez pewnie razem chadzaja.
          Jakie to słodkie..


          Gdzie masz tu geniuszu czytania ze zrozumieniem że wszyzstkie cieżarne i wszystkie na USG??
          Bo tak sobie rozkminiłas i tak ci pasuje twoje rozumienie??
          Do ginekologa chodzi siWlasnie wrócilam od gina.Jakas nowa moda nastala- pod gabinetem na 10 pacjentek 7 w towarzystwie swoich misiow.Przede mna para wychodzi z gabinetu.Jak rozumiem razem sobie usg ogladaja. Ona rozkraczona z sonda w pochwie, a pan obok stoi i za reke trzyma? Tak to sie odbywa?Wizyty do gina w parze, do urologa czy proktologa tez pewnie razem chadzaja.
          Jakie to słodkie.. tylko z ciążą na wspólne USG?
          Gratuluję ciacno zaplkecionego warkoczyka...
          • 3-mamuska Re: A co na to faceci.... 28.04.12, 02:02
            adellante12 napisał:

            > Wlasnie wrócilam od gina.Jakas nowa moda nastala- pod gabinetem na 10 pacjen
            > tek 7 w towarzystwie swoich misiow.Przede mna para wychodzi z gabinetu.Jak rozu
            > miem razem sobie usg ogladaja. Ona rozkraczona z sonda w pochwie, a pan obok st
            > oi i za reke trzyma? Tak to sie odbywa?Wizyty do gina w parze, do urologa czy p
            > roktologa tez pewnie razem chadzaja.
            > Jakie to słodkie..

            >
            > Gdzie masz tu geniuszu czytania ze zrozumieniem że wszyzstkie cieżarne i wszyst
            > kie na USG??
            > Bo tak sobie rozkminiłas i tak ci pasuje twoje rozumienie??
            > Do ginekologa chodzi siWlasnie wrócilam od gina.Jakas nowa moda nastala- pod ga
            > binetem na 10 pacjentek 7 w towarzystwie swoich misiow.Przede mna para wychodzi
            > z gabinetu.Jak rozumiem razem sobie usg ogladaja. Ona rozkraczona z sonda w po
            > chwie, a pan obok stoi i za reke trzyma? Tak to sie odbywa?Wizyty do gina w par
            > ze, do urologa czy proktologa tez pewnie razem chadzaja.
            > Jakie to słodkie.. tylko z ciążą na wspólne USG?
            > Gratuluję ciacno zaplkecionego warkoczyka...


            A po co sie robi co miesiac geniuszu USG i to ze swoim misiem,wlasciwie tylko w ciazy.
            Byles kiedys deklu u ginekologa ze twierdzisz ze ona w ciazy nie byly?
            Ja bylam i tylko w ciazy mialam USG ,wiec ogladaja USG ciazy/dziecka.
            USG w sonda w pochwie odbywa sie tylko 1-2 na poczatku ciazy,jakbys chodzil z zona to bys wiedzial.
            Ja i ci gratuluje wypowiadania sie na temat o ktorym nie masz pojecia,no chyba ze byles u ginekologa na USG dopochwowym.

            Zreszta caly tamten watek sprowadza sie do chodzenia na USG CIAZOWE z misiem czy bez misia.
            • adellante12 Re: A co na to faceci.... 28.04.12, 12:11
              Czyli rozumując wg twych ciasnych szarych do ginekologa chodzi się tylko w ciąży na USG TAk?
              Innych powodów nie ma?
              Po co autorka wspomina o proktologu i urologu?
              Tam też tylko ciężarne?
              Nie bądź aż tak ograniczona proszę bo mi będzie zal klawiatury że zmarnowałem tyle czasu na dyskusję z kimś takim...
        • przeciwcialo Re: A co na to faceci.... 28.04.12, 09:18
          Jakim trzeba być deklem aby podczas zagrozonej ciązy myslec o bzykaniu zony.
          Pan i władca podwozie do przegladu przyprowadza. Fuj!
    • nanuk24 Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 16:06
      Do lekarza z dziecmi chodze sama, bo nie widze powodu, dla ktorego mialby zwalniac sie z pracy i tracic dniowke, zeby mi potowarzyszyc.

      Ale kiedy ma czas albo wizyta lekarska wypada w weekend to jedzie on sam, bo nie czuje sie niezbedna. Wolny czas wole spozytkowac inaczej.
      • nanuk24 Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 16:12
        dodam, ze moj misiu jest samodzielna istotka i do lekarzy chodzi sam, sam sie na wizyty umawia, ja nawet o gtym nie wiem. Nie wiem rozniez, do jakich lekarzy on chodzi(znaczy nazwisk nie znam, bo w specjalizacjach sie mniej weicej orientuje. Dentyste i okuliste mamy wspolnych, jednak chodzimy w roznych terminach).

