kufferrek
11.07.12, 20:34
Mam dalszego kuzyna, z którym jestem dość blisko związana, traktuję go jak brata. Ja mieszkam w dużym mieście wojewódzkim, on w malutkiej wsi. On studiuje w mniejszym od mojego mieście wojewódzkim. Dzieli nas ok. 250 km.
W mojej rodzinie jest pewna choroba, która co rusz ujawnia się u jakiegoś członka rodziny. Nieuleczalna ale nie jakaś upierdliwa. Kuzyn ok. 1,5 roku temu zaobserwował u siebie symptomy tej choroby, pogadał ze mną szczerze, doradziłam mu zapisanie się do specjalisty. Minął rok - jakoś nie udało mu się zebrać i zapisać do lekarza, objawy tak jakby się lekko nasiliły. Obiecałam mu, że umówię go u swojego lekarza specjalisty, który zna temat bardzo dobrze. Minęły 4 miesiące - po tym czasie udało mi się z nim skontaktować ( z lekarzem) i umówić go na wizytę. Na NFZ nie było szans, więc zapisałam go prywatnie. Zapłaciłam za wizytę i opłaciłam mu przejazd do mojego miasta. W międzyczasie termin wizyty został zmieniony z przyczyn losowych, więc wydzwaniałam to do recepcji, to do kuzyna aby ustalić nowy, optymalny termin ( w czasie jego sesji na studiach). Po kilkunastu telefonach udało się. Wizyta lekarska się odbyła, kuzyn został przebadany wszerz i wzdłuż, diagnoza - wyniki w dolnych granicach normy. Lekarz kazał przyjść do kontroli za rok, aby znowu zrobić badania i zobaczyć czy parametry wyników badań drgnęły w kierunku choroby, czy stoją w miejscu. Mija 2 miesiące. Dzwonię do matki mojego kuzyna z zapytaniem, czy mogę wpaść na wieś na kilka dni z dziećmi. U matki mojego kuzyna ( w sumie to takiej dalszej ciotki) są jeszcze 2 dzieci, z którymi moje dzieciaki mogły by się pobawić, poodychać świeżym powietrzem, napić się mleka od krowy, itp. Takie krótkie wizyty praktykuję od kilku lat, robimy krótkie spędy rodzinne.
No i słyszę przez telefon: Że ona ( ciocia) ma do mnie pretensje, po pierwsze, że opłaciłam wizytę i ciągnęłam biedaka kilkaset kilometrów, skoro on mógł to zrobić u lekarza w swoim mieście. Tłumaczę, że tu jest lepszy sprzęt diagnostyczny, sam lekarz wie jak wygląda choroba u nas w rodzinie. A kuzyn sam nie zebrał się, żeby się zapisać u siebie.
No to kolejny atak, że nie powinnam robić tych badań w trakcie jego sesji, bo prawie przez tą jednodniową wizytę zawalił sesję ( ???)- inny termin był niemożliwy, lekarz wyjeżdżał na jakiś kurs i miało go nie być ok. 1,5 miesiąca. Że nie powinnam się wtrącać i oskarżać go o chorobę i całą rodzinę oskarżać o to, że są chorzy. (ciocia nie akceptuje faktu, że ta choroba u nas jest, nie dopuszcza do siebie myśli, że któreś z jej dzieci może być chore, chyba wypiera ją lub się jej wstydzi). A skoro ta choroba jest i jest nieuleczalna to po co ją diagnozować - jej dalszy wywód. Więc tłumaczę jej że dobrze by było wiedzieć czy tak czy nie, ponieważ mógłby - gdyby był chory brać określony preparat, opóźniający zmiany chorobowe.
Wiec ona mi, że nie będzie słuchać moich tłumaczeń. Więc co, podziękowałam jej grzecznie za rozmowę, stwierdziłam że pytania o przyjazd nie było, i powiedziałam jej, że nie będę się już jej i jej rodzinie narzucać i się rozłączyłam. Uprzejmie. Nie wdałam się w pyskówkę, żołnierskie słowa, bo to kobieta, która ma swoje lata i pewnych poglądów nie zmieni, uznaje tylko swoją rację.
Natomiast zależy mi na kuzynie, na jego diagnostyce.
I pytanie - czy mam mieć o siebie pretensje? Wtrącam się? Już sama nie wiem.
Kontakty sobie z nimi odpuszczę, zresztą im to uprzejmie zapowiedziałam, nie będę upierdliwa. Ale czy w tym jakaś moja mega wina jest?