olifra1
15.06.12, 23:28
Śmietnik jaki mam w głowie:
Jest 5 czerwca 2012 roku.
Mam popołudniowe szkolenie na uczelni. Szkolenie jest genialne, jestem zachwycona zarówno tematem, prowadzeniem zajęć jak i samym prowadzącym

.
Śmiałam się do męża, że „zakochałam” się w trenerze
Ku radości dzieci, do opieki, kiedy będę na szkoleniu, przyjechała moja mama.
Wieczorem wracam do domu zadowolona, zauroczona, ach... uśmiechnięta....”wzdychająca”....
Mama mówi: muszę Ci coś powiedzieć, bo prędzej czy później i tak się dowiesz.
Ja : ???????????!!!!!! Żartobliwie dodaję : jesteś w ciąży?
Ona : Nie gorzej...
Ja (dalej pół żartem, pół serio) : ja jestem ???!!!
Ona (delikatnie się uśmiecha, ale po chwili poważnie, aczkolwiek ze spokojem mówi) : Tata ma raka. Jutro idzie do szpitala na operację. Nie chcieliśmy Cię wcześniej denerwować dlatego nie nie mówliśmy.
Ja i moje trzęsące się ręce...dlaczego nie jestem zaskoczona?!
Ja to czułam...., ja wiedziałam, że stanie się coś złego.
Te moje koszmary od kilku m-cy, cmentarze, zmarli dziadkowie w snach, to wszystko nie było bez sensu.
Stoicki spokój z jakim zareagowałam na tą informację chyba był nienormalny. Nie wpadłam w panikę, nawet nie mogłam się rozpłakać. Może dlatego, że ja to wiedziałam podświadomie, ja wiedziałam że coś złego się wydarzy, ja byłam na to przygotowana ???!!!
No, ale dalej...wracam na ziemię...
Operacja nie odbyła się planowo.
Lekarze wypuścili Tatę do domu na długi weekend (Boże Ciało), bo odkażali OIOM i nie było sensu Go trzymać. Zważywszy na datę Euro 2012 bardzo poprawili Mu nastrój. Właściwie jedynym Jego problemem było to, że nie będzie mógł oglądać meczy jeśli Go zoperują

Ja w dalszym ciągu trzymam się nieźle. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Tata wraca w poniedziałek 11.06.2012 do szpitala i 12.06 jest operacja.
Zaczynam wariować, odchodzę od zmysłów, boję się o Tatę, boję się o mamę, boję się o siebie – nie zniosę braku mojego kochanego Taty, boję się o dzieci – córeczce mojej pęknie serce jak kochanego dziadka zabraknie...
Operacja trwa 4 godziny...
Tata po: czuje się świetnie, wygląda jak „młody bóg”, na drugi dzień „pognali” go z OIOM-u, bo nie ma sensu Go tam trzymać.
Wycięli większość trzustki, śledzionę i jeden węzeł chłonny.
Po operacji lekarz do mamy : nic nie mogę powiedzieć, za wcześnie, prawdopodobnie będzie miał cukrzycę, ale to nasz najmniejszy problem. Nie mamy tylko pojęcia, dlaczego guz od 5 m-cy w ogóle nie urósł, jakby się zatrzymał sam z siebie. Właściwie rak trzustki bez leczenia w 5 m-cy sieje takie spustoszenie, że stan powinien chyba być agonalny, a tu nic. Czekamy z niecierpliwością na badanie histopatologiczne, sami jesteśmy ciekawi wyniku, bo to dziwny przypadek.
Mama prawie straciła przytomność, zaczęła się cała trząść, miała odruch wymiotny ze stresu.
Dla wprowadzenia:
Pierwsze badanie USG, które było 5 m-cy wcześniej było na tyle „nieczytelne”, że nie wiedzieli co to jest. Nie podejrzewał nikt, że to rak trzustki. Na zdjęciach było tylko widać jakieś zapalenie węzła i coś na trzustce, ale wyglądające nie specjalnie groźnie, na pewno nie jak rak.
Także nikt nic na cito nie robił, bo nie było teoretycznie powodu.
W końcu m-c przed operacją zrobili biopsję i wyszło...
Dzisiaj 15.06 jest dwa dni po operacji. Pierwszy raz się wystraszył, ale jedyne o czym mówi, to boi się bólu. Chciał obejrzeć mecz, odłączył się od pompy ze środkiem przeciwbólowym i... wytrzymał tylko pierwszą połowę. Zrezygnowany wrócił do łóżka.
Dzwonię do niego po raz setny i twardo mówię, że jest przecież dwa dni po operacji to czego się spodziewa.
Ona na to : to może lepiej żebym ja nie wychodził ze szpitala, bo mam tu na miejscu opiekę (a chcą Go wypisać najpóźniej w przyszłym tygodniu w środę)???!!!
Ja : no skoro chcą Cię wypisać to chyba wiedzą, że sobie poradzisz – udaję twardzielkę
On niepewny: no tak, chyba masz rację... a jak moje wnuki?
Ja : czekają, żeby Cię pomęczyć
On : dziadek to się już z nimi nie pobawi
Ja : a wybierasz się gdzieś ?
On : no... chyba nie
Ja : to dlaczego mają Cię nie pomęczyć, jeszcze nie raz będziesz na nich narzekał
On : no może tak, dobrze by było...i...no dobra, ale przestań dzwonić tyle razy bo od odwracania się bez przerwy po telefon, ten cholerny ból nigdy mi nie przejdzie. Dzwoń do mamy i jej się pytaj co u mnie. Podzielcie się tymi telefonami, a nie co 5 minut któraś mi wydzwania

No cóż, może to i głupie, ale po tym zrobiło mi się lepiej

Dodam, chyba na pocieszenie samej siebie, że do mamy dzisiaj powiedział po setnym telefonie : czego Ty znowu chcesz ?
A co ze mną, właściwie to chyba mało ważne, ale:
wariuję, złamało mnie to, odchodzę od zmysłów, płaczę po nocach, płaczę w dzień, płaczę po pracy, płaczę rano przed pracą. Nie mogę myśleć, nie mogę się skupić.
Do męża powiedziałam: czemu to ten Twój stary sk.....yn nie zachorował tylko mój tatuś !
Na co mój mąż dzisiaj do mnie : uwierz mi, naprawdę wolałbym, żeby to mojego ojca dopadło niż twojego.
Nie tyle mówi to z miłości do swojego teścia ile z nienawiści do własnego ojca – to chyba straszne

Boże, ja wariuję...