        Ja tez sama chodze do swoich lekarzy.
      • kropkacom Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 17:56
        Ty nie widzisz problemu? Chyba nie o to pytałam big_grin Ale ok...
        • nanuk24 Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 19:23
          tak, moj maz tez by widzial problem, gdyby musial zwalniac sie z pracy i pokonywac 70 mil po to, by posiedziec sobie ze mna w poczekalni u lekarza, kiedy ja dysponuje wlasnym samochodem, lekarza mam prawie ze pod domem(w kazdym badz razie do lekarza mam blizej niz on) i umawiam sie na konkretna godzine. Tak, pomyslalby sobie, ze jestem nieporadna zyciowo conajmniej.
          • kropkacom Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 19:44
            Twoja wypowiedz skojarzyła mi się (może niesłusznie) z wypowiedzią faceta, który twierdził, ze gdyby jego żona szła z kaszlącym dzieckiem do lekarza musiałaby być dla niego nieporadna i nienormalna. Ma podać dziecku syropek i tyle.

            A w temacie. Każdy żyje, wychowuje jak mu tam pasuje. Nic mi do tego. Ja szanuje mojego faceta, ze on chce chodzić z dziećmi do lekarza. A też pracuje. I tu nie chodzi o kontrolę czy matka dała radę i czy dobrze przekazała co pan doktor powiedział. To taki jego wkład w rodzicielstwo. w końcu nie jest tylko bankomatem dla nas.
            • nanuk24 Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 20:04
              Moj tez duzo energii wklada w swoja ojcowska role. na przyklad, takie zebrania szkolne sa zarezerwowane tylko dla niego, ja nie bylam ani razu, zebran bylo juz osiem. Do fryzjera z synem tez on biega - robia sobie z tego taki meski wypad, obok fryzjera jest lodziarnia - syn nasz jest zachwycony.
              Do lekarza tez chodzi z dziecmi, tylko - tak jak pisalam - nie chodzimy wspolnie, bo uwazamy, ze jest to nam do szczescia niepotrzebne.
              I nie wydaje mi sie, czy gdyby twoj maz za wolne dni i urlopy mial nieplacone, to czy by tak chetnie z nich korzystal.
              • kropkacom Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 20:07
                > I nie wydaje mi sie, czy gdyby twoj maz za wolne dni i urlopy mial nieplacone,
                > to czy by tak chetnie z nich korzystal.

                Chętnie? Kwestia priorytetów.
                • nanuk24 Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 23:02
                  Tak, priorytetow. Priorytetem mojego meza jest wyzywic rodzine i zapewnic im na dobrym poziomie opieke zdrowotna, za ktora placimy jak za zboze.
                  • kropkacom Re: A co na to faceci.... 28.04.12, 08:45
                    Nanuku, ale ja nie wnikam w wasze priorytety.
                    • najma78 Re: A co na to faceci.... 28.04.12, 10:02
                      kropkacom napisała:

                      > Nanuku, ale ja nie wnikam w wasze priorytety.

                      Kropco, a o co ty wlasciwie pytasz, bo nie rozumiem?

                      Nanuk napisala ci jak to u niej wyglada, u nas podobnie, nie chodzimy z dziecmi razem do lekarza bo nie widzimy takiej potrzeby. Wymieniamy sie w roznych sytuacjach zwiazanymi z dzecmi czy zyciem.rodzinnym a w niektorych uczestniczymy razem. Do wizyt u lekarza z dziecmi wystarczy jedno z nas, kazde jest na tyle sprawne umyslowo aby przekazac drugiemu diagnoze lekarza, wiec w czym problem? Byloby dziwne gdyby jedno szlo z dzieckiem do lekarza a drugie nie zapytalo o przebieg wizyty. Nie jest to kwestia priorytetow tylko mozliwosci. Moj maz gdy wzial pol dnia urlopu, aby wykorzystac dla wlasnego klienta, przesunal spotkanie z nim aby zobaczyc szkolna produkcje corki, klient sie zgodzil a dla meza bylo to wazne bo zapytal. Gdyby chodzilo o lekarza a corce by bardzo zalezalo pewnie tez by to zrobil, ale to tylko wizyta u lekarza i nawet dzieci nie robia z tego halo.
                      • kropkacom Re: A co na to faceci.... 28.04.12, 12:20
                        Pytałam co myślą faceci jak czytając rozczulanie się pani nad parami w poczekalni u ginekologa.
                        • kropkacom Re: A co na to faceci.... 28.04.12, 12:21
                          Ech... Miało być bez "jak".
    • przeciwcialo Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 16:24
      Dzieci leczymy w dość odległej od nas przychodni więc jeździmy samochodem. Do gabinetu wchodze ja, po badaniu dziecko do taty a ja w spokoju moge porozmawiac z lekarzem.
      Mąz dowiaduje sie ode mnie,nie musi na własne uszy usłyszeć aby uwierzyc. Przepływ informacji miedzy nami mamy doskonały.
      • marzeka1 Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 16:54
        Do gina chodziłam sama i talk pozostało; za to mąż był przy porodach naszych synów- sam zaproponował; do lekarzy chodzimy różnie- teraz syn co tydzień jest odczulany u alergologa- kolejki gigant, parę godzin czekania, co piątek, dziś dyżur męża- chodzimy tu na zmianę.
    • gagunia Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 18:30
      Do ginekologa chodzę sama. Czasem mąż mnie podwozi i czeka w samochodzie. Rzadko wchodzi do poczekalni, ale się zdarza. W ciąży towarzyszył mi tylko na usg, już po badaniu.

