lily-evans01
11.11.12, 22:54
Bardzo Was proszę o komentarz do poniższej sytuacji - jakie są Wasze odczucia?
Córka chodzi do I klasy w prywatnej podstawówce, wcześniej tam chodziła do zerówki, od grudnia 2011. Jest młodsza od większości dzieci, nieśmiała, nadwrażliwa, słabo zintegrowana z klasą. Przyszła tam później, jakoś tak się nie wpasowała i tak zostało.
Szkoła kosztuje sporo, większość rodziców jest bardzo zamożna.
Kiedy córka zaczęła chodzić do zerówki, bardzo szybko okazało się, że niepisanym zwyczajem w tej właśnie klasie jest wyprawianie przez dzieci urodzin dla wszystkich. I są to nie byle jakie urodziny - np. w sali zabaw z tortem, z klaunem, z animatorem w teatrze, ostatnio były w klubie wspinaczkowym.
Dzieci było w tamtym roku 15, teraz jest 19. Córka na część urodzin chodziła, zawsze kupowałam przemyślane i wcale nie tanie prezenty (bo uważam, że wydanie 50-60 zł dla dziecka, z którym relacje mojej córki są dość luźne i sprowadzają się głównie do kontaktu w klasie, to wcale nie jest mało). Na części urodzin nie była, bo np. była wtedy chora albo miałam jakieś plany rodzinne.
Ma urodziny pod koniec maja, była wtedy zresztą chora i nie wyprawiałam nic dla klasy. Prawdę mówiąc, wynajem całej sali zabaw dla tak dużej grupy z poczęstunkiem, czy sali zabaw z animacją, to są dla mnie spore koszty.
Z kolei sprowadzenie animatora do szkoły to moim zdaniem stawianie rodziców w sytuacji przymusu - bo wszyscy byli na lekcjach, więc wszyscy musieli uczestniczyć w urodzinach i kupić danej dziewczynce prezenty.
W tym roku sytuacja rozwinęła się tak, że córka dostała znowu zaproszenia, była na 1 urodzinach z 4 - przeziębienie, potem wyjazd w długi weekend listopadowy, a wreszcie urodzinom na ściance wspinaczkowej sprzeciwiłam się. Jak dla mnie dla 7-latków to czysta głupota i niekoniecznie bezpieczna.
No i w piątek pozostałe "miłe" dziewczątka z klasy ją napadły, że nie zrobiła przed wakacjami urodzin i one jej nie wierzą, że już ukończyła 6 lat. I że nie chodzi na niczyje urodziny i nie daje prezentów. Bo w klasie tak się porobiło, że nawet jak ktoś nie mógł być, to ten prezent potem przynosi.
Dla mnie to jest sytuacja bardzo przymusowa, nie czuję się w obowiązku zapewniać rozrywki 19 dzieciakom, bo są to duże pieniądze, na które nie za bardzo mogę sobie pozwolić. Poza tym nie podoba mi się idea tak masowego i koniecznego obchodzenia wszystkich urodzin po kolei. W klasie córki dzieci są różne, jedne bardziej sympatyczne i koleżeńskie, inne wręcz przeciwne - nie mam ochoty wydawać kasy na prezent dla złośliwej dziewuchy, która dokuczała mojej córce, aż potrzebna była interwencja wychowawczyni.
Pamiętam, że za moich czasów szkolnych też były takie kinderbale, ale się zapraszało kilka osób, które się lubiło i w jakimś skromniejszym wymiarze, np. do domu. Rozumiem, że sale zabaw, multikina itp. to wielka wygoda, ale nie mam ochoty być zmuszona do czegoś, co jest jednym wielkim przymusem.
Córka przeżywa oczywiście te uwagi. Ja postanowiłam, że w tym roku zrobimy skromne urodziny w klasie, ale nie informując o tym przedtem. Jeżeli tu już teraz dochodzi do takiego rozliczania się, kto u kogo był i co przyniósł, to nie mam ochoty na dalsze propagowanie takiego pustactwa. I nikt nie musi dawać niczego.
Będzie tort, słodycze, napoje, a jeśli wychowawczyni udzieli mi zgody, to poprowadzę jakieś krótkie konkursy itp., żeby coś się działo. Nikt nie będzie wcześniej nic wiedział i nie będzie wyliczania, kto ma kupić mojej córce prezent, bo u niego była, a kto nie ma kupić, bo nie była.
Dla mnie obecna sytuacja jest z lekka chora. I zastanawiam się, czy ci ludzie mają z lekka w głowach przewrócone, czy po prostu ja uczę dziecko jakichś minimalnych wymagań wobec życia i rodziców?
Do tej pory obchodziliśmy te urodziny w rodzinnym gronie. A do tego był jakiś dzień atrakcji, specjalnie dla córki. W tamtym roku też tak było, jak wyzdrowiała, były urodziny z naszą rodziną, a na drugi dzień wyjazd do Berlina do zoo.
Ja najchętniej zrobiłabym córce urodziny gdzieś z kilkorgiem fajnych dzieci z klasy i z jej 2 koleżankami, ale znowu reszta strzeli focha, że nie zaproszeni... Więc zostaję przy okolicznościowym cieście i cukierkach, bez przymuszania innych rodziców do prezentów.