dziennik-niecodziennik
06.12.12, 22:45
moi przyjaciele się rozwodzą. rozwodzą sie kulturalnie, bez nerwów, termin rozprawy wyznaczony, teraz sie dzielą majątkiem.
no i gadam akurat z facetem z tej pary, on mi opowiada jak to sobie z jeszcze-żoną rozpracowali - wychodzi na to że chłopak hojnie oddaje, praktycznie wszystko co mają - i w pewnym momencie on mówi z goryczą "...tylko wiesz, ja sie zastanawiam czy dobrze robie, bo kurde tak jak teraz to ja jestem kompletnie przegrany - trzydziesci pare lat na karku i nic w dorobku. u rodziców bede mieszkac. kto mnie takiego zechce?"
i wiecie co, zabolało mnie to strasznie. bo jakbym nie miala mojego męza, to po tego chłopaka biłabym się w kisielu z dowolną iloscią przeciwniczek.
naprawde az takie wazne jest "miec" a nie "byc"? zeby fajny, ogarnięty, bystry i generalnie w dechę facet miał być sam bo akurat w tym momencie musi przez jakis czas mieszkac z rodzicami?... bo dla mnie to wazne jest jaki JEST ten facet, a nie co MA.
no i smutno mi sie wtedy zrobiło jakos