      Z dzieckiem chodzę albo ja albo mąż. W zależności od tego komu bardziej pasuje w pracy się zwolnić jeśli to wizyta kontrolna u alergologa albo wziąć zwolnienie jeśli syn jest chory.
      Jak syn był mały i siedziałam z nim w domu (do 2 roku życia), to bywało, że do lekarza czy na szczepienia chodziliśmy oboje, jeśli akurat mąż miał wolny dzień.
    • kub-ma Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 18:39
      Jak się da to idę, jak się nie da to tata. Problemu nie robi. A specjalistó też wielu do obskoczenia.
    • franczii Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 18:49
      Do pediatry chodze sama z dziecmi ale kiedy byly mniejsze chodzilismy czesto razem poniewaz dzieci "niewspolpracujace" a z lekarzem chce porozmawiac, zadac pytania, wyjasnic watpliwosci na spokojnie a wtedy ktos musial sie nimi zajac. Z wiekiem obecnosc drugiej osoby stala sie zbedna. Od jakiegos czasu obskakuje lekarzy dzieciowych w tym specjalistow sama. Raz tylko bylismy we dwojke na sciaganiu szwow z 4,5latkiem przez zupelny przypadek, nie bylo tego w planach i okazalo sie ze jednak dobrze bo i tak we dwojke nie moglismy utrzymac syna.
      Do gina w ciazy razem. Na poczatku sama ale kiedy ciaza sie zrobila zagrozona mialam pietra i chcialam miec kogos przy sobie gdyby mi mowili, ze juz ciazy nie ma. W drugiej ciazy po doswiadczeniach z pierwszej tez razem z rozbiegu.
      Ja chodzilam z mezem po jego lekarzach po wypadku.
    • nabakier Re: A co na to faceci.... 27.04.12, 18:54
      Powiem szczerze, że wole wysyłać z dziećmi do lekarza faceta- ojca lub ojczyma. A niech się wykazują wink samochodami podwiozo, z lekarkami pogadajo, czujo się na miejscu. No- jest ok.
      • 3-mamuska Re: A co na to faceci.... 28.04.12, 00:52
        W ciazy chodzilismy razem,do 26-30 tc,mialam moze ze 3 (do ginekologa nie chodzilam wcale,i nie bylo badania )wizyty w szpitalu i na kazdym USG.
        Potem jezdzilam raz w tygodniu i maz jezdzil ze mna,a pod koniec ciazy przez ostatnie 6 tygodni 5 razy w tygodniu.Wlasciwie w kazdej ciazy inaczej ale dosc czesto.
        Wiec jezdzil ze mna bo,tam nuda wysiedziec trzeba,a tak pogadac mozna,i nikt nie slyszal o kotlecikach.

        Z dzieciakami straszymi chodzi maz,do szpitala jak cos sie dzieje w nocy tez on,bo ja zostaje z pozostalymi w domu.
        Z najmlodszym zawsze chodzimy razem,bo jedna osoba pilnuje mlodego, a druga rozmawia,a do tego ja czasem cos podpytam,jak mi sie przypomni.

        Ba nawet do dentysty chodzimy razem,jak ja ide,to i zabieramy najmlodszego,bo chcemy zeby on widzil, zeby sie nie bal, bo jest straszny problem z jego chodzeniem i ogladaniem zebow.

        Na szczepienia chodzimy razem, dlatego ze szczepimy hurtem cala 3 dzieci na raz,i jedno ubiera ,drugie trzyma, przytula po ,gada z babka.

