budapesztanska1
04.11.12, 22:39
Piszę, bo znowu zaliczam kryzys towarzyski.

Do niedawna w sumie byliśmy z mężem dość towarzyskimi ludźmi. Przed dziećmi - bardzo nawet. Potem nadal bardzo często spotykaliśmy się z przyjaciółmi, znajomymi, gościliśmy ich u nas, chodziliśmy do nich, spotykaliśmy się "w terenie". Często z dziećmi.
Robiliśmy sobie nawzajem "uczty" - dużo dobrego jedzenia, dużo gadania, śmiechu itd.
Nasze dzieci, choć małe, lubiły się z gromadą dzieci znajomych-przyjaciół.
No, po prostu fajnie było.
Piszę - było. Bo tych znajomych mieliśmy od studiów, gdzie się spotkaliśmy z mężem, ale studiowaliśmy i mieszkaliśmy kilka dobrych lat w innym mieście.
Różne okoliczności rodzinne i zawodowe kazały nam podjąć decyzję o powrocie do rodzinnego miasta. Ciężko było nam zostawiać nasze drugie miasto i naszych przyjaciół.
Owszem, odwiedzają nas 1-2 w roku, ale wiadomo, nie wszyscy (jakby policzyć, to w porywach, z dziećmi potrafiło nas się zebrać ponad 30 osób

).
A tu jest dramat.
Moje dwie przyjaciółki od lat siedzą za granicą. Przyjaciel męża też.
Wiele znajomości licealno-podwórkowych po prostu się skończyła (rety, minęło prawie 20 lat od matury!). Kilku znajomych jest, czasem się spotkamy, ale akurat tym się jakoś czas zatrzymał - nie założyli rodzin, preferują spotkania od 23 do rana, no tak jak my 15 lat temu. Czasem jest fajnie, ale na dłuższą metę - trudno.
Mamy fajnych sąsiadów, parę z niemowlakiem (nasze najmłodsze dziecko ma 1,5 roku, więc może za jakiś czas się dogadają

), ale widujemy ich czasami, bo często jeżdżą do rodziny.
W pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że kontaktujemy się głównie z ludźmi w pracy i rodziną, co nie do końca jest szczytem naszych towarzyskich marzeń.
Tęsknię za znajomymi z K. , tęsknię w ogóle do ludzi, do paplania z koleżankami, do śmiechów, do kolegów, do spotkań.
Nie wiem czy w ogóle możliwe jest wybudownie sobie nowej, nazwijmy to - siatki znajomych, bliskich i dobrych realcji, będąc po trzydziestce (ja 33, mąż 37 lat).
Ktoś miał podobne doświadczenia?