        Na diagnoze z mlodym tez wszedzie razem,nie moge tego pojac,dlaczego matka ma sama z dzieckiem latac,zwlaszcza jak sprawa wieksza niz katarek.
        I wszedzie slyszalam ze fajnie ze przyszlismy razem i ze bardzo dobrze ze ojciec sie interesuje,bo najczesciej ojcowie wypieraja diagnoze, udaja ze z dzieckiem jest wszystko ok,malo tego krzycza na matke ze z dziecka idiote robi.
        Nie wiedza potem ja z dzieckiem w domu postepowac,bo inaczej jest jak specjalista powie.
        Na terapie maz tez chodzil ze mna i mlodym.

        Jak maz pojechala na szycie reki do szpitala i to ja z nim bylam,bo wpadlismy na siebie w drodze do domu,i po drodze bylszpital.Wcale nie chcial isc stwierdzil samo sie zrosnie,i troche sila go zaciagnelam,jak mi powiedzial ze od 3 godzin nie przestaje reka krwawic,jak lekarz sciagnal opatrunek to krew sikala .
        Lekarz powiedzial ze swietnie ze jestem z nim,bo stracil sporo krwi i nie powinnie sam wracac do domu,a wcale na to nie wygladalo.

        Do szkoly i on chodzi sam,ale juz na spodkania do szkoly najmlodszego idziemy razem. Wlasnie w poniedzialek mamy wyznaczona wizyte i bedziemy ogladac szkole dla mlodego.

        Oboje jestesmy rodzicami,i o ile ze starszymi moge nie isc,bo sama sie wypytam syn/corka opowie,maz powie co powiedzial nauczyciel/lekarz ,ale z najmlodszym chodzimy razem bo dziecko ma dwoje rodzicow.Jak i ja tak i maz jestesmy ciekawi co powiedza o mlodym.
        czesto zbyt duzo informacji jest podawanych zeby potem przekazac drugiemu z rodzicow,tylko najwaznieje wytyczne dostajemy na pismie.Zreszta nie realne jest zeby przy nim porozmawiac spokojnie i zastanowic sie nad odpowiedzia.
    • majenkir Re: A co na to faceci.... 28.04.12, 01:22
      Moj nigdy nie byl z dziecmi u lekarza - zawsze ja.
      Jak bylam w ciazy - poszedl ze mna po jednym razie na USG.
      Za to ja bylam z nim, jak go kastrowali big_grin - oboje mielismy pogadanke i musialam podpisac zgode tongue_out.
      • eliszka25 Re: A co na to faceci.... 28.04.12, 08:32
        moj maz bardzo chetnie chodzi z dziecmi do lekarza. najczesciej chodze jednak ja, bo jestem z dziecmi w domu, wiec nie widze potrzeby ciagnac meza do lekarza rodzinnego, kiedy dzieciak ma przyslowiowy kaszel i katar. najwyzej podwiezie nas czy odbiedze w drodze do/z pracy. do dentysty ze starszym chodzi maz, bo ja panikara jestem, wiec po co dziecko ma sie przeze mnie denerwowac. z najmlodszym do specjalisty i na badania oraz kontrole chodzimy razem. po pierwsze chce miec obok siebie meza dla dodania otuchy, a po drugie czasem trzeba przytrzymac przy badaniu itd., wtedy przydaje sie mezowska sila.

        w ciazy maz chodzil ze mna prawie na kazda wizyte. mamy niezgodnosc serologiczna i moje obie ciaze byly w zwiazku z tym traktowane, jak zagrozone. usg bylo na kazdej wizycie, wiec przyjemnie bylo popatrzec sobie na malucha. w drugiej ciazy chodzilismy rodzinnie, bo starszy syn tez chcial poogladac braciszka. nie widze w tym nic dziwnego. maz nie musi sie nade mna nachylac, czy zagladac w krocze. lekarz patrzy na monitor bezposrednio przy aparacie usg, a maz siedzi przy biurku lekarza i patrzy sobie w drugi monitor, ustawiony w zupelnie innym miejscu specjalnie po to, zeby przyszli tatusiowie mogli zobaczyc swoje dzieci tongue_out. maz byl tez przy obu porodach.

        jak ide do zwyklego lekarza ze soba, to maz zostaje z dziecmi, albo ewentualnie mnie podwozi. w odwrotnej sytuacji maz idzie do lekarza, ja zostaje z dziecmi. powazniejsze sytuacje dotyczace nas sie jeszcze nie zdarzaly, ale gdyby ktores z nas ciezko zachorowalo, to z pewnoscia to drugie nie chodziloby samo do lekarza.
    • hellulah Re: A co na to faceci.... 28.04.12, 09:21
      U nas jest różnie, zależy od tego, jaki lekarz, kiedy, gdzie, po co.

      O wspólnych wyjściach do ortodonty już pisałam w tym innym wątku. Były wspólne, bo wszyscy troje leczyliśmy się równolegle, tak było najwygodniej także dla lekarki. Wizyta na konkretną godzinę, gabinet prywatny. Większość pacjentów to dzieci i młodzież w towarzystwie rodzica lub np. babci, często leczone równolegle rodzeństwa, nawet troje dzieci.

      Z małą córką chodziłam do lekarzy głównie ja, ponieważ wtedy miałam bardziej elastyczną pracę niż mąż. Czasami chodziliśmy we dwoje, zwłaszcza tam, gdzie nie było szatni, były kolejki - mąż brał nasze ciuchy (kurtki zimowe, ocieplacze, ech to wszystko, co się zakłada na np. dwulatka zimą) i szedł do hallu, nie tylko z grzeczności (nie wiem, dlaczego nie można uwierzyć w to, że facet widząc tłok, wycofa się, aby nie przeszkadzać?), ale także dlatego, że nie cierpi duchoty, źle znosi nagrzane pomieszczenia.

      Na ważne konsultacje u specjalisty wchodziliśmy z dzieckiem razem, jeśli można się było pozbyć kurtek (bo była szatnia albo dało się je odłożyć, albo nie było kurtek).

      Bywało też tak, że mąż szedł bladym świtem zajmować dziecku kolejkę do specjalisty, a dziecię pojawiało się ze mną np. godzinę później, wezwane na telefon (czekałyśmy i bawiłyśmy się przed poradnią) - mąż spadał do pracy, my załatwiałyśmy resztę.

      Do lekarza pierwszego kontaktu za dziecięctwa młodej czasem razem: szybciej było ogarnąć te rozbieranie z kombinezonów, czy jak trzeba przewijanie, więc jeśli oboje byliśmy dyspozycyjni, to oboje.

      Przez ostatnie lata często to mąż chodzi jako opiekun córki do specjalistów, pomijając to, że młoda chadza sama (choć zasadniczo nie powinna). Po ważne diagnozy chodzimy razem, jeśli jesteśmy dyspozycyjni.

      W ciąży o ile pamiętam raczej chodziłam sama, także na USG połówkowe i pod koniec. Pod sam koniec ciąży z mężem, pomagał mi wiązać buty smile Do gabinetu chyba nie wchodził, poza naszym pierwszym USG, gdzie potwierdzono ciążę na właściwym miejscu.

      Teraz do gina chodzę sama, chyba raz na dziesięć wizyt się zdarzyło, że czekał na mnie, bo gdzieś potem razem szliśmy.
    • tosterowa Re: A co na to faceci.... 28.04.12, 10:16
      My chodzimy zawsze razem, jeśli tylko możemy. A zwykle możemy. Nie wiem, co w tym niezwykłego.
      • najma78 Re: A co na to faceci.... 28.04.12, 10:27
        tosterowa napisała:

        > My chodzimy zawsze razem, jeśli tylko możemy. A zwykle możemy. Nie wiem, co w t
        > ym niezwykłego.

        Nic w tym niezwyklego, tak jak nie ma nic niezwyklego gdy tylko jedno z rodzicow chodzi z dziecmi do lekarza. Kazdy robi ja mu pasuje.
        • tosterowa Re: A co na to faceci.... 28.04.12, 10:32
          No, dokładnie. To p co ten wątek?smile
          • hellulah Re: A co na to faceci.... 28.04.12, 10:41
            Dopóki ma charakter hmm statystyczno-poznawczy, jestem na tak.

            Lubię poznawać odmienne (od mojego) style życia. W sumie przydatnym jest też dowiedzieć się, że mój styl życia jest akceptowany/wzbudza kontrowersje w narodzie tongue_out
    • tempera_tura Re: A co na to faceci.... 28.04.12, 10:57
      Do gina chodziłam w ciazy sama, zawsze. Chłop nie wykazywał żadnego zainteresowania, zaproszenie na usg 3d również zostało olane. Taki typ. Przy cc również nie chciał być, mało tego, nie pamięta momentu w którym zobaczył pierwszy raz swojego syna...
      Z dzieckiem do lekarza chodzimy zawsze razem ale pewnie tylko dlatego że trzeba daleko jechać z ja nie mam prawka.

      Tak, sama nie wiem dlaczego z nim jestemsmile
Inne wątki na temat:
Pełna wersja